Niebo i ziemia zmówiły się, żeby ujawnić ciało Ernsta Richtera. Wyglądało na to, że wszechświat wyciąga pomocną dłoń do sprawiedliwości.
Pierwsza była burza, która siedemnastego grudnia rozszalała się tuż po ósmej rano. Należała do wyjątkowych, ale nie nadzwyczajnych: czarnogranatowe, kłębiące się monstrum, które nadciągnęło z grzmotami znad Oceanu Atlantyckiego, znad wyspy Robben.
Kłębowisko chmur strzelało w morze i w ziemię białymi, widowiskowymi jęzorami, ciągnąc za sobą zbitą ścianę deszczu. W niecałe pół godziny na Bloubergstrand i Parklands oraz na Killarney Gardens i Zeezicht spadło siedemdziesiąt jeden milimetrów deszczu.
Powódź wywołała wiele szkód, a na drogach zapanował chaos. Media głównego nurtu i media społecznościowe w kółko mówiły o globalnym ociepleniu.
Jednakże w odniesieniu do ciała, które odsłoniły żywioły, wkład ziemi był nieco skromniejszy; kontury weldu za Blouberg – gdzie południowo-wschodni wiatr uformował przypadkowo wydmy niczym ślepy rzeźbiarz – skierowały po prostu wodę w tamte miejsca. Wypłukała ona piasek otaczający stopy Ernsta Richtera: jedna z nich, naga, prezentowała się tragicznie, podczas gdy na drugiej komicznie dyndała skarpetka niczym opuszczona do połowy masztu flaga.
Ostatnim ogniwem w tym łańcuchu luźno powiązanych ze sobą wydarzeń był los, który sprawił, że dwudziestodziewięcioletni operator Craig Bannister zatrzymał się o 11:17 w pobliżu, tuż przy Otto du Plessis Drive: nadbrzeżnej drodze pomiędzy Blouberg i Melkbosstrand. Wysiadł z samochodu i ocenił pogodę. Najgorsza wichura minęła, chmury zaczęły się już rozstępować. Chciał przetestować nowy zdalnie sterowany dron DJI Phantom Vision Plus z kamerą o wysokiej rozdzielczości. Phantom, tak zwany „quadrocopter”, był prawdziwym cudem technologicznym w miniaturze. Był wyposażony w GPS oraz Wi-Fi, które pozwalało Bannisterowi połączyć swój iPhone z kamerą. Mógł oglądać nagranie na wyświetlaczu telefonu zalewie milisekundy po zarejestrowaniu.
Tuż po 11:31 Bannister zmarszczył czoło na widok dziwnego obrazu na ekranie, skierował Phantoma niżej i nieco bliżej filmowanego obiektu. Dał mu się unosić zaledwie metr nad zaobserwowaną anomalią, aż był pewny tego, co zobaczył.
Piasek, czarna plastikowa płachta oraz stopy: wszystko było widać wyraźnie.
Milczał. Podniósł wzrok znad iPhone’a, by zorientować się, nad którym miejscem dokładnie unosił się Phantom, i ruszył żwawo w tamtym kierunku. Wydawało mu się, że niczym w filmie telewizyjnym obraz uchwycony przez kamerę jest fikcją, w którą nie mógł uwierzyć. Podążył ścieżką wijącą się między krzakami, która wspinała się na kolejne wydmy i z nich schodziła. Gdy stanął na szczycie ostatniej z nich, zobaczył to na własne oczy. Podszedł bliżej, odciskając samotny szlak śladów butów na wygładzonym deszczem piasku.
Stopy wystawały spod grubej czarnej folii, w którą najwyraźniej zawinięto ciało. Reszta była nadal pogrzebana w piasku.
– Cholera – zaklął proroczo Craig Bannister.
Sięgnął po telefon, który nadal był przymocowany do kontrolera. Zorientował się wtedy, że Phantom ciągle unosi się około metra nad ziemią i wszystko filmuje. Dał mu wylądować i wtedy wszystko wyłączył. Potem zadzwonił.
O 13:14 w restauracji Ocean Basket przy Kloof Street zabrzęczał telefon kapitana Benny’ego Griessela. Policjant spojrzał na wyświetlacz i stwierdził, że dzwoni major Mbali Kaleni, jego nowy dowódca Dyrektoriatu Priorytetowych Dochodzeń Kryminalnych – DPDK lub inaczej Sokołów – Jednostki do spraw Ciężkich Przestępstw. Uznał, że to może być jego szansa na ucieczkę. Odebrał szybko, żywiąc pewną nadzieję.
– Benny, wybacz, że przeszkadzam podczas lunchu.
– Nie ma sprawy – zapewnił.
– Potrzebuję cię w Edgemead. Farmersfield Road. Vaughn też już tam jedzie.
– Będę tam za dwadzieścia minut.
– Przeproś w moim imieniu swoją rodzinę. – Wiedziała o tym lunchu, „specjalnej okazji”, którą przygotowała jego dziewczyna, Alexa Barnard.
– Tak zrobię.
