O 15:48 Benny Griessel wszedł do Fireman’s Arms, knajpy uznawanej za drugą najstarszą w Kapsztadzie; wcześniej powstała podobno tylko Perseverance Tavern przy Buitenkant Street.
Fireman’s obsługiwał alkoholików i innych zatwardziałych pijusów od 1864 roku, czyli w środę siedemnastego grudnia lokal ten miał już ponad sto pięćdziesiąt lat. Griessel miał w głębokim poważaniu historię picia w Kapsztadzie. To wolne miejsca parkingowe na Mechau Street sprawiły, że zatrzymał się właśnie tam.
Zdecydowanym krokiem przeszedł pomiędzy ciemnymi drewnianymi stołami i ławkami do długiego baru, usiadł i zaczekał, aż zostanie obsłużony. Zaciągnął się zapachami tawerny. Przywoływały one liczne wspomnienia, z czego wszystkie przyjemne.
Opierając łokcie na kontuarze, zauważył, że lekko drżą mu ręce. Złożył je razem, aby zbliżający się barman tego nie zauważył.
– Podwójna whisky – poprosił.
– Z lodem?
– Nie, dziękuję.
Barman skinął głową i się oddalił. Wrócił ze szklanką z grubego szkła, do której na dwa palce nalał bursztynowego płynu, i przekazał ją Benny’emu – zrobił to mechanicznie, wyćwiczonymi ruchami, zupełnie nieświadomy znaczenia tej chwili. Griessel się nie zawahał. Nie myślał o tych sześciuset dwóch dniach bez alkoholu, które miał za sobą. Podniósł szklankę i pociągnął z niej solidny łyk.
Miał wrażenie, że spotkał dawno niewidzianego przyjaciela, i to spotkanie było prawdziwą radością. Nadal jednak nie poczuł wewnątrz żadnej zmiany.
Wiedział, że ten pierwszy łyk nie przyniesie mu ulgi. Wiedział, że znieczulenie i spokój, porządek, sens oraz uzdrowienie, a także równowaga i jedność ze światem przychodziły dopiero później, gdzieś pod koniec drugiej szklanki boskiego płynu.
Laboratorium kryminalistyczne SAPS od 2011 roku mieściło się przy Silverboom Avenue na siedemnastu tysiącach metrów kwadratowych imponującego połączenia stali i szkła. Trzon budynku miał kształt ogromnej, wysokiej na cztery piętra litery C, z której wychodziło pięć odnóg – po jednej dla każdego wydziału: balistyka, analiza DNA, analiza naukowa, analiza dokumentów oraz analiza chemiczna. To właśnie w kuchni działu analizy naukowej, kiedy nalewał do kubka kawy, uderzyła go ta myśl. Do technika dotarło, kogo przypominała mu twarz człowieka znalezionego na wydmach koło Blouberg.
Czy to możliwe?
Nie zdradził nic swojemu koledze, pośpieszył tylko do biurka, odstawił kawę koło klawiatury i wpisał nazwisko w wyszukiwarkę Google.
Otworzył link i przyglądał się zdjęciu, które zaczęło się ładować na ekranie. No oczywiście, nie pomylił się. Wyszukał w notatkach zrobionych tego dnia numer komórki Jamiego Keytera i zadzwonił do niego.
– Jamie – burknął detektyw, jakby nie chciał, by mu przeszkadzano. Wymówił swoje imię inaczej, niż robili to Anglicy. Technik uznawał, że jest to nieco pretensjonalne i irytujące, jak sam ten detektyw.
Przedstawił się i powiedział: – Wydaje mi się… Jestem prawie pewny, że ofiarą jest Ernst Richter.
– Kim jest Ernst Richter? – spytał Jamie Keyter.
– To ten facet od Alibi, który zaginął.
Keyter nie odzywał się przez chwilę. Po chwili odpowiedział z rosnącą irytacją:
– Nie mam pojęcia, o kim mówisz, stary.
– No to lepiej zadzwoń na posterunek w Stellenbosch.
Griessel trzymał w dłoni drugiego drinka.
Pomyślał, że to właśnie są jego wakacje. Nie potrzebował niczego więcej.
Mbali mogła już darować sobie to zrzędzenie.
W poniedziałek przeglądała jego akta: „Od trzech lat nie byłeś na urlopie, Benny”. W jej głosie było słychać, że naprawdę martwi się o niego.
