Na Farmersfield Road, gdzie w środowe popołudnie panował spokój charakterystyczny dla klasy średniej, stały rzędy białych i kremowych domków krytych dachówkami, z trzema sypialniami i zadbanymi trawnikami. Po porannej burzy po ulicy walały się gałęzie i liście.
Griessel nie musiał szukać adresu. Zauważył sąsiadów wspierających się po drugiej stronie ulicy w małych, przygnębionych grupkach oraz skupisko radiowozów zaparkowanych w jednym miejscu. Zatrzymał się na chodniku, kilka metrów od celu. Siedział nadal w samochodzie z rękami na kierownicy i spuszczonymi oczami. Nie miał ochoty wysiadać.
Wydarzyło się coś, co zakłóciło normalność podmiejskiego Edgemead; wiedział, że to coś przyczyni się do pogłębienia opresji, którą odczuwał od kilku miesięcy. Stał tam również busik PCSI, czyli elitarnego zespołu policyjnych techników i specjalistów medycyny sądowej. Co oni tu robili? Dlaczego wezwano jego i Vaughna z Sokołów?
Wziął głęboki oddech i powoli ściągnął ręce z kierownicy. Wysiadł niechętnie. Poszedł w kierunku domu.
Biały murek zasłaniał widok, więc musiał najpierw obejść podjazd, gdzie dostępu bronił posterunkowy.
Dom wyglądał jak większość innych stojących przy tej ulicy. Przy drzwiach kolejni policjanci stali w kręgu ze spuszczonymi głowami.
Posterunkowy zatrzymał go ruchem dłoni. Griessel pokazał swoją legitymację.
Jego oczy nagle się rozszerzyły:
– Och, kapitan Griessel. Kapitan Cupido prosił, by pan zaczekał tutaj. Już go wołam.
– Ale po co? – spytał Benny, po czym obszedł mężczyznę.
– Nie, kapitanie, proszę – błagał zaniepokojony mężczyzna. – Taki dał mi rozkaz. Muszę go zawołać.
– No to niech pan to zrobi – rzucił ze złością. Nie był w nastroju na sztuczki Vaughna.
Kapitan donośnym głosem nakazał mundurowym stojącym przy drzwiach, aby wezwali „Kapitana Sokołów”. Jeden z nich pośpieszył do środka.
Griessel czekał zniecierpliwiony.
Cupido pośpiesznie wyszedł w swoim stroju „Zbuntowanego Sokoła” – dżinsy, żółta koszulka, niebieska marynarka i krzykliwe żółto-pomarańczowe buty do biegania, które wczoraj tak entuzjastycznie wychwalał Benny’emu: „Nike Air Pegasus Plus, pappie, prawie tysiak za parę, ale w TekkieTown mieli wyprzedaż. Fajna wygoda w Technicolorze; jakbyś chodził w powietrzu w swoim mokrym śnie. Wychodzisz w nich wszystko na totalnym luzie. Ale prawdziwym bonusem tych bajeranckich butów jest to, że major Mbali wkurzy się na maksa”.
Przez ostatnich kilka tygodni Vaughn protestował zawzięcie przeciwko nowym, surowym zasadom schludności, które ustanowiła major Mbali (za każdym razem sarkastycznie podkreślał jej stopień). W poprzedni poniedziałek podczas odprawy Kaleni oznajmiła uroczyście: „Jeśli chcecie być zawodowcami, musicie wyglądać jak zawodowcy. Mamy zobowiązania wobec społeczeństwa”. Zarządziła, że mają nosić garnitury i krawaty oraz „buty wizytowe” – a przynajmniej koszule z kołnierzykiem i marynarki. Tego było już za wiele dla Cupida, któremu trudno było pogodzić się z tym, że to właśnie ją wyznaczono na dowódcę grupy: „Myślisz, że to przypadek, tak zaraz po wyborach? Nie sądzę. Ona jest z plemienia Zulu, to są etniczne działania afirmatywne; to ciągle jest czas Zumy, Benna. Ty i ja mamy więcej doświadczenia, więcej lat służby i lepiej się na tym znamy. I to ona dostaje awans?”.
