Czerwony kolor był przepiękny. Teraz, kiedy sala szpitalna stała się całym światem Karla, wszystko było białe albo bladożółte. Czasem pojawiał się kolor jasnozielony, który nie przynosił szczególnej radości, ale zawsze to jakaś odmiana. Szpitale zarezerwowały sobie te barwy i nikt specjalnie nie zawracał sobie tym głowy. Za taką gamą kolorów musiała się jednak kryć jakaś koncepcja. Może miały kojarzyć się z czystością, zdrowiem, a nawet nadzieją. Z pewnością postarano się i o to, by kolory nie wzbudzały nadmiernego optymizmu.
Inaczej było z kolorem czerwonym. Tak jaskrawy, że aż prawie odblaskowy i tym samym przyciągający uwagę. Od dawna nie widział czegoś tak pięknego. Od jak dawna, nie miał pojęcia. Czas nie miał teraz dla Karla żadnego znaczenia. Godziny, minuty, sekundy przestały dla niego istnieć. Dzień i noc opuściły jego życie, które teraz dzieliło się na czuwanie, drzemanie i sen. W tym momencie drzemał.
Piękna czerwień była warta przebudzenia.
Ułożono go w łóżku na sparaliżowanej stronie, by zapobiec odleżynom na plecach. Otworzył całkiem oczy. Czy rzeczywiście udało mu się je otworzyć, nie mógł być do końca pewny. Nie widział na jedno oko i nie miał czucia po tej samej stronie. A może to oko było w porządku tylko opadnięta na nim powieka zasłaniała mu widzenie?
Nie wiedział tego i w gruncie rzeczy nie grało to już roli. Teraz, kiedy ledwie poruszał wargami, pozostało tyle pytań bez odpowiedzi. Z ust od czasu do czasu wydobywały się niezborne słowa. Kiedy indziej strajkowały i nie chciały ich opuścić. Był wdzięczny za to, że mógł widzieć i słyszeć.
Gorzej, że nie mógł decydować o tym, na co patrzy i czego słucha.
Jeszcze nie był w stanie komunikować się zrozumiale, a ci nieliczni, którzy zatrzymywali się przy jego łóżku, nawet nie próbowali z nim porozmawiać. Najlepiej czuł się, kiedy dwóch albo więcej pracowników szpitala kręciło się wokół niego i rozmawiało ze sobą. Czasami mówili o nim, kiedy indziej o pracy albo z rzadka o swoich prywatnych sprawach. To było najbardziej interesujące.
Powieka opadła do połowy i Karl musiał zadowolić się patrzeniem na śliczny czerwony kolor przez wąską szparkę. W czasie kiedy czekał, aż podniesie się do góry, rozważał, skąd wziął się ten kolor. To nie była krew ani też róże, a już na pewno nie ferrari. Najbardziej skłaniał się do teorii, że była to poprzeczna linia z islandzkiej flagi. I wtedy powieka uniosła się do góry. Teraz widział, że to nie flaga zawieszona przez pracowników na ścianie, a człowiek siedzący na krześle postawionym tuż przy jego łóżku dla odwiedzających. Mężczyzna w jaskrawym krawacie, śnieżnobiałej koszuli i ciemnoniebieskim garniturze. W kolorach islandzkiej flagi.
Karl słyszał głos, który dochodził z poruszających się warg. Na początku nie starał się jednak zrozumieć znaczenia wypowiadanych słów, bo koncentrował się na twarzy. Chciał dowiedzieć się najpierw, kto zaszczycił go swoim przybyciem. Przecież nie było nikogo, kto mógłby go odwiedzić. Nikogo.
Kiedy na nowo odzyskał świadomość, powoli i na spokojnie zaczęły mu się przypominać różne rzeczy. Niektóre z nich były dobre, a niektóre złe. Najwięcej było tych złych. Z dobrych wiadomości najlepsze były te, które przekazał mu lekarz. O jego niewinności. Oczyszczeniu z zarzutów popełnienia potrójnego morderstwa. Liczył, że w związku z tym przybędzie mu odwiedzających, ale tak się nie stało. Do tej pory nie pojawił się ani Börkur, ani też nikt z rodziny matki. Widać zasłaniali się wymówką, że przecież nie był z nimi tak naprawdę spokrewniony. W każdym razie nie odwiedził go nikt. Wiedział, że Börkur wstydził się, iż zawalił jako świadek swoimi zeznaniami. Możliwe, że ubył mu jeden przyjaciel. Co oznaczało, że nie miał teraz już żadnego, więc jeśli tylko wpadłby tu do niego, dałby mu do zrozumienia, jak nieważne są dla niego te przeklęte zeznania.
