Victoria była bardzo wysoka, a jej okulary miały nadzwyczaj grube szkła w białych oprawkach przypominających kocie oczy. Nosiła czarną sukienkę w grochy, wstążkę zawiązaną na szyi i krótki czarny żakiet. Do tego wielki kapelusz z rondem wygiętym w dół z jednej strony.
Szła z Delią w stronę domu, a Chu-Tuh biegł za nimi zygzakiem. Delia miała ubłocone pantofle, a na swoich kwiecistych szortach plamę z wybielacza.
Wyglądały jak siostry, z tą samą końską szczęką, o której mówił Pablo. Nie umiałam określić, która z nich jest starsza. Tak samo obcięte włosy, choć u Victorii ciemniejsze. Delia już się nie farbowała, białe odrosty nad ciemnymi włosami miały kilka centymetrów i groziły, że wkrótce zajmą całą głowę.
– A oto nasza słynna Elisa – powiedziała Victoria. Spojrzały na siebie i na mnie, zbyt szybko, żebym mogła odczytać coś z ich wzroku.
Delia przyniosła na tacy trzy kieliszki i butelkę wina. Dwa napełniła do połowy, a do trzeciego nalała nieco mniej, po czym wręczyła go mnie.
– Za nas.
Stuknęłyśmy się szkłem. Pierwszy raz w życiu skosztowałam wina. Przełknęłam duży haust i uderzyło mi do głowy. Taki smak nie mógł pochodzić z winogron, zdawał się palić żywym ogniem. Pomyślałam o Aldzie, o jego palcu na moim policzku. Pomyślałam o jego ustach. Potem piłam mniejszymi łykami, przeciągając chwilę, gdy napój płynął przez gardło, i myślałam: może pocałunki smakują tak samo.
Postawiłam pusty kieliszek na stole i poszłam do kuchni.
Delia i Victoria rozmawiały przyciszonymi głosami, nie jak Pablo, ale ja miałam niezły słuch i dobrze słyszałam na odległość. Zamknęłam oczy i skupiłam się na tym jednym zmyśle, a on wyostrzył się, przejmując funkcje pozostałych, wyłączonych.
– Jesteś taka odmieniona – zauważyła Victoria. A ja dobrze wiedziałam, co ma na myśli.
Ja też widziałam, że Delia się zmieniła. Już nie malowała, ale nie o to chodziło. Już nie umiała malować. Przestało być dla niej ważne, jak się ubiera, nie dbała o włosy. Co wydarzyło się najpierw: Pablo na nią nie patrzył, ponieważ nie była już taka jak kiedyś? Czy ona nie była już taka jak kiedyś, ponieważ Pablo na nią nie patrzył?
– A jaka byłam przedtem? – spytała Delia głosem, którego u niej nie słyszałam.
– Byłaś Delią del Carril.
Wyobraziłam sobie ich spojrzenia. Delia i Victoria umiały porozumiewać się wzrokiem, tak jak Delia mi kiedyś pokazała.
– To wina Pabla – stwierdziła Victoria. – Czego się można spodziewać po mężczyźnie, który nosi jedwabną piżamę.
– Skąd to wiesz?
– Widziałam ją wiszącą na sznurze. I popatrz na ten dom…
– Pablo nazywa to „architekturą spontaniczną”.
– Proszę cię! Walter zemdlałby na ten widok.
– Jaki Walter?
– Gropius. Chciałam ci przywieźć w prezencie jedną z jego lamp. Powiesiłam dwie po bokach kominka w San Isidro. Ale w tym salonie nie ma ładu ni składu. Najlepsze, co mogłoby mu się przydarzyć, to gdyby morze wtargnęło tu pewnej nocy i zabrało to wszystko.
Przez chwilę żadna z nich nie odezwała się ani słowem. Pomyślałam o pociągu, który zatrzymał się na stacji.
– Poprzednią noc spędziłam u Girondów – przerwała milczenie Victoria. Mówiła teraz tonem znacznie lżejszym i weselszym, jakby pociąg znów wjechał na tor otoczony zielenią. Miała ten sam akcent co Delia, lecz z innym zabarwieniem, młodszym. – Uwierzysz? Poczęstowali mnie kokainą.