Rozłączył się. Alexa, Carla i młody van Eck słyszeli tę rozmowę. Patrzyli na niego. Jego syn, Fritz, siedział z nosem utkwionym w telefonie komórkowym.
– Ai, Pappa – jęknęła Carla, jego córka, a w jej głosie mieszały się zrozumienie i rozczarowanie.
Alexa chwyciła dłoń Griessela i ścisnęła ją wyrozumiale.
– Przepraszam – bąknął Benny i wstał. Bolały go bok i ramię. Nie było to jednak tak dotkliwe jak wcześniej rano. – Muszę jechać do Edgemead.
– Ważne zabójstwo? – spytał młody van Eck. Był nowym „przyjacielem” Carli, sobowtórem Jezusa, z długimi do ramion włosami i rzadką brodą.
Griessel go zignorował. Sięgnął po swój portfel i wyciągnął z niego kartę kredytową. Podał ją Alexie. Ulżyło mu, kiedy skinęła głową i wzięła ją od niego.
– Daj mi tylko całusa – powiedziała. – Mój superdetektyw.
Na weldzie na wschód od Otto du Plessis Drive odgrzebali ostrożnie szczątki Ernsta Richtera, a silny wiatr dodał dramatyzmu sytuacji, by po kilku minutach znowu ucichnąć. Słońce wyjrzało nagle zza chmur, jego oślepiający blask odbijał się od pofałdowanych wydm i wzburzonego nadal Oceanu Atlantyckiego.
Ekipa od video nagrała, co trzeba, podczas gdy technicy odgarniali ostrożnie piasek wokół ciała i wsypywali go do oznakowanych torebek dowodowych.
Na miejscu dowodził adiutant Jamie Keyter z posterunku Table View. Teren w promieniu dziesięciu metrów od miejsca znaleziska kazał odgrodzić taśmą policyjną. Wydał polecenie, by dwóch mundurowych pilnowało ruchu na Otto du Plessis Drive i trzymało ciekawskich z dala od miejsca przestępstwa. Podejrzliwym i nieco oskarżycielskim tonem, który zachowywał na takie właśnie okazje, przesłuchiwał dokładnie Craiga Bannistera.
– Dlaczego właśnie tutaj przyjechał pan testować swój mały samolocik?
– To nie jest zabronione.
– Wiem. Ale dlaczego nie wybrał się pan w to miejsce w okolicy Vlei, gdzie ludzie puszczają takie maszyny?
– Tam jeżdżą hobbyści maszyn zdalnie sterowanych.
– No i?
– Niech pan posłucha: jestem profesjonalnym operatorem. To znaczy, że…
– Operatorem czego dokładnie?
– Operatorem filmowym. Pracuję w telewizji i przy produkcjach filmowych. To jest najnowsze osiągnięcie technologiczne w dziedzinie wykonywania zdjęć z powietrza: dron z kamerą HD. Muszę poćwiczyć obsługę tego sprzętu bez konieczności robienia uników przed setkami małych samolocików.
– Ma pan na to licencję?
– Że co? Nikt nie potrzebuje licencji na małego drona.
– I tak po prostu pan się tutaj zatrzymał?
– Zgadza się.
– Cóż za zbieg okoliczności – rzucił ironicznie Jamie Keyter.
– Co pan chce przez to powiedzieć?
– Nic nie mówię. Tylko pytam.
– Niech pan posłucha: jeździłem tak długo, aż znalazłem miejsce z ładnym widokiem – tłumaczył cierpliwie Bannister. – Droga, morze, góry… niech sam pan zobaczy. Wspaniałe widoki. Musiałem poćwiczyć sterowanie tym sprzętem, ale chciałem również przetestować kamerę na czymś wartym uwagi. Na przykład na takim krajobrazie.
Jamie Keyter ściągnął z nosa okulary marki Ferrari, by rzucić Bannisterowi spojrzenie mówiące „mogę przejrzeć cię na wylot”.
Mężczyzna stał tam i zaniepokojony czekał na rozwój sytuacji.
– A więc sfilmował pan wszystko kamerą? – spytał w końcu Keyter.
– Tak.
– Proszę mi to pokazać.
Razem obejrzeli nagranie na telefonie komórkowym. Zrobili to dwukrotnie.
– W porządku – oznajmił Keyter i nakazał Bannisterowi, by ten zaczekał przy swoim samochodzie. Adiutant ponownie założył okulary przeciwsłoneczne. Ubrany w czarną koszulkę polo, która eksponowała jego napakowane bicepsy, oraz czarne spodnie z kieszeniami marki Edgars ze skórzanym paskiem, stał z rękami na biodrach i wpatrywał się w dwie stopy wystające spod płachty czarnej folii.
Był zadowolony z siebie. Stopy, pomimo pośmiertnego przebarwienia, najwyraźniej należały do białego mężczyzny. To przyciągnie uwagę mediów, którą Jamie Keyter wprost uwielbiał.
Benny Griessel, czterdziestosześcioletni niepijący alkoholik, trzeźwy od sześciuset dwóch dni, wpatrywał się w przednią szybę swojego samochodu, siedząc w korku na Buitengracht.