Zanim rozpoznał twarz, słowa gościa dotarły do jego uszu.
– Nie śpisz? Powiedzieli mi, że czasem jesteś świadomy.
Karl znał skądś ten głos, właściwie znał bardzo dobrze, tylko jego mózg potrzebował czasu, by przerobić tę informację. Musiał się z tym pogodzić i chwilę poczekać. W szpitalu dowiedział się, że w jego mózgu nastąpił krwotok, co tłumaczyło, dlaczego wszystko tak długo trwało. Wyobrażał sobie, jak jego myśli, nadkładając drogi, docierają okrężnymi ścieżkami do celu.
Lekarze powiedzieli, że z upływem czasu dojdzie do siebie. Że czeka go długa i mozolna rekonwalescencja i że prawdopodobnie nigdy nie będzie do końca sprawny. Ale to już lepsze niż nic.
– Mam wrażenie, że twoje oko jest otwarte. Nie śpisz już?
Arnar. To był jego brat Arnar. Karl wysilił się, by coś powiedzieć, ale mu się nie udało. Usta otworzyły się nieznacznie i to było wszystko. Żaden dźwięk się z nich nie wydostał. Chciał tylko powiedzieć „hej”, lecz w niektóre dni szło mu po prostu gorzej.
– Przyszedłem, Karl, żeby się pożegnać. – Arnar wpatrywał się jego otwarte oko, szukając w nim jakiegoś znaku świadczącego o tym, że Karl go słyszy.
Nic się jednak nie wydarzyło. Starał się zamrugać powieką w zdrowym oku, ale impulsy z mózgu potrzebowały sporo czasu, by dotrzeć do celu, a kiedy w końcu powieka opadła i uniosła się do góry, Arnar patrzył już gdzie indziej. To samo działo się wkrótce po przebudzeniu, gdy próbował coś przekazać pielęgniarkom. Kiedy w końcu udało mu się mrugnąć okiem, były już odwrócone lub skoncentrowane na czymś innym. Tutaj nikt nie zatrzymywał się na dłużej, bo wszyscy się gdzieś spieszyli. Ledwie skończyły pracę w tym pokoju, zaczynały w następnym przy innym pacjencie.
– Muszę wracać do Ameryki. I tak za długo tu byłem. Wciąż przekładałem z dnia na dzień wylot, a teraz już dłużej nie mogę.
Od jak dawna Arnar był na Islandii? Karl zastanawiał się, czy gdy brat go odwiedzał, przypadkiem nie spał przez cały czas. A może wcale tu nie przychodził? Pewnie i tak było. Po co miałby oglądać zapalonego mordercę? Ale już od jakiegoś czasu było wiadomo, że nie miał z tym nic wspólnego. Dlaczego nie pokazał się wcześniej?
– Wracam do Ameryki tylko po to, by się spakować. Mam zamiar wrócić do domu. Tam, oprócz pracy, już nic mnie nie trzyma. Rozwodzimy się z Alison. Tu też mogę znaleźć sobie dobrą pracę. – Zamilkł i spuścił wzrok.
Karl poczuł pewien rodzaj olśnienia, które delikatnie, jak poranne promienie słoneczne, zaczęło dotykać jego umysłu. Czyżby ta nudna Alison odeszła od Arnara z jego powodu? Czy mogło być tak, że ta paniusia uznała, że jest zbyt dobrze urodzona, by mieć za szwagra mordercę? Czy Arnar nie wyjaśnił jej tego nieporozumienia?
– Dużo o nas myślałem. Na przykład o tym, czy mogłem przez te wszystkie lata być lepszym bratem dla ciebie? Nie sądzę. Jestem, jaki jestem, ty też. – Zamilkł i patrzył na Karla w sposób pozbawiony jakiegokolwiek współczucia lub ciepła. – To dlatego, że nie mogę zrozumieć… No po prostu nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie powiedziałeś mi, kim była moja matka. Kiedy policjant przekazał mi, że znaleźli jej nazwisko w twoim komputerze i że szukałeś o niej informacji, to z miejsca przyszło mi do głowy, że ją znalazłeś, ale nie zdążyłeś mi o tym powiedzieć, bo cię zaaresztowali. I wtedy zobaczyłem datę. Wiedziałeś o niej, ale mi nie powiedziałeś.