– I przyjęłaś?
– Jasne.
– I?
– No cóż. Zaraz dostałam mdłości i musiałam iść do łazienki zwymiotować.
Wreszcie się roześmiały.
– Może to nie z powodu kokainy, tylko jedzenia. Norah zupełnie nie zna się na kuchni – powiedziała Delia.
– A ty? Gotujesz jeszcze?
– Czasami. Nie muszę, Pablo jest bardzo dobrym kucharzem.
– Ach, przynajmniej robi coś pożytecznego…
Wyobraziłam sobie spojrzenie Victorii. Delia weszła jej w słowo:
– Kończy mi się curry, które przywiozłam z Indii.
– Powinnaś tam wrócić. Podróż dobrze by ci zrobiła.
– Już i tak za dużo podróżowaliśmy z Pablem.
– Właśnie z tego powodu powinnaś się wybrać bez niego.
Zajrzałam do salonu. Victoria leżała na kanapie i patrzyła na nas z rękami założonymi za głowę. Zdjęła buty. Miała bardzo długie palce u stóp, połowę długości palców u rąk.
Po schodach zszedł Pablo, robiąc przy tym mnóstwo hałasu.
– Witaj, Victorio. Jak miło cię widzieć – powiedział nienaturalnym głosem. Nie zdziwiłabym się, gdybym go zobaczyła w piżamie.
Wszedł do kuchni.
– Pomóż mi, Eliso. Musimy przygotować coś dla Madame Charmante.
Przepasał się fartuchem i otworzył lodówkę.
– Makaron. I sałatka. Ty zajmiesz się krojeniem pomidorów w kostkę.
Teraz słyszałam już tylko dobiegające z salonu śmiechy.
– Popatrz, jak to się robi – powiedział Pablo, a ja przestałam kroić pomidory. – Nauczysz się.
Usypał wielką górę mąki i rozbił w powietrzu trzy jajka.
Wyrabiał ciasto na makaron jak moja mama na chleb. Miał takie duże ręce. Pełne mąki wydawały się jeszcze większe.
Do drzwi podeszła Delia.
– Kieliszek chianti, Pablo? Elisa już swoje wypiła.
Pablo wziął od niej kieliszek, a kiedy się odwróciła, klepnął ją w pośladki umączoną ręką.
Skończyłam sałatkę i poszłam nakryć do stołu. Pobiegłam do ogrodu po jaśmin. Ucięłam kilka gałązek i położyłam je na środku stołu w niebieskim szkle, pływające w wodzie. Nauczyłam się tego od Delii.
Victoria uśmiechnęła się do mnie. Nadal leżała na kanapie, majtając w powietrzu stopami o długich palcach, i przyglądała mi się tymi swoimi małymi, przenikliwymi oczyma.
Po obiedzie Delia i Victoria założyły kapelusze. Poszły na plażę, zdjęły buty i spacerowały boso po piasku wzdłuż brzegu.
Kiedy wróciły, Pablo jeszcze nie skończył sjesty. Zszedł nieuczesany, burkliwy. Najwyraźniej wyczerpały się jego zapasy uprzejmości. Chciał, żeby Victoria już sobie pojechała. Wyszedł bez słowa i skierował się do miasteczka.
Piłyśmy herbatę i chrupałyśmy ciasteczka, które przywiozła Victoria: serduszka z cukrem i orzechami oraz ciasteczka kukurydziane w kształcie listków koniczyny maczane w czekoladzie. Obie panie zapaliły papierosy i wyszły, żeby usiąść na ławce w ogrodzie.
Postałam przez chwilę pod oknem salonu, żeby podsłuchać, o czym mówią. Ale nie rozmawiały.
