– Co to jest Bonhomme Sept Heures? – zapytałam Ryana, gdy wróciliśmy do jeepa.
– Excuse-moi?
– André użył tego wyrażenia.
– No tak. Bonhomme Sept Heures to znane w Quebecu licho, które porywa dzieci po godzinie dziewiętnastej.
– Jaki jest jego modus operandi?
Ryan parsknął, przez oba nozdrza posyłając w powietrze strużki pary.
– Nosi maskę i worek, ukrywa się pod balkonem, dopóki zegar nie wybije siódmej.
– Bajka do straszenia dzieci, aby poszły szybciej spać.
– Ale naprawdę straszna, gdy okazuje się prawdą.
– Tak.
– To była strata czasu. – Ryan wsunął na nos okulary przeciwsłoneczne.
– Przynajmniej Violette’owie wiedzą, że nie zrezygnowaliśmy.
– Pewnie, już otwierają butelkę szampana.
– Miałeś złą noc?
Ryan włączył kierunkowskaz.
– Wyglądasz, jakbyś spędził ją w jakimś ciemnym i wilgotnym miejscu.
Moja próba rzucenia żarciku nie spotkała się z reakcją. Skręcił w prawo, potem znowu i wreszcie w lewo. Dając mi wyraźnie do zrozumienia, że pragnie dystansu.
Rękawiczką starłam parę z szyby i wyjrzałam przez okno. Piesi tłoczyli się na chodnikach z obu stron Queen Mary, zbijali w grupki na skrzyżowaniach, niecierpliwie czekając na okazję do ich przekroczenia. Studenci z plecakami. Ludzie robiący zakupy, z plastikowymi lub papierowymi jednorazówkami w rękach. Matki pchające wózki. Wszyscy ubrani tak, jak w Arktyce należy.
Niezrażona, spróbowałam ponownie.
– Namierzyłeś Tawny McGee?
– Pracuję nad tym.
– Jej rodzina nadal mieszka w Maniwaki?
– Nie.
– Matka żyła sama, prawda? Z dwójką dzieci?
– Tak.
– Czy jej siostra nie mieszkała gdzieś na zachodzie?
– Sandra Catherine? W prowincji Alberta.
– I wciąż tam jest?
– Nie.
– Co dalej? – spytałam, ponieważ Ryan nie rozwinął swojej wypowiedzi.
– Sabine Pomerleau.
– Więc matka Anique jeszcze żyje? – Spojrzałam na niego z ukosa.
Gdy zwrócił twarz w moją stronę, w jego okularach odbiło się słońce. Potem znów skierował wzrok na drogę.
Rozsiadłam się wygodniej. Oczywiście, moje pytanie było głupie. Mimo całej naszej desperacji nie jechalibyśmy przecież przesłuchiwać zwłoki.
Jednak słowa Ryana zaskoczyły mnie. Małżonkowie Pomerleau pobrali się późno, przez wiele lat starali się o potomka. Po wielu udrękach i modlitwach w 1975 roku Bóg zesłał im wreszcie Anique, cudowne dziecko. Ona miała czterdzieści trzy lata, a jej mąż czterdzieści osiem. W ten sposób Sabine przedstawiła historię narodzin swojej córki.
Szybko obliczyłam w pamięci. Sabine musi mieć teraz osiemdziesiąt dwa lata, jej mąż osiemdziesiąt siedem.
– Jacques jeszcze żyje?
– Kopnął w kalendarz w dwa tysiące szóstym.
Zastanawiałam się, czy zła sława, jaką okryło się to cudowne dziecko, nie wpędziła jego ojca do grobu. Zatrzymałam tę myśl dla siebie.
Ledwie zaparkowaliśmy przed dwukondygnacyjnym, szarym domkiem jednorodzinnym z kamienia w dzielnicy Notre-Dame-de-Grâce, zabrzęczał mój iPhone. Gdy wyciągałam go z torebki, Ryan udał, że pali papierosa, przykładając dwa palce do ust. Wysiadł z jeepa. Odebrałam telefon.
– Brennan, słucham.