– Miałem ponad trzy miesiące zwolnienia lekarskiego po… – Oboje wiedzieli, że ma na myśli strzelaninę, w której zginął jej poprzednik, a Griessel został ranny.
– To się nie liczy. Masz wziąć urlop pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Potrzeba ci prawdziwych wakacji.
„Prawdziwe wakacje”? Jedyne, na co mógł sobie pozwolić, to siedzenie w domu, a to po jednym dniu doprowadziłoby go do szaleństwa.
– …I spędzić czas z najbliższymi. – To była karta atutowa Kaleni.
Jego najbliżsi.
Zanim Mbali zadzwoniła do niego tego popołudnia, od dwudziestu minut siedział w restauracji Ocean Basket właśnie z najbliższymi. Jego córka, Carla, rozmawiała cały czas z Alexą o jakichś artystycznych sprawach, o których on nie miał bladego pojęcia. Jego syn, Fritz, siedział z telefonem komórkowym i śmigał palcami po ekranie, chichocząc po cichu co chwilę, kiedy piknięcie albo melodyjka obwieszczały, że nadszedł nowy esemes, nowa wiadomość z WhatsAppa, Facebooka, Twittera lub BBM czy innego dziwoląga. Jakby jego ojciec w ogóle nie istniał. Jakby to nie była specjalna okazja, lunch, przy którego zorganizowaniu Alexa zadała sobie tyle trudu. Fritz, którego posłanie w przyszłym roku do szkoły filmowej (AFDA) będzie kosztowało fortunę – i to nie w przenośni, ale dosłownie. Już za samą rejestrację AFDA pobiera opłatę w wysokości 5950 randów. 10 000 randów wpisowego. 55 995 randów za czesne. I to tylko za jeden rok. Doskonale pamiętał te kwoty; potrafił wyrecytować je, kurwa, w środku nocy, ponieważ musiał przedstawić je menadżerowi swojego banku. Bank zastanawiał się cały miesiąc, zanim przyznał mu pożyczkę.
Fritz kompletnie tego nie doceniał i siedział z nosem przyklejonym do telefonu podczas specjalnego lunchu, a Griessel nie wiedział, co ma robić.
Jego dzieci miały o wiele lepsze relacje z matką. Czasami słyszał, jak rozmawiają przez telefon z Anną, jego byłą żoną. Rozmowy pełne śmiechu oraz wymiany doświadczeń i intymnych zwierzeń. A on? Co on miał zrobić? Jego życiem była praca, a o tym nie mógł rozmawiać. Według terapeuty wynikało to z jego tak zwanego altruizmu oraz depresji.
Był też młody van Eck, nowy „przyjaciel” Carli, który studiował z nią w szkole teatralnej w Stellenbosch (kwotę 29 145 randów rocznie udało się Griesselowi załatwić bez kredytu, ale nadal wiązało się to z niemałymi trudnościami i koniecznością sporych oszczędności). Griessel nie znosił Vincenta van Ecka. Zaczynał się zastanawiać, czy poprzedni ukochany jego córki, rugbista Etzebeth, nie był jednak lepszym wyborem. Etzebeth przynajmniej wiedział, kiedy ma się zamknąć.
Van Eck gadał jak nakręcony, ciągle przedstawiał jakieś swoje opinie i zadawał Griesselowi pytania, na które ten nie miał ochoty odpowiadać. Które z twoich śledztw było najciekawsze? Co sądzisz o werdykcie w sprawie Oscara Pistoriusa? Dlaczego mamy tak wysoki poziom przestępczości?
Nie zwracał się do niego z szacunkiem per Oom, tylko mówił „ty” i „ciebie”, miał za długie włosy i przebiegłe spojrzenie. Według Alexy był ładnym i „słodkim” chłopcem, a Griessel nie chciał być niemiły, bo w końcu ten dzieciak był przyjacielem Carli, ale miał silne przeczucie, że van Eck jest rozpuszczonym gnojkiem.
Vincent van Eck. Mógł sobie wyobrazić reakcję Vaughna Cupida: „Co to za fokken imię? Kto dziecku z takim nazwiskiem daje na imię Vincent?”.
