SIORAPALUK, 77°47’N, 70°38’W
LIPIEC 1900
Powietrze pachnie słoną wodą i jałowcem. Vega toruje sobie drogę między krami i opuszcza kotwicę w fiordzie, gdzie zdwojona przez odbicie w wodzie – jak lodowe góry i czerwone wzgórza – wygląda, jakby zawisła w powietrzu. Na nadbrzeżu miejscami utrzymuje się lód. Panuje dziwna cisza – psy nie szczekają, nie słychać powitalnych głosów. Spokój zakłócają tylko odległe krzyki krążących gdzieś traczyków lodowych. Wioska, która przycupnęła na cichej piaszczystej plaży, wygląda na opuszczoną. Flora zastanawia się, czy na osadę nie spadła jakaś straszna klęska.
Wiosłuje do brzegu. Nie pozwoliła, by ktokolwiek jej towarzyszył. Ojciec pomógł jej tam dotrzeć – był niechętny, krytyczny wobec tego pomysłu i pełen dezaprobaty, ale nie potrafił jej odmówić. Poprosił o przysługę, zwrócił się do ludzi, wobec których nienawidzi mieć długi wdzięczności, by wynajęto mu Vegę na jeden sezon. Jeszcze nie wie, ile będzie go to kosztowało. Większość członków załogi zna sławnego kapitana Mackiego lub słyszała o nim i o jego osobliwie znanej córce. Mężczyźni ci pewnie domyślają się, dlaczego biorą udział w tej dziwnej misji, która nie ma nic wspólnego z wielorybami, ale tego nie komentują.
Kiedy przyjechała do Dundee błagać o pomoc, wiedziała, że ojciec jej ostatecznie nie odmówi. Nie wpadł w szał ani nie krzyczał – to nie było w jego stylu – ale nie odzywał się zbyt wiele, łatwo ferował wyroki, twarz wykrzywiała mu prezbiteriańska odraza, jakby przebrała się naprawdę ostatnia miarka. Tak musiała zapłacić.
– A co z twoją przysięgą małżeńską? Przyrzekałaś przed Bogiem, że będziesz wspierać męża w zdrowiu i w chorobie. Dopóki śmierć was nie rozłączy.
Flora nie chciała przyznać, że nie ma już nadziei; rozwodziła się z Freddiem, by poślubić innego mężczyznę, który chwilowo… zaginął.
– Zakładasz, że cała wina leży po mojej stronie.
– Nieprawda, nie myślę tak. Ale żadne małżeństwo nie jest doskonałe, Floro. Życie to nie piknik.
– Wiem!
Jej ojciec sprawiał, że czuła się i zachowywała jak dziecko.
– Ale życie nie ma być też czyśćcem. Nie powinnam była wychodzić za Freddiego. Miałam dwadzieścia lat i czułam się nieszczęśliwa, popełniłam błąd. To nie miało sensu, nawet przed jego wypadkiem. Zasługuję na szansę, by być szczęśliwą, ojcze. Małżeństwo z panem de Beynem nie będzie błędem.
Gdyby nie wyszła za Freddiego, nie wyruszyłaby na Północ i nigdy nie poznałaby Jakoba. A gdyby Ashbee nie zmarł… Nie da się zmienić związków przyczynowych, które wpłynęły na jej życie.
– I na dodatek zamierzasz wyjechać do Ameryki – to dla niego chyba jeszcze bardziej bulwersujące niż sam rozwód – gdzie nikogo nie znasz! Nie masz tam żadnej rodziny ani przyjaciół. Zerwiesz wszelkie rodzinne więzi i będziesz całkowicie zależna od tego mężczyzny?
Flora westchnęła.
– Nie zrywam wszelkich więzi. Podróż statkiem do Nowego Jorku trwa tylko tydzień. I nie zamierzam być od niego zależna, będę pracować.
– Skąd wiesz, że będziesz mogła to robić?
– Mam takie same szanse na robienie tego tam, jak i tutaj.
– W każdym małżeństwie zdarzają się burze… pokusy. Niemal zawsze lepiej je przeczekać. Jesteś młodą kobietą, której dopisuje szczęście, Floro. Może to moja wina, pozwalałem ci na zbyt wiele. Nie musiałaś się nauczyć, że czasem trzeba przetrzymać. Większość ludzi składa obietnice i stara się ich dotrzymać.
To w końcu sprowokowało Florę do ataku.
– „Wytrzymywałam” to, jak to ująłeś, przez osiem lat! A ty twierdzisz, że dałeś z siebie wszystko, aby dotrzymać swojej przysięgi, swoich obietnic? Myślisz, że nie wiem o Sorqaqu i Asarpace? O tym, co tam robiłeś?