– Lepiej spędziłbym ten czas, dłubiąc sobie w zębach.
Obraz Slidella pracującego przed lustrem nad swym uzębieniem nie należał do szczególnie przyjemnych.
– Rozmawiałeś z okręgiem Tehama?
– Z samym wielkim szeryfem. Willisem Troutem. Facet ma móżdżek jak…
– Czy ten Trout pamięta sprawę Angeli Robinson?
– Wątpię, żeby pamiętał, jak się kicha bez polecenia.
Czekałam.
– Nie. Ale kiedy już przekonałem kolesia, że nie jestem jakimś wariatem, zgodził się zajrzeć do akt. Przed chwilą do mnie oddzwonił. To ci się powinno spodobać. – Slidell pozwolił sobie na kolejną teatralną pauzę. – Przepadły.
– Przepadły?
– Robinson została uprowadzona w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym roku. W tamtych czasach wszystko zapisywano jeszcze na papierze. Kiedy sprawę zamrożono, akta wylądowały w piwnicy. Co okazało się naprawdę fatalnym posunięciem, ponieważ rzeka Sacramento lubi co parę lat narozrabiać i zalewa cały ten pieprzony okręg.
– Więc dokumenty uległy zniszczeniu?
– Piwnicę zalało w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym, a potem w dwa tysiące czwartym.
– Pytałeś Trouta o Menarda i Cattsa?
– Jak on to ujął? Biorąc pod uwagę, że obaj nie żyją od lat, co pewnie się już nie zmieni w przyszłości, on nie będzie tracić czasu na poszukiwania ich danych.
Bardzo długo na linii słychać było tylko ciszę. Za szybą widziałam Ryana rozmawiającego przez komórkę. A potem Slidell podzielił się ze mną jedyną dobrą wiadomością, jaką słyszałam od dawna.
– Być może poszczęściło się nam z komputerem Leal. Informatyk zastosował jakieś magiczne oprogramowanie do odzyskiwania danych, defragmentowanie czy jak to się, cholera, nazywa.
– Fragmentów historii wyszukiwania.
– No. Mówi, że skasowano je po amatorsku. Uważa, że jest szansa na wychwycenie paru stron internetowych, na które wchodziła ta mała.
– To fantastycznie.
– Albo to wielka strata czasu.
– Mam przeczucie, że coś tam jest. W przeciwnym razie po co ktoś chciałby wymazać całą historię odwiedzin internetowych tego dziecka?
– Ija.
Opowiedziałam Slidellowi, czym się zajmujemy z Ryanem.
– Tutejsze media są żądne krwi. Ale jak na razie sprawa pozostaje na gruncie lokalnym.
– Jak sytuacja z Tinkerem?
– Chcesz tym pytaniem zepsuć mi dzień?
– Informuj mnie o wszystkim – zakończyłam.
Dołączyłam do Ryana stojącego na chodniku. Przestał już rozmawiać i rozglądał się po okolicy. Ulica była spokojna, rosły przy niej duże drzewa, teraz bezlistne, i ciągnęły się szeregi domków, prawdopodobnie jednorodzinnych. Przed każdym z nich widać było dobrze utrzymany trawnik, obecnie zbrązowiały, oraz owinięte w jutę krzewy. Kilka siedzib miało przenośne plastikowe garaże, które les Montréalais nazywają abris tempos.
Spojrzałam za siebie, na dwie zrośnięte ścianami budowle, a potem na Ryana.
– W latach osiemdziesiątych powstał tu dom starców – powiedział.
– Politycznie poprawna nazwa brzmi „ośrodek opiekuńczy”.
– A powinna brzmieć „asystowania przy śmierci”.
Nie ma jak dowcipna riposta podtrzymująca na duchu.
Krótka ścieżka prowadziła do schodków, te z kolei do drewnianych drzwi na lewym końcu werandy ciągnącej się wzdłuż całego budynku. Stało na niej sześć drewnianych foteli, każdy został pomalowany na inny kolor, zapewne wtedy, gdy dom zmieniono w ośrodek. Balkon na pierwszym piętrze zapewniał osłonę przed śniegiem i deszczem. Widać było na nim kolejne cztery podniszczone fotele. W jednym, opatulony niczym eskimoski myśliwy, siedział starszy mężczyzna, wystawiając twarz na słońce.