O 16:28 adiutant Jamie Keyter, siedzący przy zawalonym papierami biurku naprzeciw dowódcy posterunku w Table View, poinformował go, że ciało, które z tak wielką ostrożnością odkopali z piasku w Blouberg, należało najprawdopodobniej do Ernsta Richtera.
– TEGO Ernsta Richtera? – spytał pułkownik wyraźnie zmartwiony.
Keyter zastanawiał się, dlaczego wszyscy poza nim słyszeli już o TYM Ernście Richterze; może powinien jednak czytać gazety, nawet jeśli nie pisano w nich o sprawach, które właśnie prowadził. Potwierdził to i wyjaśnił, że zaginięcie Richtera zgłoszono ponad trzy tygodnie temu w Stellenbosch. Kolor włosów oraz rysy twarzy ofiary wykazywały spore podobieństwo do osoby widniejącej na dwóch zdjęciach portretowych, które posterunek Stellenbosch przesłał mejlem dziesięć minut wcześniej. Co więcej, denat miał na sobie to samo ubranie, które Richter nosił na krótko przed zaginięciem.
– Świetna robota – powiedział dowódca posterunku głęboko zamyślony.
– Dziękuję, pułkowniku. Ale sprawę przejmuje teraz Stellenbosch. To znaczy, to jest nasza sprawa finish and klaar. Prawda?
– Czy ktoś go już zidentyfikował?
– Zadzwonię do jego matki i spytam, czy może przyjechać i go zidentyfikować, pułkowniku. Ale znaleziono go na naszym terenie. Posterunek Stellenbosch potrzebuje tylko numeru dziewięćdziesiąt dwa, żeby zamknąć swoje akta… – wymawiając te pełne nadziei słowa, Keyter odnosił się do formularza SAPS 92, który należało wypełnić w przypadku odnalezienia zaginionej osoby.
Komendant podrapał się po karku, zastanawiając się nad tym. Znowu mocne i słabe strony Jamiego Keytera. Wiedział, że adiutant być może nie jest największym bystrzakiem w zespole śledczym posterunku Table View, ale był oddany pracy i rzetelny, działał metodycznie i miał na swoim koncie kilka zakończonych sukcesem śledztw w sprawach nieskomplikowanych zabójstw.
Pytanie brzmiało, czy mógł powierzyć mu tę sprawę, jeśli naprawdę chodziło tu o TEGO Ernsta Richtera.
Jednym z problemów była ambicja Keytera. Odkąd kilka lat temu zyskał oszałamiająco pozytywny rozgłos po rozbiciu gangu złodziei samochodów, często przeceniał swoje umiejętności i swój potencjał. Na posterunku Table View sporo plotkowano na temat jego zamiłowania do bycia w centrum zainteresowania mediów (jak i równie wielkiego upodobania do spędzania czasu przed lustrem).
Inny problem stanowiła ilość pracy. Table View było jednym z najszybciej rozwijających się obszarów miejskich na Półwyspie Przylądkowym. Przyrost ten przejawiał się w napływie przedstawicieli niższej klasy średniej: między innymi tysięcy imigrantów z Nigerii, Malawi i Zimbabwe osiedlających się w dzielnicy Parklands, gdzie popełniano niemal sześćdziesiąt procent przestępstw, którymi musiał zająć się jego posterunek. Jeśli to na pewno był TEN Ernst Richter, będzie musiał oddelegować do tej sprawy sporo ludzi, ponieważ komisarz prowincji zacznie wywierać na niego ogromny nacisk, jak tylko sprawę zwietrzą media.
To oznaczało zasoby ludzkie, którymi nie dysponował. I zainteresowanie mediów, którego pragnął wyłącznie Jamie Keyter.
– Jamie, zadzwonię do Stellenbosch i zobaczę, co da się załatwić – skłamał.
Kiedy Griessel kończył trzecią szklaneczkę, fizyczny ból zaczynał ustępować. Ból w ramieniu, ból w boku, tępe rwanie w ranach odniesionych pół roku temu, gdy zginął pułkownik Zola Nyathi – a Benny nie.
Ten ból, który rano rozbudziła burzowa pogoda, powrócił teraz jako silnie pulsujące wspomnienie tamtych wydarzeń.
A teraz siedział tutaj i rozmyślał o czwartym drinku.
