Poranek. Mgła przylega do ziemi i do ścian domu. Ale dach jest tak wyniosły, wzbija się tak wysoko nad poziom morza, że wieżyczki wystrzelają dumnie w przejrzyste powietrze, a ich okna i dachówki połyskują różowawo w świetle wschodzącego słońca. W kuchni jest włączone światło, a w czajniku zaraz zacznie wrzeć woda. Z wieszaków zahaczonych o karnisz zwisają dwa garnitury, a w rogu stoją dwa pościelone łóżka polowe. Na jednym śpi Ian Geek. Na drugim, należącym do Honiga, widać rozrzuconą pościel.
Honig, ubrany w czarną koszulkę i czarne bokserki, już nie śpi. Klęczy przy drzwiach do piwnicy. Obok niego stoi miska z mydlinami. Honig szoruje szczotką posadzkę i jest w złym humorze. Naprawdę w złym humorze. Kiedy Ian Geek w końcu ziewa i otwiera oczy, Honig patrzy na niego gniewnie.
– Ale tu cuchnie. I co tu jest na podłodze? Wygląda jak krew.
– Być może. – Ian Geek podnosi się na łokciach. – Musiałem zaparkować po drugiej stronie domu i przenieść wszystko tędy. Pewnie dlatego.
Honig mruży oczy. Geek śpi w idiotycznym kapelusiku myśliwskim. To pewnie jakiś atrybut technomaniaków, myśli Honig, zwariowanych komputerowców.
– Przeniosłeś wszystko przez dom? Po co?
– Gdybym zaparkował od frontu, ktoś by mógł mnie zobaczyć. Szybciej było przejść przez dom.
Honig nie jest tym zachwycony. Iana wysłano tu dzień wcześniej, żeby wszystko przygotował, a ten zdążył już popełnić wiele błędów. Matilda Anchor-Ferrers wypatrzyła wczoraj krew – niewiele brakowało, a rodzina by coś przeczuła, zanim wszystko ruszyło. Nie mogą sobie pozwolić na takie niedbalstwo. Ale to jeszcze nic – w oczach Honiga takie przekroczenie norm higienicznych jest niewybaczalne. Przeciąganie jelenich wnętrzności przez kuchnię? Nie da się ukryć, że Ian Geek reprezentuje inny poziom.
– A reszta padliny? Chyba zrobiłeś z nią coś sensownego?
– Wrzuciłem do kanału.
– Do kanału?
– Wiele mil stąd. Szmat drogi. Nie ma się czym martwić.
Ian znów ziewa. Odrzuca pościel i podchodzi boso do czajnika. Otwiera z trzaskiem nową puszkę z herbatą, którą Anchorowie-Ferrersowie przywieźli z Londynu, i przystępuje do parzenia herbaty w dzbanku z porcelany sewrskiej, którego wartość Honig wycenił na jakieś kilkaset funtów.
Honig kończy szorowanie. Przenosi miskę do pomieszczenia gospodarczego i wylewa zawartość do umywalki. Myje miskę, potem ręce, i wraca do kuchni, spryskując dłonie małymi obłoczkami płynu antybakteryjnego.
– Robisz herbatę?
Ian patrzy na niego przez ramię.
– A co, nie można?
– A może byśmy tak zajrzeli za ścianę, czy pies nie złapał się w pułapkę?
– Okej. – Geek wzrusza ramionami. Wyciska łyżeczką torebki herbaty i wyjmuje je z dzbanka. Na każdym spodku kładzie zbożowe ciasteczko, jakby szykowali się do podwieczorku w Ritzu czy coś w tym stylu. Mężczyźni narzucają polary, wciągają wysokie buty – spodniami się nie przejmują, bo i tak nikt ich nie zobaczy – i wychodzą w mglisty poranek, każdy z kruchą filiżanką i spodkiem w dłoni.
Drzewa są ledwie widoczne i wszędzie wokół z mgły wyłaniają się wysokie trawy. To niezwykłe miejsce – wprost nieziemskie – szczególnie teraz, gdy trawniki pokrywa rosa, a na pajęczynach skrzą się kryształowe krople. Honig bierze głęboki oddech, rozkoszując się ożywczym chłodem powietrza.
Dochodzą do komórki i popychają drzwi. Tu panuje jeszcze mrok, więc Honig odstawia spodek i filiżankę na parapet i rozświetla wnętrze latarką z telefonu. Nic nie słychać, pajęczyny rzucają upiorne cienie. Breja wywleczona z wiadra zaczyna cuchnąć, ale gdy podchodzą bliżej, widzą, że jest nietknięta. Żadne łapy nie zakleszczyły się we wnykach.
