Korytarz nie jest oświetlony, a mimo to jest w nim ciut jaśniej niż w zaciemnionym pokoju. Dostrzegam to dopiero po chwili ostrożnego wyglądania na zewnątrz, gdy wysunęłam się nieco za drzwi. Nie ma tam żadnych okien ani górnego światła. Stąd nieustępliwa ciemność. Ale ściany nie są pomalowane na czarno, co na tle wnętrza pokoju sprawia wrażenie, jakby było tam jaśniej.
Dostrzegam jeszcze czworo innych drzwi. Jedne obok naszego pokoju, dwoje po drugiej stronie. Ostatnie na samym końcu korytarza. Może prowadzą na schody? Wszystkie są zamknięte, więc trudno stwierdzić.
Nie widzę żadnych oznak życia. Nie słychać kroków, hałasów z innych pomieszczeń czy pięter. Korytarz nie jest długi, cztery pokoje to niedużo.
To dom – myślę. Znajdujemy się w jakimś domu. Nie mam pojęcia, ile ma pięter i który to poziom. Jeśli jesteśmy nadal w Bostonie, to większość budynków ma tutaj dwa piętra. Na parterze salon i kuchnia, a sypialnie na pierwszym i drugim piętrze. Obstawiałabym, że jesteśmy na drugim piętrze, jak najdalej od wspólnej przestrzeni – gdzie sąsiedzi albo przypadkowi goście mogliby nas usłyszeć. Ale tak naprawdę nie wiem nic, a moja współlokatorka nie jest zbyt rozmowna.
Widząc pusty korytarz z ciemniejszymi prostokątami zamkniętych drzwi, dziewczyna trzęsie się niemiłosiernie i wciąż przyciska dłoń do zranionego boku.
Intuicja podpowiada mi, żeby poprowadzić nas korytarzem do drzwi na końcu, które moim zdaniem powinny wychodzić na schody. Otworzyć je. Zejść po schodach. Wyjść.
Coś mi mówi jednak, że to nie będzie takie proste.
Ta dziewczyna – Stacey – wpatruje się w zamknięte drzwi po drugiej stronie korytarza. Drży jeszcze mocniej.
I w tym momencie zaczynam się denerwować. Co jest za tymi drzwiami? Co ona wie, czego ja nie wiem?
Żałuję, że nie mam żadnej broni.
Nie lubię pistoletów. Wciąż pamiętam tamten ostatni dzień i ciężar czterdziestkipiątki w mojej dłoni…
Nie lubię pistoletów. Ale paralizator, gaz pieprzowy czy choćby stary dobry kij baseballowy sprawiłyby, że poczułabym się teraz znacznie lepiej.
Trzymam w dłoni wyprostowaną sprężynę z materaca. Chyba będzie musiała wystarczyć.
Wysuwam się po cichu za drzwi. Opuszczam czarne jak smoła więzienie po raz pierwszy od… Cóż, nie mam pojęcia od kiedy.
Nie idę na lewo. Nie idę na prawo. Reagując na drżenie Stacey, przemierzam korytarz, chwytam gałkę drzwi po drugiej stronie i ciągnę.
Te drzwi też otwierają się na korytarz, tak jak nasze. Dzięki temu jestem nimi na wpół osłonięta przed dziką bestią, która mogłaby wyskoczyć z ziejącej ciemnością głębi.
Szarpię. Cofam się. Stacey ze świstem wciąga powietrze i…
I nic.
Żadnych dźwięków. Żadnego ruchu. Z mroku nie wyłania się żaden człowiek ani żadne zwierzę. Wyglądam zza drzwi, uważnie wpatruję się w ciemność.
Pokój jest bardzo, bardzo ciemny. Tak jak nasz. Ta sama farba na ścianach, która sprawia, że zaczynam się zastanawiać, co jeszcze jest takie samo. W naszym pokoju nie udało mi się znaleźć włącznika światła. Więc teraz macam ścianę korytarza przy drzwiach i rzeczywiście znajduję włącznik na zewnątrz. Naciskam go.
Stacey piszczy. Szybko zamykam oczy, moje palce pośpiesznie próbują odwrócić cały ten proces. Wyłącz, wyłącz, wyłącz.
A światło pali się, pali się, pali. Nie jesteśmy w stanie tego znieść.
Za dużo czasu spędziłyśmy w mroku.
Z trudem oddycham. Stojąca za mną Stacey także. Czekam na dźwięk dudniących kroków wywołanych piskiem Stacey. Zwierzęta uciekły, wydostały się z klatki! Łapać je!
Lecz w budynku nadal panuje cisza. Przejmująca cisza.
To wzbudza mój niepokój. W żadnym domu nie jest aż tak cicho. I żadne pomieszczenie nie powinno być aż tak ciemne. Co to za miejsce? I co się tutaj stało?