Niepokój bez problemów utorował sobie drogę w umyśle Karla. Przygnębienie, żal, ból, tęsknota docierały do niego bez żadnych przeszkód czy opóźnień. Tylko gorzkie uczucia przedzierały się bez problemu, co uznał za niesprawiedliwe. Dokładnie pamiętał, że obiecał sobie, iż nigdy nie powie o tym Arnarowi. Wiedział jednak również, że po upływie jakiegoś czasu, kiedy przeszłaby mu największa złość, nie dotrzymałby danego sobie przyrzeczenia. A teraz zabrana mu została i taka możliwość, jak również szansa na obronę i próbę przekonania brata, że w odpowiednim czasie poznałby jej nazwisko.
– Tak czy inaczej, spełniło się moje pragnienie. Przynajmniej dowiedziałem się, kim była moja matka – powiedział Arnar, po czym odwrócił się plecami do Karla i wpatrywał w okno. – Tak jak to często w życiu bywa, nie tego się spodziewałem. – Arnar zaśmiał się szyderczo. – Zupełnie nie tego.
Karl pamiętał, że matka i dziadek Arnara zmarli w tym samym dniu. Jej klepsydra była uboga w informacje. Co mogło się wydarzyć? Zostali zabici? Spalili się? Popełnili wspólne samobójstwo? Albo jedno zabiło drugie, a potem odebrało sobie życie? Jego umysł pracował zbyt wolno. Może jego rodzina była niebezpieczna dla otoczenia? Natomiast Karl nie. Gdyby mógł się uśmiechnąć, jego twarz pewnie promieniałaby ze szczęścia.
– Staram się na to patrzeć w ten sposób, że miałem dwie możliwości: dowiedzieć się tego lub nie. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. – Arnar wciągnął powietrze przez zęby. – Wygrałem i przegrałem. Przegrałem Alison. Ona nie może sobie wyobrazić życia ze mną, po tym jak opowiedziałem jej moją historię. Amerykanie są na tym punkcie bardziej wrażliwi niż my, Islandczycy. Ona chce mieć dzieci. Swoje dzieci ze swoim mężem. Nie od jakiegoś dawcy spermy. Kiedy jej to zaproponowałem, powiedziała, że wydaje jej się to obrzydliwe. Użyła bardziej dosadnego określenia na samą myśl o byciu w ciąży ze mną. Nie chce nawet zaczekać na wyniki badań genetycznych, nagle przestała ufać nauce. Nie ma to dla niej znaczenia, kto tak naprawdę jest moim ojcem. Uważa, że cały mój ród jest tak zdegenerowany, że nie chce mieć z nim cokolwiek wspólnego.
O czym on mówił? Dlaczego nie mógł tego wyjaśnić bardziej zrozumiale?
– Ale też wygrałem, bo zyskałem siostrę. Niewykluczone, że tylko przyrodnią siostrę. Mam nadzieje, że jest przyrodnia. Okaże się, kiedy przyjdą wyniki testów DNA. I zyskałem również brata. Przyrodniego brata. Mam nadzieję, że jesteśmy tylko w połowie spokrewnieni. – Arnar ułożył dłonie na kolanach, jakby miał zamiar skończyć i odejść. – Tylko że po co mi taki brat? Ciebie w zasadzie też to dotyczy.
Arnar podniósł się z krzesła. Piękny czerwony krawat ulotnił się z pola widzenia Karla. Nie odchodź! Nie odchodź!
– Żegnaj, Karl. Pewnie nie zobaczymy się już nigdy więcej.
Szczupła sylwetka brata zniknęła mu z oczu. Karl nie mógł wystarczająco daleko spojrzeć w dół, by stwierdzić, czy wyszedł z pokoju. Kroki brzmiały zdecydowanie, ale nagle ustały.
– A, i jeszcze coś. Cieszę się, że okazałeś się niewinny. – Ucichł, ale nie wyszedł z pokoju. Pospiesznie dodał: – Mam nadzieję, że dojdziesz do siebie.
Znowu usłyszał kroki. Oddalały się szybko, by wkrótce zniknąć.