Zwykle nienawidził grudnia.
Zwykle przeklinał to szaleństwo okołoświąteczne, mamrocząc jissis. Wkurzali go zwłaszcza ci fokken Gautengersi, którzy ścigali się na drodze do Kapsztadu błyszczącymi nowymi beemkami i ze swoimi portfelami, gotowi przehulać bożonarodzeniowe premie z nastawieniem „Zatrzęsiemy całym Przylądkiem”; mieszkańcy północnych przedmieść Kapsztadu, którzy porzuciwszy swoje zwyczajowe zahamowania, całymi stadami ciągnęli na plaże. Ich śladem podążają hordy Europejczyków uciekających ze swoich rejonów przed zimą.
Zwykle rozżalony snuł rozważania nad konsekwencjami tej inwazji. Brakowało miejsc parkingowych, na ulicach robiły się korki, wszystko drożało dwukrotnie, a przestępczość wzrastała o co najmniej dwanaście procent, ponieważ wszyscy chlali na umór, co uwalniało drzemiące w nich demony.
Zwykle. Ale nie tego roku: opresję nosił w sobie i panowała ona wszędzie wokół, niczym niepocieszona chmura. Znowu. Nadal.
Krótkotrwała ulga, którą przyniosła mu ucieczka z Ocean Basket, już się ulotniła. Kiedy wszedł do samochodu, dotarła do niego melancholia pobrzmiewająca w głosie Mbali – konsternacja tym wyraźniejsza, im usilniej tuszowana. Kontrastowało to ostro z pozytywnością, którą w ciągu ostatnich dwóch miesięcy starała się roztaczać wokół jako dowódca grupy.
„Potrzebuję cię w Edgemead. Farmersfield Road. Vaughn też już tam jedzie”. Szykowało się coś niedobrego. Nie miał już sił zmagać się z kolejnymi katastrofami.
Tak więc dzisiaj grudniowe szaleństwo i ślimacze tempo ruchu ulicznego nie było aż tak bardzo solą w oku, ale raczej błogosławieństwem.
Zespół techników odsłonił całe ciało Ernsta Richtera.
Adiutant Jamie Keyter przywołał bliżej ekipę z kamerą, by mogli sfilmować to miejsce: zwłoki zawinięto w grubą czarną folię, nie była ona jednak wystarczająco długa, by zakryć stopy, oraz krwistoczerwoną linę, którą ciasno obwiązano ciało od głowy przez talię aż po kostki.
Keyter zauważył fotoreportera, który usiłował zrobić zdjęcia z Otto du Plessis Drive za pomocą teleobiektywu. Dlatego właśnie stał na rozstawionych stopach z rękami na biodrach: był to obraz detektywa, który panuje nad sytuacją na miejscu przestępstwa. Pilnował reporterów, aż uznał, że sfotografowali i sfilmowali to miejsce ze wszystkich właściwych stron.
– W porządku – oznajmił. – Teraz wasza kolej. – Przywołał techników skinieniem ręki i wydał polecenie: – Rozetnijcie go.
Dwóch ludzi wyposażonych w odpowiednie narzędzia podniosło taśmę policyjną i uklękło przy ciele ofiary. Jeden z nich ostrożnie rozciął linę. Drugi podniósł ją i spakował do torby przeznaczonej na materiał dowodowy.
Jamie Keyter również przeszedł pod taśmą i zbliżył się do ofiary.
– Odwińmy go.
Zajęło im to prawie dziesięć minut, ponieważ musieli działać niezwykle ostrożnie i wydawało się, że płachta folii nie ma końca. Technicy rolowali folię co dwa metry, aby uniknąć zanieczyszczenia materiału dowodowego.
Mundurowi, filmowcy, dwóch detektywów oraz ekipa karetki, wszyscy zaciekawieni podeszli bliżej.
Ciało zostało w końcu odkryte w całości.
– Nie leżał tu zbyt długo – oznajmił jeden z techników, ponieważ na zwłokach widniało niewiele oznak rozkładu, jedynie ogólne zaciemnienie skóry, niebieskofioletowa siatka plam pośmiertnych na stopach oraz na karku, a także ziarenka piasku oblepiające ciało od głowy aż po stopy. Szczupły mężczyzna przeciętnego wzrostu, gęste ciemne włosy, ubrany w niebieskie dżinsy i czarną koszulkę z białym napisem: „Nie wdaję się w potyczki słowne z nieuzbrojoną osobą”.
– Może jakiś tydzień lub dwa – orzekł drugi, który pomyślał, że chyba już gdzieś widział tę twarz, ale nie kojarzył jej dokładnie. Stłumił chęć podzielenia się tym spostrzeżeniem.
W tamtym momencie był chyba najbliższy zidentyfikowania ciała Ernsta Richtera na miejscu przestępstwa.
– Uduszono go czymś – oznajmił jeden z techników, wskazując na głębokie przebarwienia na ciele denata.
– Najwyraźniej – odparł Jamie Keyter.