Wspięliśmy się po schodach i weszliśmy do środka.
We wnętrzu domu panowało mdłe ciepło, pachniało środkami do dezynfekcji, moczem oraz serwowanym całymi latami stołówkowym jedzeniem. Po prawej mieściła się niewielka poczekalnia, kiedyś zapewne salon, po lewej natomiast klatka schodowa. Przed nami znajdowała się jadalnia oraz korytarz prowadzący bezpośrednio do czegoś, co wyglądało na oszkloną werandę. Z obu stron korytarza ciągnęły się drzwi, wszystkie zamknięte.
Gdy Ryan wszedł do środka, gdzieś w głębi domu musiał rozlec się dzwonek. Ledwie zdążył zamknąć za sobą drzwi, w naszym kierunku zmierzała już jakaś kobieta. Miała skórę barwy czekolady, włosy gęste i posrebrzone, spięte na czubku głowy. Nosiła pospolity biały uniform dużego rozmiaru. Na małej mosiężnej plakietce ponad jej prawą piersią widniał napis M. Simone, pielęgniarka.
– Puis-je t’aider? Mogę w czymś pomóc? – Szeroki uśmiech odsłonił zęby nazbyt białe, żeby były prawdziwe.
– Przyszliśmy zobaczyć się z Sabine Pomerleau – odpowiedział Ryan po francusku.
– Jesteście państwo z rodziny? – Niewątpliwie wiedziała, że nie jesteśmy.
Ryan wyciągnął odznakę. Simone rzuciła na nią okiem. Potem powiedziała:
– Obawiam się, że madame Pomerleau w tej chwili śpi.
– Obawiam się, że będziemy musieli ją obudzić – Ryan w najmniejszej mierze nie starał się roztaczać swego dawnego uroku.
– To może zaszkodzić jej zdrowiu.
– Bo nastawiła sobie budzik, żeby wcześnie wstać na poranną zmianę do fabryki?
Za słonecznym nastawieniem Simone wyczułam teraz odrobinę irytacji. Odrobinę czegoś jeszcze. Ale jej uśmiech nie zgasł.
– Czy to ma coś wspólnego z jej córką?
Ryan tylko na nią spojrzał.
– Muszę państwa ostrzec. Rozmowa z madame Pomerleau może być problematyczna. Ma alzheimera, a po niedawnym udarze ledwo mówi.
– Przyjąłem do wiadomości.
– Proszę zaczekać tutaj.
Simone wróciła po niecałych pięciu minutach, po czym zaprowadziła nas do maleńkiego pokoju na pierwszym piętrze, w którym znajdowały się dwa łóżka, dwie komody i dwa zwykłe krzesła. Spłowiała zielona tapeta na ścianach sprawiała, że ciasne pomieszczenie wydawało się jeszcze bardziej klaustrofobiczne.
Jego jedyna mieszkanka, kobieta, siedziała sztywno na łóżku, trzymając w ręku rozpadającego się, wypchanego kota. Kiedy go głaskała, jej kości, widoczne spod rękawów i znad kołnierza różowego flanelowego szlafroka, sprawiały wrażenie kruchych i delikatnych jak u ptaka.
– Ma pani gości – Simone powiedziała to bardzo głośno.
Twarz Sabine była pomarszczona, policzki cętkowane czerwonymi i niebieskimi naczynkami krwionośnymi. Wodniste zielone oczy nie rejestrowały niczego.
– Wrócę za dziesięć minut – zwróciła się Simone do Ryana.
– Postaramy się jej nie zdenerwować – rzekłam.
– Nie uda się wam. – Wygłosiwszy ten dziwny komentarz, Simone pospiesznie wyszła.
Ryan i ja ustawiliśmy sobie oba krzesła w pobliżu łóżka i usiedliśmy.
– J’espère que vous allez bien.