Karl potrzebował chwili, żeby się uspokoić. Myśli krążyły mu w mózgu. Co chwilę musiał je wywoływać ze ślepych zaułków, by nakierować na właściwe tory. Dopiero po chwili wszystko do niego dotarło. Wyciągnął następujące wnioski:
Nigdy więcej nie zobaczy Arnara.
Żałosna historia jego rodziny ujrzała światło dzienne.
Mógł się pogodzić z tym, że nie ujrzy już brata. Najgorsze jednak było dla niego to, że nie poznał historii jego matki. Co mogło być aż tak strasznego w jego pochodzeniu?
Nie mówiąc już o szczegółach w sprawie zabójstwa. Od lekarza nie dowiedział się żadnych konkretów. Tylko tyle, że nie jest już dłużej podejrzany. Kiedyś oczywiście dowie się wszystkiego, będąc już na tyle sprawny, żeby móc wstać z łóżka i zacząć mówić. Albo mógłby dowiedzieć się ze środków masowego przekazu, gdyby tylko naprawiono radio stojące obok jego łóżka lub przyniesiono telewizor do sali.
Do tego czasu musi błądzić w ciemnościach. Pozostać w niewiedzy o tym, kto zabił Halliego i te dwie kobiety, a także jakie miał ku temu powody. Jak właściwie udało się dojść do tego? Jakim sposobem został w to zamieszany? Kto krył się za audycjami radiowymi?
A może będzie musiał w nieskończoność tu leżeć i łamać sobie nad tym głowę?
Powieka opadła. Czuł, że znowu zapada w drzemkę. Przypuszczalnie nie było to najgorsze wyjście. Przynajmniej będzie o czym rozmyślać. Teraz, kiedy nie miał nic lepszego do roboty.
***
Kiedy ponownie się przebudził, znowu ujrzał coś czerwonego. Był to inny odcień czerwieni. Mniej jaskrawy i połyskujący złotem. Piękniejszy niż poprzedni. Karl czekał, aż powieka podniesie się całkiem w górę. Ze zdziwieniem stwierdził, że na krześle na miejscu Arnara siedziała teraz mała dziewczynka. Miała rude włosy i zielone oczy. Zamek jej kurteczki był zapięty pod samą szyję. Siedziała na krawędzi krzesła, machając szczupłymi nóżkami.
– Mam na imię Margrét. Mój tato pracuje w tym szpitalu. Powiedział, że mogę cię odwiedzić. – Dziewczynka przekrzywiła głowę na bok, by móc patrzeć mu w oczy. – Tata mówił, że nikt cię nie odwiedza. To takie smutne. – Poprawiła się na krześle. – Widzę, że na mnie patrzysz, i wiem, że nie możesz dużo mówić. Nie ma sprawy. Nawet bardziej lubię rozmawiać z ludźmi, którzy nie zadają wciąż pytań.
Karl spróbował się uśmiechnąć. Czuł, że kącik ust po jednej stronie uniósł się posłusznie w górę. Miał nadzieję, że dziewczynka nie przestanie mówić. Jego życzenie zostało spełnione.
– Freyja powiedziała, że powinnam spróbować mówić o tym, co się stało. Co stało się z moją mamą, bo jeśli zostanie to we mnie, może stać się coś niedobrego. Nie mam pojęcia, co takiego może się wydarzyć. – Imię tej Freyi było Karlowi znajome. Kojarzyło się z pytaniami, które policja zadawała mu w związku z psami, słuchał więc małej z wielkim zainteresowaniem. Najgorsze, że słyszał tylko na jedno ucho, ale na szczęście ułożono go na sparaliżowanej stronie. – I dlatego postanowiłam porozmawiać z tobą. O mojej mamie i o złym człowieku. Bo ty możesz tylko słuchać. – Dziewczynka oparła plecy o krzesło. – Freyja strzeliła do złego człowieka. Miałeś dużo szczęścia, że to nie do ciebie celowała, kiedy wszyscy myśleli, że to ty jesteś tym złym. Ale ja zawsze wiedziałam, że nim nie byłeś.
Karl poczuł, jak od wewnątrz rozgrzewa go fala przyjemnego uczucia. Jak dobrze było z nią porozmawiać po wszystkich tych okropnościach, jakie spotkały go w trakcie przesłuchań. Ale dlaczego powiedziała policji, że rozpoznaje go ze zdjęcia? To musiała być ta sama Margrét, o której mu powiedzieli.