Twarz jej ojca stężała, utkwił oczy w tapecie. Poruszały się tylko jego nozdrza. Przez moment bała się, co może zrobić.
– Nigdy nie zamierzałem zostać świętym. Twój ojciec jest słabym człowiekiem, Floro. Ale twoja matka, niech spoczywa w pokoju, o tym nie wiedziała i nie cierpiała z tego powodu. Trwałem przy niej, nie opuściłem jej.
– Nie trwałeś przy niej! Wyjeżdżałeś czasami na dwa lata! Wiesz, że winiłam ją, że odpychała cię od siebie? Nienawidziłam jej za to! Nie wiedziałam wtedy, że byłeś… Równie dobrze mogłeś spędzać tyle samo czasu z nimi co z nami!
Kapitan Mackie spojrzał na nią ponownie, a Flora struchlała.
– Nie, wyjeżdżałem na tak długo, bo tego wymagała moja praca, to wszystko. Żałowałem swojej słabości każdego dnia. Przykro mi, jeśli ty… Nie wiedziałem…
Flora rzuciła ojcu gniewne spojrzenie, ale jej oburzenie słabło. Dotarło do niej, że by za nią tęsknił – choć raczej by tego nie przyznał. Zaczyna go żałować, a wcale tego nie chce.
Prowadzi łódkę po spokojnej wodzie tak powoli, jak tylko potrafi, obeznana z pracą wioseł, głuchym dźwiękiem wydawanym przez dulki, delikatnym skrzeniem się wody spływającej z piór wioseł. Widzi wszystkie detale łódki, fiordu i oddalającego się od niej statku. Płynie tyłem w przyszłość, której nie chce. Przestaje wiosłować. Jeśli tylko nie wyjdzie na ląd, to być może się nie wydarzy.
Łódź ze zgrzytem zatrzymuje się na piasku. Wysiada. Myślała o wszystkich złych wiadomościach, które może usłyszeć, i o tym, jak to przetrwa. Tyle że po przekroczeniu pewnego punktu nie potrafi sobie wyobrazić, że mogłaby to przeżyć. Zmusiła się do wyobrażenia sobie okropnych rzeczy – że Jakob żyje tu z jakąś kobietą i ich półeskimoskim dzieckiem, że zmienił zdanie na jej temat. Wyobraziła sobie też, że utknął po drugiej stronie Cieśniny Smitha, jak Greely i jego ludzie, słaby, chory, przymierający głodem… W jej głowie pojawia się też obraz Jakoba – nie może nic na to poradzić – który wychodzi z illu i idzie w jej stronę. Widzi jego uroczy uśmiech. („Najdroższa, nie mogłem napisać… Mam nadzieję, że się zbytnio nie martwiłaś…”). Jak długie ma włosy? Ma brodę czy jest gładko ogolony? Opalił się? Flora czuje, dosłownie czuje, jak on obejmuje ją ramionami i się do niej przyciska. Jak długo może jeszcze wierzyć w którąkolwiek z tych rzeczy?
Za wszystko trzeba zapłacić. Powiedziała sobie, że o ile tylko nic mu się nie stało, jest w stanie z niego zrezygnować – jeśli taki właśnie ma ponieść koszt. Jakby rezultat miał mieć cokolwiek wspólnego z tym, czego ona pragnie.
Za jednym z illu rozlega się szczekanie. Wybiega stamtąd mała półnaga postać, zatrzymuje się i przygląda przybyszowi. To Aamma. Skończyła siedem lat i jak na swój wiek jest wysoka, ma delikatne rysy twarzy, lubi rozkazywać innym. Flora woła ją:
– Aamma! To ja, Fellora, pamiętasz mnie? Fellora.
Dziecko wpatruje się w nią, ale jej nie poznaje. Dziewczynka wykrzykuje pytanie, które zadaje się podejrzanym nieznajomym:
– Jesteś człowiekiem czy duchem?
Flora odpowiada:
– Jestem człowiekiem.
Aamma woła kogoś przez ramię. Flora myśli w tej chwili nie o ostatnim razie, kiedy go widziała, ale o ich pożegnaniu w hotelu w Londynie, kiedy nie wiedziała, kiedy i czy w ogóle go jeszcze zobaczy. To wspomnienie jest tak silne. „Nie teraz… nie teraz… błagam, Boże, nie teraz”.
Meqro wychodzi z illu, a kiedy rozpoznaje dawną przyjaciółkę, zmartwienie i zaskoczenie na jej twarzy ustępuje miejsca radości.
– Fellora!
Flora idzie do niej i się uśmiecha, ale ma wrażenie, jakby jej twarz była maską.
– Meqro, droga przyjaciółko… Powiedz mi proszę, czy on…?
Ale przecież to dzieje się teraz.