Ian i Lucia

Ianowi krew tętni mocno w skroniach. Milczy, ale bardzo się stara – jak zawsze w sprawach związanych z Lucią – nie stracić panowania nad sobą. Lucia nawet sobie nie wyobraża, jak wielką ma nad nim władzę ani jak bardzo cierpiał przez trzy ostatnie dni z powodu tego, jak go traktowała. Przy każdej nadarzającej się okazji, ilekroć wchodził sam do pokoju różanego, żeby podać jej jedzenie albo zaprowadzić ją do toalety, wściekłym szeptem dawała mu jasno do zrozumienia, co sądzi o jego głupocie przejawiającej się tym, że dopisał do scenariusza postacie Hugona i Sophie. Nie słuchała jego tłumaczeń: że musiał wykonywać polecenia, że uśpienie podejrzliwości Honiga nie było łatwe. A teraz znów to samo. I jeszcze pies… ten jebany pies. Ianowi łeb już od tego pęka.

– Trzeba się było za nim wstawić – upiera się Lucia. – Powiedzieć mu, że Misiek zostanie ze mną. Nie masz pojęcia, jak ja się czułam, wiedząc, że może mu się stać krzywda.

Ian patrzy na nią badawczo. Lucia nieodmiennie imponuje mu swoją niebywałą zdolnością do okrucieństwa. Siedzieć tak przez trzy dni w pokoju i robić wszystko, żeby jeszcze spotęgować ból rodziców… Ian też nie przepada za swoimi rodzicami, ale nawet on nie może sobie wyobrazić rozmiarów jej nienawiści. To dla niej takie typowe. Tak bardzo typowe. Za żadne skarby świata nie pozbawiłaby się tej przyjemności. Wtedy lata temu w Oślim Lasku była dokładnie taka sama. Tej jednej nocy dowiedział się o sadyzmie więcej, niż Honig albo ludzie z Legii Cudzoziemskiej nauczyliby go przez całe życie.

Ian wyciąga dłoń.

– Mamy kłopoty, muszę coś zrobić, żeby nas z tego wyciągnąć. Daj pierścionek.

Lucia oblizuje wargi. Patrzy na jego dłoń.

– Jaki pierścionek?

– Jaki pierścionek – powtarza on ze śmiechem. – Dobrze, kurwa, wiesz jaki.

Lucia ma pierścionek zaręczynowy Sophie i Ian zamierza go włożyć Honigowi do kieszeni, co ma sugerować, że to Honig był przed laty sprawcą „wilczego mordu”. Że wrócił i zrobił to samo Ginny, Oliverowi i Matildzie. Ian będzie musiał nanieść na jego ciało trochę DNA Anchorów-Ferrersów – trzeba będzie przenieść krew z tego, co zostało z twarzy Matildy, na buty Honiga, na wypadek gdyby ludzie z Gauntlet nie zdołali dyskretnie uprzątnąć tej jatki i w sprawę została zaangażowana policja.

– Dawaj pierścionek. – Ian traci cierpliwość. – Bo już mnie to wkurwia.

Lucii krew uderza do twarzy; wpatruje się w niego, nie dowierzając, że może być taki zuchwały. Serce wali mu jak młot, ale wytrzymuje jej spojrzenie, celowo nie odwraca wzroku. Lucia może go wysłać na koniec świata – ale on zawsze pokaże, kto tu rządzi.

Lucia unosi dłoń, powoli, powoli, a w oczach rozbłyskują jej dziwne ogniki. Ian spodziewa się, że go uderzy albo podrapie. Jest gotów ją powstrzymać, jeśli do tego dojdzie. Ale ona wsuwa tylko dłoń pod biustonosz. Wyjmuje pierścionek i kładzie mu na dłoni. Ian wsuwa go do kieszeni.

– Lucio. Ostatnia rzecz.

– Co takiego?

Ian zaciska i rozluźnia pięści. Czuje do siebie odrazę, że w ogóle o coś takiego pyta. Powinien być silniejszy, ale nie może się pozbyć tego dręczącego poczucia, że gdyby nie to, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności dostał pracę w Gauntlet, być może w ogóle by się z nim nie skontaktowała i nigdy więcej by jej nie zobaczył. Po „wilczym mordzie” nie odzywała się do niego przez długie lata – twierdzi teraz, że nie umiała go namierzyć, ale Ian podejrzewa, że niedostatecznie mocno się starała. Przynajmniej nie do czasu, gdy mógł jej się do czegoś przydać.

– Powiedz mi, że mnie nie wykorzystujesz. Drugi raz bym tego nie zniósł.

W odpowiedzi Lucia głaszcze go po twarzy. Patrzy na niego z takim uwielbieniem, że aż robi mu się głupio z powodu tych wątpliwości.

– Ianie, tęskniłam za tobą przez cały ten czas. Wróciliśmy do siebie. Okej?

Lekki ciepły dotyk jej drobnych palców na jego nieogolonym policzku rozbraja go delikatnością i wonią perfum. Ian od razu przymyka oczy.

– O, tak – szepcze ona, a gdy Ian otwiera znów oczy, Lucia patrzy na niego z przekrzywioną głową i zaciekawionym uśmiechem. – O, tak, mój kochany. Chodź. – Chwyta jego dłoń i przyciska ją do swojego płaskiego brzucha. Wsuwa ją pod pasek spodni i za majtki.

Na jej gładkim brzuchu jego palce wydają się suche i szorstkie. Zahaczają o skórę. Opuszcza nieprzerwanie jego dłoń, aż Ian czuje dotyk gorącej, wilgotnej plątaniny między jej nogami. Lucia unosi lekko biodra i rozsuwa uda, żeby ułatwić mu dostęp. Ian wsuwa w nią palce i już po nim.

Wyjmuje ręce z jej dżinsów i popycha ją niezdarnie w stronę łóżka. Lucia upada na nie, włosy opadają jej wokół oczu, leżąca na poduszce głowa odchyla się w tył.

Dźwiga biodra i rozpina dżinsy. Są pokryte krwią jej matki i gdy je zsuwa, zostawiają na pościeli podłużne cętkowane ślady. Lucia skopuje spodnie na bok i ściąga majtki, a potem rozkłada się z rękami pod głową i uśmiecha się do niego zagadkowo, rozchyliwszy kolana tylko tyle, żeby zobaczył to, co pragnie zobaczyć.

Te jej mocno czarne oczy. Ian zna ją sprzed lat, wiele razem przeżyli, wchodził w jej ciało kilkadziesiąt razy – a i tak do dziś nie wie, co się dzieje w tej jej głowie.

– Twoje też – mówi Lucia.

Ian wstaje, rozpina spodnie, zdejmuje je i odrzuca od siebie. Ściąga bokserki i kładzie się na niej. Kończy się cała tęsknota i lęk, i ból.