Griessel wiedział, w czym tkwił prawdziwy problem. Cupido martwił się, że nowy dowódca nie będzie tolerował jego sposobu bycia. Mbali była sumienna i konserwatywna, a Vaughn nie. Stwierdził więc, że ona jest właściwą osobą na tym stanowisku, w tych okolicznościach.
To niczego nie zmieniało.
Pomimo działania w pośpiechu i kolorowego stroju Cupido miał ponury wyraz twarzy, kiedy podszedł do Griessela.
– Nie musisz tam wchodzić, Benna. Skończyliśmy tu już robotę.
Griessel wyczuwał w głosie kolegi udawaną rzeczowość, która skrywała konsternację.
– Nie po to przejechałem taki kawał. Co jest grane, Vaughn? Co tu się stało?
– Zaufaj mi, Benna, proszę. Mamy tu oczywistą sytuację. Chodźmy. – Cupido położył opiekuńczo dłoń na ramieniu kolegi.
Benny poczuł, że podnosi mu się ciśnienie. Co ten Cupido odstawiał? Strząsnął jego dłoń z ramienia.
– Powiesz mi w końcu, co tutaj się dzieje, czy mam sam to zobaczyć?
– Benna, zaufaj mi choć raz – błagał Cupido, co tylko podsyciło podejrzenia Griessela.
– Jissis – jęknął i ruszył w kierunku drzwi wejściowych.
– To Vollie – oznajmił Cupido.
Griessela zamurowało.
– Vollie?
– Ja. Nasz Vollie. Vollie Fish i jego rodzina.
Adiutant Tertius van Vollenhoven, który pracował z nimi obydwoma, kiedy istniał jeszcze policyjny oddział prowincji. Vollie, który serwował powiedzonka z West Coast oszczędnie i bez emocji z tym swoim akcentem z Namaqualand, kiedy noc się dłużyła i morale podupadało. Vollie Fish z Lamberts Bay, który na weekendy jeździł do domu i w poniedziałek przywoził owoce morza dla całego zespołu ze szczegółowymi instrukcjami dotyczącymi gotowania tych produktów, bo „spieprzone raki to zwykłe świętokradztwo, przyjacielu”.
Mężczyzna, który dzięki swojej nieskończonej cierpliwości i oddaniu pracy w ciągu czterech lat złapał dwóch seryjnych morderców z Cape Flats. A potem przeniósł się na posterunek Bothasig. Ogłosił, że swoje już zrobił i że teraz pragnie spokojniejszego życia, chciał ocalić swoje małżeństwo i patrzeć, jak dorastają jego dzieci. Wszyscy jednak wiedzieli, że chodziło tutaj o traumę związaną ze śledztwami, kolejne miesiące oglądania zmasakrowanych ciał ofiar i tę świadomość, że cokolwiek by się robiło, tylko szczęśliwy traf pozwalał powstrzymać tych potworów.
Dawne poczucie krzywdy obudziło się w Griesselu, nienawiść wobec osób odpowiedzialnych za te czyny.
– Włamanie?
– Nie, Benna.
– Co się stało, Vaughn?
Cupido odpowiadał ledwo słyszalnym szeptem. Nie potrafił spojrzeć Griesselowi w oczy.
– Vollie zastrzelił ich wczoraj wieczorem, a potem sam się zabił.
– Vollie?
– Zgadza się, Benna.
Pamiętał dwie urocze dziewczynki, nastolatki, i żonę Volliego, pulchną, silną, która zawsze go wspierała. Mercia albo Tersia. Najchętniej odrzuciłby ten obraz, naprawdę nie chciał sobie tego wizualizować: Vollie ze swoim służbowym pistoletem stojący obok łóżka dzieci.
– Chryste, Vaughn – wyszeptał i poczuł, że ponownie doznaje duszącej klaustrofobii.
– Wiem.
