Na początku płakałam. Po pewnym czasie już tylko bezsensownie mruczałam, wydając z siebie dźwięki jedynie po to, żeby je wydawać, bo bardzo trudno jest być samej w ciemnej drewnianej skrzyni. Zero bodźców. Deprywacja sensoryczna. Rodzaj tortury wykorzystywanej do łamania zatwardziałych zabójców i zradykalizowanych terrorystów. Bo działa.
Najgorszy był ból. Bezlitosna twarda powierzchnia wbijająca się w miękkie miejsce z tyłu głowy, gniotąca mnie w krzyż i obijająca pięty. Czułam ten ból niczym ogień na skórze, aż cały mój system nerwowy zaczął się buntować. Ale nic nie mogłam zrobić. Nie mogłam zmienić pozycji. Nie mogłam się w żaden sposób przekręcić czy przesunąć, żeby zmniejszyć ucisk. Uwięziona, dosłownie przygwożdżona na płasko do twardej sosnowej deski, minuta za minutą, sekunda za sekundą.
Wydaje mi się, że momentami, zwłaszcza na początku, traciłam rozum.
Jednak ludzie to intrygujące istoty. Nasze zdolności adaptacyjne są naprawdę imponujące. Nasz sprzeciw wobec cierpienia. Nieustępliwe dążenie do znalezienia rozwiązania, do zrobienia czegokolwiek, do poprawienia naszego losu.
Pierwszy raz poprawiłam swoją sytuację przypadkiem. W przypływie wściekłości na ból z tyłu głowy uniosłam ją i uderzyłam czołem o drewniane wieko. Chyba miałam nadzieję, że dzięki temu stracę przytomność. Wcale by mnie to nie zaskoczyło.
Zamiast tego pojawił się palący ból czoła, który przynajmniej na jakiś czas zmniejszył ból z tyłu głowy. To był dopiero początek moich odkryć. Bolą cię plecy? Walnij się w kolano. Boli cię kolano? Obij palucha. Boli cię paluch u stopy? Uderz się w palec ręki.
Ból to symfonia. Pieśń o rozmaitej intensywności i mnóstwie, mnóstwie różnych nut. Nauczyłam się na nich grać. Nie byłam już bezradną ofiarą pośród morza cierpienia, tylko szalonym genialnym kompozytorem, który układa muzykę z własnego życia.
Sama, uwięziona w skrzyni wielkości trumny, szukałam najdrobniejszego dyskomfortu i opanowałam takie doznania do perfekcji.
Unosiłam na milimetr nogi, wzruszałam ramionami i markowałam ćwiczenie bicepsów.
Przyszedł. Otworzył kłódkę. Zdjął wieko. Wyjął mnie z głębokości i upajał się swoją boską mocą. Odrobina wody i ochłap czegoś do jedzenia, jakby rzucał psu kość. Został, żeby popatrzeć. Śmiał się, gdy łamałam wysuszone kurze udko i łapczywie wysysałam szpik.
A potem z powrotem do skrzyni. Poszedł. Znowu byłam sama.
Sama w ciemnościach.
Pani własnego bólu.
Płakałam. Przeklinałam Boga. Błagałam, by ktoś, ktokolwiek, mnie uratował.
Ale tylko na początku.
Powoli, lecz nieuchronnie, najpierw mętnie, ale później coraz wyraźniej, zaczynałam myśleć, planować, knuć.
W ten czy inny sposób wydostanę się stąd. Zrobię wszystko, żeby przetrwać.
A potem…
Wracałam do domu.