– Policja myślała, że ja też uważam cię za mordercę. Ale Freyja pokazała mi złe zdjęcie. Zdjęcie, na którym jesteś ze swoim bratem. A ten twój brat jest bratem prawdziwego mordercy. Są do siebie trochę podobni. Nie ciebie miałam na myśli. – Dziewczynka miała zatroskaną twarzyczkę. – Przepraszam. To było niechcący.
Karlowi udało się wydobyć z siebie odgłos. Dla obojga był to wystarczający znak, że przeprosiny zostały przyjęte.
– Ale morderca nie umarł. Freyja strzeliła mu w brzuch, a nie w serce. Nie mam pojęcia, czy to dobrze, czy źle? Jeszcze się nie zdecydowałam. Tylko że gdyby zginął, to nie musiałabym o nim już więcej myśleć. – Trudno było się połapać w tym, co mówiła. Nie miało to jednak znaczenia. Mimo tego dobrze ją rozumiał. – Chociaż może bym o nim jeszcze myślała. Mama nie żyje i też często o niej myślę.
Karl próbował przytaknąć przekrzywioną głową. Dziewczynka uśmiechnęła się do niego.
– Jeszcze wyzdrowiejesz. Tata tak mówi. Może nie będziesz taki jak kiedyś, ale na pewno lepszy niż teraz. – Jej twarz wyrażała teraz obrzydzenie. – W twoim mózgu jest krew.
Milczała przez chwilę. Widać było, że szuka tematu do rozmowy.
– Jeden z policjantów ma duże problemy, bo myślał, że to ty byłeś tym złym człowiekiem. Nie wiedział, że to jego przyjaciel nim był, który też był policjantem. Policjant był tym złym człowiekiem! – Na twarzy dziecka malowało się powątpiewanie, a zarazem brak zrozumienia. – Nie wiedziałam, że to się tak da zrobić. Ale Freyja strzeliła do niego i on już nie może być policjantem. Musi iść do więzienia. Ten drugi policjant też może nie będzie mógł być już dłużej policjantem. Bo się nie zorientował, a oni muszą takie rzeczy wiedzieć.
Dziewczynka spoglądała w kierunku okna.
– Freyja ma teraz bardzo długi urlop. Długo nie będzie mogła pracować, bo strzelała do człowieka w pracy. W schronisku dla dzieci. To jest na pewno zabronione. A ja się cieszę, że to zrobiła. I ona też pewnie się cieszy, że ma wolne. Wszyscy się cieszą, gdy mają urlop.
Jasne paluszki podciągnęły rękaw kurteczki. Na przegubie rączki ukazał się duży zegarek o pstrokatym cyferblacie.
– Muszę już lecieć. Nie mogę być długo. Tata czeka na mnie na korytarzu.
Wstała. Rude włosy zniknęły z pola widzenia Karla. Wpatrywał się teraz w jasnoniebieską kurteczkę. Zrobiło mu się przykro. Chciał, by dziewczynka znowu obok niego usiadła.
– Przyjdę cię jeszcze odwiedzić. Tata mówi, że mogę tu przychodzić tak często, jak zechcę. – Zamilkła i zamierzała odejść. – Na razie. Przyjdę jutro. Najchętniej zabrałabym ze sobą Molly. Spodobałaby ci się. Może kiedyś, kiedy nie będziesz musiał już tu dłużej być.
Dziewczynka zniknęła. Wsłuchiwał się w odgłos jej kroków, aż ustał. Od niepamiętnych czasów nie czuł się tak szczęśliwy. Teraz mógł liczyć na odwiedziny. Małej udało się obudzić w nim nadzieję, której tak bardzo potrzebował.
Koncentrował się na zginaniu palców. Tak jak pokazał mu fizjoterapeuta. Zginać. Puszczać. Zginać. Puszczać. Miał wrażenie, że szło mu lepiej niż ostatnio. Zginać. Puszczać. Zginać. Puszczać.
W końcu zmorzył go sen. Tym razem jednak ze zmęczenia, a nie z bezczynności. W jego głowie tłukły się ostatnie słowa dziewczynki:
Może kiedyś.
Kiedy nie będziesz musiał już tu dłużej być.