Przejechanie dwóch mil z Lewisham do Catford w londyńskim ruchu ulicznym zajmuje Caffery’emu prawie godzinę, a gdy przybywa na miejsce, właściciele sklepów zasłaniają już witryny i ludzie spieszą z pracy do domu. Tylko w oknie położonego na pierwszym piętrze biura Johnny’ego Patela świeci się jeszcze światło; w lokalach na parterze zamknięto już kraty w oknach. Przy każdym wejściu nagromadził się czarny, tłustawy nalot z moczu i brudu.
– Nie zmieniłeś się ani trochę. – Patel staje w obskurnych drzwiach do swojego biura, na podłodze zasłanej niedopałkami i przeżutymi gumami, i przypatruje się Caffery’emu. – Liczyłem, że wyhodowałeś w końcu bandzioch, ale wygląda na to, że proszę o zbyt wiele. Niewdzięczny sukinkot. Powinienem ci zatrzasnąć drzwi przed nosem.
– Cała przyjemność po mojej stronie, Johnny. Cała przyjemność po mojej stronie.
– Coś ty ze sobą zrobił? Pokaż no się. – Obraca Jacka w stronę światła, żeby dokładnie go obejrzeć, i krzywi się na widok jego twarzy. – Botoks? Jeśli tak, to odwalili kawał zarąbistej roboty. Wypełniacze? Wiesz co? Trudno powiedzieć, naprawdę trudno.
Wyciąga szyję i wskazując własną twarz, zachęca Caffery’ego do przyjrzenia się z bliska skórze.
– I co ty na to? George Clooney czy pudło? Bardziej Shane Warne? Wal śmiało. Bez obaw.
Szturcha Caffery’ego w bok i przysuwa się bliżej.
– Mała podpowiedź, liczę, że jednak Clooney.
– Clooney. Wykapany Clooney.
– Ty nawet nie wiesz, kim jest Shane Warne, co?
– A ty się w ogóle nie starzejesz.
Patel parska śmiechem, a potem cofa się i wpuszcza Caffery’ego do obskurnego przedpokoju. Przed laty nie zwróciłby uwagi na tę wytartą wykładzinę dywanową z dziurami wypalonymi przez żar z papierosów, na schody z ochrową linią na ścianie wytyczoną łojem z setek ludzkich dłoni. Kiedyś po prostu poszedłby dalej. Ale jego oczy przywykły do czystej wiejskiej zieleni; nagi wzrok widzi ostrzej i wychwytuje paskudne szczegóły.
Patel prowadzi Caffery’ego po schodach. Biuro mieści się w pokoju przedzielonym na końcu przeszkloną ścianką, z rzędem uśpionych komputerów ustawionych w równych odstępach wzdłuż jednej ze ścian. Na każdym dostępnym kawałku ściany wisi biała tablica zapisana nazwiskami. Caffery’ego uderza to, jak bardzo to wnętrze przypomina biuro zarządzania kryzysowego w komendzie policji. To prywatna działalność Patela, ale gdyby Caffery miał określić w ciemno profil personelu, obstawiałby, że pięćdziesiąt procent osób, które zasiadają tu co dzień, żeby wlepiać wzrok w ekran, to jakieś niezłe laski, a druga połowa – korpulentni byli gliniarze. Pies zawsze pozostanie psem, myśli.
Patel prowadzi go do przeszklonego pomieszczenia, gdzie na biurku świeci się lampka. Na obszernym blacie stoją trzy trzydziestocalowe monitory, a na każdym przewijają się słupki nazwisk.
– Nie spodoba ci się to. – Patel przekręca obrotowy fotel i podsuwa Caffery’emu. – Kiedy ty się tłukłeś w korku, ja tu żonglowałem nazwiskami.
– No i?
– Igła w stogu siana. Współczesne społeczeństwo nie jest zachwycone ideą małżeństwa, ale dawniej mieliśmy hopla na tym punkcie. W latach osiemdziesiątych imiona „Matilda” i „James” nie należały do najczęstszych, ale ustawiłem kryterium dwóch lat – od początku osiemdziesiątego pierwszego – i nadal mówimy o trzydziestu do czterdziestu tysięcy ślubów.
– Czterdzieści tysięcy? Chryste Panie.
– No. I jak dotąd jakieś trzydzieści pięć między Jamesem i Matildą. A to dotyczy tylko gmin w obrębie Londynu – zakładając, że to tu wzięli ślub. Wiem, że w twoim DNA drzemią geny teriera, Jack, ale nawet ty się przez to nie przekopiesz.
– Cholera. – Caffery krzyżuje ręce na piersiach, odchyla głowę i wpatruje się w sufit. Patel ma rację. Nawet gdyby temu zadaniu poświęciła się cała jednostka, odnalezienie wszystkich osób o takich nazwiskach zajęłoby tygodnie.
