Pablo też wyglądał jak kukła. Siedział na kanapie w piżamie, ze szklanką w ręce, a przed nim stała pusta butelka po whisky. Wypił, co zostało na dnie, po czym odezwał się, nie patrząc na mnie:
– Chodź, Eliso. – Poklepał kanapę, jak to robił, kiedy chciał, żeby Matilde albo Chu-Tuh podeszli do niego.
Kiedy usiadłam, wstał i poszedł po drugą szklankę i nową butelkę.
Whisky kapiąca do szklanki, jak w klepsydrze. Jaki był dzień? Ile czasu minęło, odkąd mama umarła?
Pablo miał zaczerwienione oczy, jak wtedy, gdy wychodził z morza po kąpieli.
– Wypij wszystko – rzekł, jakby to było lekarstwo. Może zresztą było i ból po nim miał zniknąć.
Napój spłynął mi do gardła. Jednocześnie uderzył do głowy i dotarł do żołądka, poczułam, że ciało rozgrzewa się jak podczas wysokiej gorączki.
Znowu napełnił szklanki – swoją i moją. Tym razem piłam powoli, zamknąwszy oczy. Wielki pożar pustoszący puszczę.
Głowa opadła mi na jego ramię, jakby ją ucięto.
Objął mnie, poczułam jego rękę na plecach, a potem zapach whisky na twarzy. Ukrył twarz w moich włosach.
Leżał po drugiej stronie kanapy. Miał półotwarte usta, jakby nie żył.
Zaniosłam szklanki do kuchni, umyłam je i wytarłam. Wzięłam pustą butelkę i wyrzuciłam do kosza.
Poszłam do łazienki i pozwoliłam, żeby letnia woda spływała mi po twarzy i ciele. Długi czas spędziłam z zamkniętymi oczami pod strumieniem wody.
Przebrałam się w koszulę nocną i położyłam do łóżka. Świtało już, ale postanowiłam zasnąć, na zawsze. Gdy się obudzę, zdołałam jeszcze pomyśleć, będę gdzieś indziej.