Honig chodzi po komórce i przerzuca rupiecie, żeby sprawdzić, czy pies przypadkiem gdzieś się nie ukrył, a tymczasem Ian Geek stoi wyprostowany w drzwiach i z uniesioną głową dopija herbatę. Filiżankę i spodek trzyma tak, jakby był najsubtelniejszą, najlepiej wychowaną osobą pod słońcem. Jakby stał w eleganckim saloniku myśliwskim, a nie w zrujnowanej komórce, w samej bluzie, z gołymi nogami, owłosionymi i pokrytymi gęsią skórką. I z opadającymi na uszy klapami kapelusika.
Honig robi krok w stronę wiadra i marszczy brwi na jego widok.
– Kable musiał być nieźle walnięty – mówi. – Co innego wypatroszyć martwe zwierzę, a co innego wyjąć wnętrzności z jeszcze żywego człowieka.
– No tak. Ktoś musiał chyba przy tym nieźle wypruwać sobie flaki.
Honig patrzy beznamiętnie na Iana Geeka. Ta uwaga miała być żartobliwa, ale nie rozbawiła go ani trochę. Nie śmieje się, nie daje nawet po sobie poznać, że słyszał. Kieruje spojrzenie z powrotem na jelita.
– Można by pomyśleć, że coś je pożre, no nie? Po takiej odludnej okolicy muszą się włóczyć setki lisów. I borsuków – one też zjadłyby coś takiego, co?
– Może nie przepadają za jeleniami.
– W każdym razie jeśli coś się do tego szybko nie dobierze, będziemy musieli…
Urywa. Właśnie wypatrzył coś pośród mazi. Coś małego i srebrzystego.
– A to co?
Ian Geek odstawia filiżankę. Podchodzi i kuca przy jelitach. Nie dba o higienę tak bardzo jak Honig i dotykanie brei gołymi rękami to dla niego pestka. Grzebie w niej palcami i wyjmuje jakiś przedmiot.
– Śrut – mówi, podchodzi do progu i ciska przedmiot w krzaki.
– Śrut?
– Tak. – Ian kuca i wyciera ręce w zroszoną trawę. – Tak, śrut.
– Mówiłeś, że zastawiłeś pułapkę na to cholerstwo.
– No tak, ale… – Ian Geek milknie i namyśla się przez chwilę. – Może ktoś go wcześniej postrzelił – czy ja wiem? Może dlatego łatwiej go było złapać.
– Czyli skłamałeś.
– Niezupełnie.
– No dobra, nie powiedziałeś całej prawdy.
– A jakie to ma znaczenie? Miałem tyle spraw na głowie. Wydawało mi się, że całkiem nieźle mi to wyszło.
– To ma znaczenie, bo jeśli ktoś postrzelił tego jebanego zwierzaka, zanim ty się do niego dobrałeś, to może do dzisiaj zachodzi w głowę, co się z nim stało.
– Nie. W takich rejonach to się zdarza nagminnie. Jeleń dostaje kulkę, ale zaraz się podnosi i rusza dalej. Pewnie połowa populacji snuje się z kulkami w grzbiecie. To nic nadzwyczajnego.
Honig kręci głową.
– Dobra, dobra. Ale w sprawie miejsca porzucenia padliny chyba nie kłamałeś?
– Nie, przysięgam. – Ian przykłada dłoń do piersi, zostawiając na polarze mokry odcisk dłoni. – Przysięgam – jest w kanale. Całe mile stąd.
– Pytam, bo jak ludzie znajdą wypatroszonego jelenia, gotowi narobić wrzawy, że ktoś tu czci szatana. Jak chcesz, to pozwalaj sobie na fuszerkę, ale nie ze mną. Nie mam zamiaru spieprzyć przez ciebie tej roboty. Dotarło?
Ian Geek marszczy brwi. Wygląda, jakby zastanawiał się nad ripostą, ale w końcu zmienia zdanie.
– Tak – odpowiada posłusznie. – Dotarło.
– Dobrze. A co z gosposią? Jak jej tam było?
– Virginia van der Bolt. Nie narzeka.
– Nie narzeka. Bo co? Bo ją odwiedziłeś?
– Tak.
– I powiedziałeś jej, że…
– Pracuję dla Olivera. Powiedziałem, że rodzina nie będzie jej potrzebowała przez dwa tygodnie. Wyglądała, jakby uwierzyła.
– Wyglądała, jakby uwierzyła? Uwierzyła czy tylko tak wyglądała?
– Uwierzyła – odpowiada stanowczo. – A jak zapłaciłem jej za urlop, wyzbyła się resztek wątpliwości.
Honig kręci głową i cmoka z niesmakiem. Odwraca się i sięga po spodek i filiżankę.
– Ajajaj. Czego to niektórzy nie zrobią dla pieniędzy.