Griessel najchętniej kontynuowałby tę rozmowę; chciał uniknąć tego napięcia.
– Ale dlaczego? Co się stało?
Cupido wskazał na mundurowych stojących przy drzwiach.
– Ludzie z posterunku Bothasig znaleźli wczoraj dziewczynę na weldzie, po drugiej stronie Richwood. To była już druga, taki sam modus operandi jak w przypadku zabójstwa sprzed miesiąca. Wszystko wskazuje na seryjnego mordercę. Kiepska sprawa, Benna, to jakiś chory pojeb. Vollie tam był.
Griessel połączył fakty, trzymając dłoń z tyłu głowy. Usiłował zrozumieć, co się stało – demony dręczące umysł Volliego w końcu go dopadły.
– No już, Benna. Chodźmy.
Griessel nie ruszył się z miejsca. Cupido zauważył, że kolega śmiertelnie pobladł.
– Benna, będzie lepiej, jeśli…
– Zaczekaj. – Rzucił ostre spojrzenie Cupidowi. – Dlaczego Mbali nas tu przysłała?
– Dowódca posterunku Bothasig poprosił ją, żebyśmy rzucili na to okiem. Chciał się upewnić, że niczego nie pominą, bo media…
– Aha. – I jeszcze Griessel spytał po chwili: – Dlaczego chcesz trzymać mnie z dala od tego, Vaughn?
Cupido spojrzał mu w oczy i postukał się palcem wskazującym w skroń.
– Bo jeszcze tak do końca nie doszedłeś do siebie, Benna. Ja to wiem.
Jamie Keyter przeszukał wraz z dwoma technikami wszystkie kieszenie dżinsów ofiary. Niczego w nich nie znaleźli.
Przełożyli ciało do wielkiego czarnego worka na zwłoki. Zapiął go i poprosił o nosze. Ciało przeniesiono do karetki. Technicy spakowali sprzęt i ostrożnie oznaczyli czarną folię oraz czerwony sznur. Jeden z nich przyniósł wykrywacz metalu i ze słuchawkami na uszach raz po raz obchodził naokoło miejsce przestępstwa.
Drugi z techników stał z Jamiem Keyterem. Byli poza zasięgiem słuchu pozostałych osób.
– Przysięgam, on wygląda znajomo – oznajmił technik.
– No raczej. Pracuje z tobą – rzucił Keyter, marszcząc brew zza okularów słonecznych.
– Nie on, ofiara.
– Czyli że co, znasz go?
– Nie, nie znam. Ale mam wrażenie, że o nim słyszałem.
– To jakiś celebryta?
– Ja po prostu wiem, że już go widziałem.
– To kurewsko pomocne, jeśli nie wiesz gdzie. Myślisz, że to policjant?
Technik pożałował, że w ogóle się odezwał.
– Nie, ja… Może się mylę. Może on tylko wygląda jak ktoś, kto…
Technik pracujący z wykrywaczem metalu zatrzymał się w pewnym miejscu i oznajmił:
– Tutaj coś jest. – Stał około trzech metrów od miejsca, w którym znaleziono ofiarę.
Drugi z techników chwycił małą łopatkę i przeszedł pod żółtą taśmą policyjną. Rozgrzebał rękami piasek wokół wykrywacza i odsunął go ostrożnie. W pierwszej chwili nie znalazł niczego.
– Jesteś tego pewny? – spytał kolegę.
– Tam na pewno coś jest.
Wyczuł coś metalowego na głębokości czterdziestu centymetrów. Pogrzebał palcami w piasku i w końcu to zobaczył.
– Jis, to telefon komórkowy.
Wstał, z zestawu narzędzi wziął pędzel, pochylił się ponownie i odgarnął nim piasek, podczas gdy Jamie Keyter wezwał zespół filmowców.
– Wygląda na iPhone’a 5 – oznajmił jeden z techników. Wcisnął guzik w telefonie, ale nic się nie stało. – Telefon padł na amen. O piętnastej siedem w środę, siedemnastego grudnia.