Delia wyjechała do Buenos Aires zaledwie tydzień temu. A wydawało się, że minął rok.
Pablo wybrał się do miasteczka – od kiedy nie było Delii, wychodził codziennie w południe po gazetę – i jak zawsze zostawił otwarte drzwi.
Weszła Matilde i nie przywitała się ze mną. Miała ogromną walizę i wniosła ją na górę, do pokoju Pabla.
Zeszła z powrotem w słomkowym kapeluszu Delii i kraciastych szortach.
Właśnie wrócił Pablo.
– Zdejmij ten kapelusz – rzekł. I dodał łagodniejszym tonem: – Nie pasuje ci.
– Chodźmy na plażę – powiedziała. I nie zdjęła kapelusza.
Pablo nigdy nie chodził na plażę wcześniej niż późnym popołudniem, ale tym razem poszedł na górę, żeby się przebrać, i zaraz zszedł z powrotem, w kostiumie kąpielowym i czapce.
Już nie pisał. Nie czytał. Nie myślał. Zachowywał się, jakby był uśpiony, zahipnotyzowany.
Kiedy wrócili z plaży, ona niosła kapelusz w ręce. Miała krótkie włosy, przycięte na wysokości szczęki. I ufarbowała je sobie na ten sam kolor co Delia.