Poszłam na górę do biblioteki po książkę. Już nie musiałam udawać, że je odkurzam. Pablo przyłapał mnie na czytaniu Lolity i kiedy chciałam ukryć książkę, powiedział: „Możesz czytać, co tylko chcesz, pod warunkiem że odłożysz na miejsce przed upływem tygodnia”. Podniósł palec, gdy mówił, jak podczas głośnego czytania wierszy. „W tej bibliotece jest wszystko, co powinnaś wiedzieć. Znacznie więcej, niż się nauczysz w szkole”.
Trudno mi się było zdecydować. Wyjęłam jedną, przeczytałam kilka linijek i odłożyłam ją z powrotem na miejsce.
– Lubisz czytać. – Victoria stała obok schodów z torbą w ręce. Podeszła bliżej i popatrzyła mi głęboko w oczy. – Co jeszcze lubisz? Kim chciałabyś zostać, gdy dorośniesz?
– Nie wiem – odrzekłam tak samo jak wtedy, gdy pytał mnie Aldo. – A ty?
Roześmiała się, odrzucając głowę do tyłu. Ten śmiech był podobny do jej ironicznego spojrzenia.
– Ja chciałam być tancerką. I aktorką. Ale mój ojciec powiedział, że jeśli choć raz wyjdę na scenę, zabije mnie. Tak czy inaczej, sam umarł. I mogłam występować. Recytowałam w Persefonie Strawińskiego w Teatrze Kolumba. Ale wtedy byłam już za stara, żeby być aktorką, i zostałam wydawcą.
Delia zawołała ją.
– Przywiozłam dwie książki… Skończyłam obie podczas podróży. Tę Huxleya możesz sobie przeczytać. Druga jest dla Delii.
Zeszłam, by się pożegnać, ale odwróciła się do mnie plecami i pomachała mi tylko ręką.
U stóp schodów Delia wetknęła jej jaśminową gałązkę w butonierkę żakietu.
– Weźmiesz ze sobą odrobinę mojego ogrodu – rzekła.
Objęły się, a potem popatrzyły na mnie, unosząc końskie szczęki.
– Przypatrz się, Eliso – powiedziała Delia. – Minie wiele czasu, zanim znowu zobaczysz żakiet od Chanel.
Victoria znowu wybuchnęła śmiechem. Bette Davis w filmie Wszystko o Ewie. Ale Victoria nie była zła.
– W Persefonie też miałam na sobie ubranie od Chanel: suknię z czarnej koronki. To najlepsze wspomnienie mojego życia.
Nie chciałam być aktorką. Po raz drugi zapytano mnie, kim chciałabym zostać, gdy dorosnę. Stałam, patrząc na biblioteczkę. Wyobraziłam sobie własne imię i nazwisko na grzbietach książek. Już wcześniej zaczęłam zapisywać w notesie różne rzeczy: pomysły, krótkie historie, które zdarzyło mi się przeczytać, sonety. Lubiłam skupiać się na rymach, jakby to był problem matematyczny do rozwiązania, ale podobały mi się słowa, nie liczby.
Delia siedziała na kolanach Pabla. Śmiała się – innym śmiechem niż Victoria, przypominał mi chianti, kryształowe kieliszki.
Trzymając się za ręce, poszli na górę, do pokoju. Po raz ostatni widziałam ich wtedy szczęśliwych.
Pablo zachowywał się jak zazdrosny małżonek. To Victoria wywołała tę zazdrość. Z Victorią Delia znów była sobą, przynajmniej na jedno popołudnie: wesoła, promieniejąca. Pablo nadskakiwał jej, dopóki działał czar. Ale Victoria mówiła, że to on jest czarownikiem: wykorzystuje ją i pozbawia sił.
– Jedźmy do Paryża – upierał się.
– Znowu? Nie mogę cały czas podróżować – odburknęła Delia.
Położyłam się, zapaliłam światło. Wraz z ciszą powrócił szum morza. Krew w moim ciele płynęła, naśladując ruch fal.
Wyjrzałam przez okno. Niebo i morze były czarne, a wysoko w górze błyszczały gwiazdy. Jakie jest niebo nocą w Paryżu? A jakie w Temuco? Moja matka nigdy nie spoglądała w niebo.