Sięga do plecaka i wyjmuje zdjęcia obrączki. Kładzie je na stole. Patel przypatruje im się, po czym kręci głową i podnosi wzrok.
– Ni cholery. Nic mi się nie wyświetla.
– A ta skrzydlata postać? Prawdopodobnie Merkury.
– Posłaniec Merkury… nie był czasem w logo któregoś operatora sieci komórkowej? I jeszcze trójkąt… masoneria?
– Całkiem możliwe.
– Działałeś kiedyś w loży?
– Broń Boże. A ty?
Patel wskazuje swoją twarz.
– Sorry, Jack, znamy się nie od dzisiaj, nie zauważyłeś czegoś? Wybacz, że walę prosto z mostu, ale widzisz, Jack, ja nie jestem białasem. Sam nie wiem, może w loży coś się zmieniło, ale kiedyś nie było takiej opcji. Absolutnie. Nikt mnie nawet nie zapraszał.
Wyciąga iPhone’a i zaczyna przeglądać kontakty.
– Ale… tak się składa, że jestem mistrzem kontaktów i znam kogoś, kto siedzi w heraldyce i gildiach. Mam zadzwonić?
– No jasne.
Patel odnajduje numer. Wybiera. Caffery słyszy damski głos.
– Cześć, to ja.
Kobieta coś mówi i uśmiech Patela blednie.
– Uhm, tak, to się da wyjaśnić… poczekaj. – Zasłania słuchawkę dłonią. – Pogadam na zewnątrz – mruczy pod nosem. – Sekundkę.
Wychodzi z pomieszczenia i Caffery’ego dobiegają jeszcze jego ostatnie słowa:
– Jestem w biurze, słowo daję, nigdzie indziej.
Trzaskają drzwi i Caffery zostaje sam. Wpatruje się w ekran komputera. Ciekawe, czy gdybym został w Londynie, skończyłoby się to podobnie? myśli. Czy pracowałbym w nędznej norze nad Catford High Street? Czy miałbym żonę i kręcił na boku? Z ulicy dobiega go krzyk i szczekanie psa. Wygląda przez okno i widzi mężczyznę z włosami związanymi w kitkę, ubranego w zapaskudzoną parkę, stojącego tyłem w progu monopolowego i wykrzykującego obelgi pod czyimś adresem.
Kiedy wraca Patel, Caffery stoi w tym samym miejscu, w którym go zostawił. Patrzy na dawnego kumpla i unosi brew.
– No co? – pyta Patel. – Co się gapisz?
– Miło widzieć, że jesteś tym samym człowiekiem co kiedyś.
– Co ty bredzisz?
– Nosisz obrączkę, ale założę się, że to nie to samo małżeństwo, które pomogłem ci rozwalić. Z kim gadałeś, z nową panią Patel?
– Wiesz co, Jack, podobno głodnemu chleb na myśli. Skąd wiesz, że osoba, z którą rozmawiałem, to ktoś więcej niż znajoma?
– No dobra, podejmuję rękawicę. Gadaj, jak jej na imię.
Patel kręci głową. Pociera czoło.
– Nina. A co?
– Eee, nic się nie zmieniłeś. – Caffery uśmiecha się półgębkiem. – Nic a nic. Poznaję po tym, jak wypowiedziałeś jej imię. NIIINA.
– Amen, ojcze Caffery, Bóg zapłać za kazanie.
Caffery nic nie odpowiada. W głębi duszy woli, żeby tak właśnie było – żeby nic się nie zmieniało. Bandzior niech pozostanie bandziorem, cwaniak niech dalej cwaniakuje. A Patel niech pozostanie obleśnym staruchem o moralności psa dingo. Dzięki temu on sam widzi w sobie więcej człowieka niż zwierzęcia. I dociera do niego, że nie jemu jedynemu na świecie nie układa się z kobietami.
– Sprawdzi to dla ciebie.
– Dziękuję. Zapłacę ci za fatygę.
– Spoko, właśnie do tego zmierzałem. Wiem, że ci sporo zawdzięczam, ale każdy orze jak może, życie dało mi już w dupę. Bo wiesz, prowadzę taki rejestr. Mam taką wielgachną tablicę jak na Wembley. I jeszcze mi podziękujesz, że będę cię skrupulatnie informował, kiedy zbliżysz się do kreski. No nie?
– A jaki mam limit?
Patel zastanawia się przez chwilę.
– Dwanaście godzin. To nam daje prawie pięćset funciaków.
– Mój łaskawco.
– Aha, i nie życzę sobie więcej odzywek na temat Niny. A nuż się okaże, że to miłość mojego życia. I komu wtedy będzie łyso, no, komu?