Zaczynam panikować. Mam urywany oddech, serce łomocze mi w piersi. Nasz pokój w pewien sposób niósł komfort. Określona przestrzeń. I szczerze mówiąc, dość luksusowa dla kogoś, kto tkwił w skrzyni o wymiarach trumny.
Ale dom, cały dom z pozamykanymi drzwiami, z nie wiadomo iloma piętrami, z nieznanymi zakamarkami…
Zaciskam dłoń w pięść, próbuję się skoncentrować. Czy jesteś zmęczona, czy jesteś głodna, jest ci zimno, coś cię boli?
Nie? W takim razie jest w porządku.
Wszystko jest w porządku.
I zamierzam się stąd wydostać.
Światło się zapaliło. Oświetliło pokój. Co zobaczyłam? Próbuję sobie przypomnieć, ale nie potrafię. Tylko ta oślepiająca jasność, niczym płomień opalarki skierowany prosto w siatkówkę oka. Biorę głęboki oddech. Jeśli chcę się dowiedzieć, co jest w tym pokoju, będę musiała znowu zapalić światło.
– Zamknij oczy – nakazuję Stacey. Opuszczam powieki, a potem naciskam włącznik.
Najpierw zerkam na boki, cały czas mrużąc oczy z powodu blasku. Nie mam pojęcia, co robi Stacey. Jęczy, ale przynajmniej tym razem nie piszczy.
Odliczam do trzech, a potem…
Szybko podnoszę wzrok, obejmuję nim pokój i wyłączam światło.
I ja, i Stacey oddychamy spokojniej. Teraz już rozumiem jej lęk. W pokoju były cienki materac, plastikowe wiaderko i długi łańcuch zwisający z sufitu.
Odwracam się do niej.
– Czy to był twój pokój?
Chwilę to trwa. Ale kiwa głową. A ja patrzę na korytarz w stronę dwojga pozostałych zamkniętych drzwi.
– A tamte pokoje? – pytam.
Wzrusza ramionami. Kiepsko wygląda. Zmaga się. Z dowodami swojej niewoli, z nadzieją na ucieczkę, nie mam pojęcia. Ale w mroku jej twarz wydaje się blada i świecąca, niczym woskowy księżyc.
Może jest chora. Może umiera w tej chwili, gdy ja stoję i przepytuję ją na środku korytarza.
Nie wiem. Nic nie wiem.
Nasłuchuję jakiegokolwiek dźwięku, zaciskam mocniej dłoń na sprężynie i podchodzę do kolejnych drzwi.
Zasuwy są na zewnątrz, bardzo blisko górnej krawędzi. Nie zauważyłam tego wcześniej, bo nie spojrzałam aż tak wysoko. Teraz dostrzegam, że wszystkie drzwi mają zewnętrzne zasuwy. Ale żadna z nich nie jest zasunięta.
Dlaczego? Po co zasuwy, skoro nie są zamknięte?
Mój niepokój wzrasta, gdy zbliżam się do drzwi, staję za nimi i otwieram szarpnięciem.
Ta sama smolista ciemność. Ten sam włącznik na zewnątrz, światło zapalone na ułamek sekundy, oślepiający blask. Takie samo wyposażenie. Goły materac, ciężki łańcuch.
Zaczynam czuć klimat tego domu. Nie jest radosny. A teraz ostatni element układanki: drzwi obok mojego pokoju.
Stacey nic nie mówi. Nie porusza się. Stoi na środku korytarza na chwiejnych nogach, przyciskając dłonie do boku, a ja przystępuję do działania.
To jest pokój z lustrem weneckim. Ten, w którym w moich wyobrażeniach porywacz spędzał czas, napawając się spektaklem. A teraz? Czy czeka w środku, jak zwykle o jeden krok do przodu? Otworzę drzwi, a wtedy on…
Obezwładni mnie paralizatorem, odurzy narkotykiem? A nasza żałosna próba ucieczki rozbawi go do łez?
Ręka mi się trzęsie. Wkurza mnie to. Nie chcę być przerażona ani zalękniona, ani onieśmielona.
Nie jestem głodna. Nie jestem zmęczona. Nie jest mi zimno, nie czuję pragnienia, nie jest mi gorąco, nic mnie nie boli.
Jest w porządku.
I zamierzam to zrobić.
Otwieram drzwi. Włączam światło. Szybko wyłączam.
Gwałtownie wciągam powietrze, a potem powoli wypuszczam. Zamykam drzwi i wracam do Stacey. Nie ma Złego Porywacza. W ciemności nie kryje się żaden potwór. Za tymi drzwiami zobaczyłam dokładnie to, co za dwojgiem pierwszych. Czyli są cztery pokoje, w tym mój, pomalowane na czarno, cztery materace, cztery wiaderka i cztery łańcuchy.
I my dwie.
– Co przede mną ukrywasz? – pytam.