Wobec braku odpowiedzi Ryan zapytał po angielsku, czy kobieta miewa się dobrze.
Wciąż niewiele wskazywało na to, że staruszka nas słyszy.
– Chcielibyśmy porozmawiać o Anique.
Nic poza mrugnięciem.
Ryan podwyższył poziom decybeli i przeszedł na francuski.
– Miała może pani jakieś wiadomości od Anique?
Jedną ręką nadal głaskała kota, niebieskie żyły wiły się niczym dżdżownice pod skórą z wątrobowymi plamami.
Minęła pełna minuta. Ryan spróbował ponownie, z tym samym rezultatem.
Zasygnalizowałam swoją kolej.
– Madame Pomerleau, mamy nadzieję, że pomoże nam pani zlokalizować jej córkę. – Mówiłam głośno, ale uspokajająco. – Otrzymała pani jakieś wiadomości od Anique?
Milczenie. Zauważyłam, że kot nie ma wąsów po lewej stronie pyska.
– Czy domyśla się pani, dokąd Anique udałaby się w trudnej sytuacji?
Równie dobrze mogłam przemawiać do gargulca w swoim ogrodzie.
Zadałam jeszcze kilka pytań, powoli i wyraźnie.
Nic z tego.
Spojrzałam na Ryana. Pokręcił głową.
Gdy sprawdzałam godzinę na zegarku, na schodach rozległy się kroki. Spróbowałam po raz ostatni.
– Obawiamy się, że Anique może kogoś skrzywdzić, jeśli jej szybko nie znajdziemy.
Kobieta zachowywała się tak, jakby nas tu wcale nie było.
W drzwiach stanęła Simone, z wyrazem twarzy w rodzaju „a nie mówiłam” na tle chłodnego uśmiechu. Odstawiliśmy z Ryanem krzesła na miejsce i podeszliśmy do niej.
Głos był ochrypły i głęboki. Przez telefon wzięłabym go za męski.
– Avec les saints. Saint-Jean. – A potem, z ciężkim akcentem, dodała po angielsku: – Pochowana.
Odwróciliśmy się. Bardzo stara ręka zatrzymała się na swojej paskudnej zabawce.
– Anique jest u świętych? – powtórzyłam. – Pochowana u Świętego Jana?
Ale ta chwila już minęła. Starcza ręka powróciła do pieszczoty martwego futerka. Wodniste oczy pozostawały skupione na wspomnieniu, które widziały tylko one.
Na zewnątrz słońce przebijało się przez palczaste obłoki. Powietrze zdawało się jeszcze zimniejsze niż wcześniej. Popatrzyłam do góry. Staruszek zniknął z balkonu.
– Co o tym sądzisz? – zapytałam Ryana, wciągając rękawiczki.
– Siostra Uśmieszek ostrzegła pacjentkę, że w domu jest policja.
– Ona naprawdę sądzi, że Anique nie żyje? – Tknęła mnie nagła myśl. – Marie-Joëlle Bastien została pochowana na cmentarzu Saint-Jean-Baptiste w Bouctouche. Czyżby Sabine myliła Anique z Marie-Joëlle?
Ryan uniósł ramiona i brwi do góry.
– A może chciała wprowadzić nas w błąd?
– Jeśli udawała, to jej gra zasługiwała na Oscara.
– Wiesz, kto płaci za jej opiekę?
– Jakiś bratanek z Mascouche. Pieniądze pochodzą z masy spadkowej, więc niekoniecznie go to dużo kosztuje.
Wsiedliśmy do jeepa. Ryan przekręcał właśnie kluczyk, gdy zabrzęczał jego telefon. Odebrał. Usłyszałam liczne oui, kilka jednowyrazowych pytań, a potem prośbę:
– Prześlij mi ten adres esemesem.
– Kogo adres? – zapytałam, gdy się rozłączył.
– Czyj.
– Doprawdy? – Choć doceniłam przejaw lepszego humoru u Ryana, dwie wizyty złożone przez nas tego dnia nie podtrzymywały mnie w dobrym nastroju.
– Tawny McGee.