Stacey podnosi wzrok. Otwiera usta. I zamyka je.
A potem, niczym marionetka, której odcięto sznurki, bezgłośnie pada na podłogę.
Ruszam do drzwi na końcu korytarza. Wyjście, najprawdopodobniej na schody.
Wmawiam sobie, że nie uciekam. Wmawiam sobie, że nie porzucam młodej dziewczyny, którą sama dźgnęłam w żebra.
Wydostanę się stąd. I sprowadzę pomoc. To rozsądne rozwiązanie. Jak się znajdzie rannego, pierwsza rzecz to zadzwonić pod 911. Cóż, nie mam przy sobie komórki. A więc wyjdę i sprowadzę pomoc.
Docieram do drzwi, chwytam gałkę. Ciężka, metalowa. Jak w drzwiach przeciwpożarowych. Przekręcam i ciągnę, jak trzykrotnie zrobiłam już wcześniej.
Ale drzwi ani drgną.
Przesuwam wzrokiem do góry, tam gdzie inne drzwi miały zasuwy. Ale tutaj nie ma rygla.
Przynajmniej nie po tej stronie.
Jak wyglądały drzwi do pozostałych pomieszczeń? Były zamykane od zewnątrz. O ile zakład, że te są takie same? Co oznacza, że wychodzą na klatkę schodową i są zaryglowane od tamtej strony.
Przez chwilę nie potrafię się z tym pogodzić. Uderzam w drzwi dłonią. Kopię bosą stopą. Boli mnie ręka, a palce stopy niemal eksplodują. Te drzwi nie są z drewna, nawet się nie ugną. Nie ruszę ich.
Zamknięta. Na większej przestrzeni. Mimo wytrwałości i całego sprytu nie wywalczyłam dla nas wolności. Tylko dostęp do kolejnych zaciemnionych pokoi w naszym więzieniu.
Pieką mnie oczy. Ale nie płaczę. Opieram czoło o metalowe drzwi. Czuję na rozgorączkowanej twarzy ich chłód.
– Nie jestem głodna – szepczę. Kłamstwo. Burczy mi w brzuchu. – Nie jestem spragniona. – Gdzie ta butelka z wodą? – Nie jestem zmęczona. Nic mnie nie boli. – Mnie nie, ale Stacey tak. – Wszystko w porządku. – A potem na wszelki wypadek powtarzam: – Wszystko w porządku. Wszystko w porządku. Wszystko w porządku.
W końcu to zrobię. Wydostanę się stąd. Choćby dzięki temu, że porywacz kiedyś wróci, a wtedy ja…
Chyba że nasz porywacz faktycznie był barmanem z muskularną klatą. Co znaczy, że nie żyje. To dopiero byłaby ironia losu.
Tylko że ja się tutaj jakoś dostałam. Nie obchodzi mnie, co myśli obolała, skołowana Stacey. Nie przyszłam tu ze swojego mieszkania i nie zamknęłam się w wymalowanym na czarno pokoju. Ktoś coś zrobił. I ten ktoś tu wróci.
I wtedy będzie o wiele, wiele gorzej. Czy nie tak powiedziała Stacey?
Odsuwam się od drzwi. Wracam do rozciągniętej na podłodze Stacey. Nie wiem, co robić, pierwsza pomoc nie jest moją mocną stroną. Ale mam teraz dostęp do zasobu, którego wcześniej nie miałyśmy. Do światła. Czyli mogę lepiej przyjrzeć się jej ranie, lepiej się nią zająć.
Upadła niedaleko wejścia do mojego pokoju. Pociągam ją za kończyny, aż leży płasko na plecach. A potem włączam światło w mojej dawnej celi. Wolę wykorzystać światło padające ze środka na korytarz, niż wlec Stacey bezpośrednio pod żarówkę. Obawiam się, że nasze oczy by tego nie wytrzymały.
Jęczy, gdy się wokół niej kręcę, aż udaje mi się ułożyć ją tak, żeby światło padało prosto na jej odsłonięty brzuch.
Kiedy przesuwam na niego wzrok, natychmiast uświadamiam sobie, ile skrywała wcześniej ciemność. Choć bardzo się starałam wyczuć każdą drzazgę, tylko poszarpałam ranę. To długa rana cięta. Dostrzegam kreski ciemnego drewna pod skórą Stacey i zaczerwienienie wokół rany. Na dodatek dziewczyna ma wzdęty brzuch. Delikatnie go dotykam. Twardy.
Wydaje mi się, że krwawi. Do środka. Chyba oglądałam taki odcinek Chirurgów. Nie skończył się dobrze dla ofiary wypadku kolejowego.
A teraz…
Przykucam na piętach. Zaciskam dłonie na udach. Stacey Summers bez wątpienia potrzebuje pomocy lekarskiej.
A ja nie mam pojęcia, jak nas stąd wydostać.