Przeczuwał, że znów zbliża się picie. Doktor Barkhuizen, jego wieloletni sponsor z klubu AA, również to przewidział. „Znam te szkliste oczy, Benny. Musisz zmierzyć się z tym pragnieniem. Kiedy ostatni raz poszedłeś na spotkanie klubu AA? Porozmawiaj znowu ze swoim terapeutą. Poukładaj sobie w głowie”.
Nie chciał wracać do terapeuty. Po pierwsze, zmuszono go, by poszedł na terapię po strzelaninie. Po drugie, przeszedł przez ten proces wbrew swojej woli. Po trzecie, psychologowie nie mają kompletnie o niczym pojęcia; siedzieli w swoich małych, durnie urządzonych gabinetach, zaprojektowanych tak, by wystraszeni i niestabilni emocjonalnie ludzie poczuli się tam komfortowo i niemal jak u siebie w domu, z pudełkiem chusteczek ustawionym w pobliżu niczym cicha obelga i pluszowym misiem siedzącym na parapecie okna.
Pluszowy miś… w gabinecie terapeuty, który leczył policjantów.
Znali sporo trudnych wyrazów i mieli ogromną wiedzę książkową, ale czy którykolwiek z nich stawał obok zmasakrowanego ciała raz po raz, a potem znowu i znowu? Albo leżał obok swojego kolegi i patrzył na tryskającą wszędzie krew, wiedząc, że kolega z pewnością umrze? I jeszcze ta świadomość, że nie jesteś w stanie go ocalić.
Terapeutka była atrakcyjną kobietą. Po czterdziestce, tak jak Griessel. Początkowo wydawało mu się, że wszystko będzie w porządku, pomimo chusteczek i pluszaka. Ale potem zaczęła mówić tym swoim fokken kojącym głosem, jakby był jakimś szaleńcem, którego należało uspokajać. Zadawała pytania na temat całego jego życia oraz pracy detektywa. Słuchała go niezwykle uważnie, skupiała na nim całą swoją uwagę, przytakiwała wszystkiemu współczująco i powtarzała, że rozumie. Po czterech tygodniach powiedziała mu, że cierpi na stres pourazowy i odczuwa winę jako ocaleniec. I że to jego altruizm i depresja sprawiają, że pije.
Nie był pewny, czy wie, co znaczy altruizm.
– Chodzi o troskę o innych – wyjaśniła. – Okazywaną do tego stopnia, że poświęca się coś dla innych, nie oczekując jednocześnie w zamian korzyści bądź nagrody.
– Dlatego właśnie piję?
– To jeden z elementów układanki, kapitanie. Interpretacja depresji, w skrócie rzecz jasna, głosi, że ludzie, u których ona występuje, nie widzą dla siebie sensownej przyszłości. Odczuwają obniżenie poczucia własnej wartości oraz obawę o swój status. Jednakże najnowsze badania pokazują, że istnieje również inny rodzaj depresji – taka, przy której ludzie odczuwają ogromną winę i wykazują wysoki poziom empatii wobec losu innych osób. Ich altruizm jest tak silny, że doświadczają oni zachwiania percepcji, za sprawą którego postrzegają siebie jako niebezpieczeństwo dla bliskich im osób. Uważam, że właśnie na tym powinniśmy się skupić.
Griesselowi absolutnie się to nie spodobało. Ludzie cierpiący na depresję chodzili jak zombie, ze spuszczonymi głowami, miewali mroczne myśli i rozważali na przykład podcinanie sobie żył. A tego typu myśli nigdy go nie nachodziły. Odrzucał te bzdury, ale przez grzeczność skinął jedynie lekko głową.
A potem oznajmiła, znowu tym swoim kojącym głosem:
– Wszystko, co pan mi powiedział, wskazuje właśnie na to. Nie chodzi tylko o wydarzenie, podczas którego zastrzelono pana pułkownika. Za każdym razem, gdy pojawia się pan na miejscu przestępstwa, towarzyszy panu poczucie współsprawstwa, myśl, że powinien pan był nie dopuścić do zbrodni. Takie objawy obserwuje się nie tylko u przedstawicieli pańskiego zawodu. Jednak głównym czynnikiem jest to, że zaczyna pan czuć się odpowiedzialny za wszystkie najbliższe panu osoby; rozwija się u pana nienaturalna potrzeba ochronienia ich przed całym złem, jakiego doświadcza pan na co dzień. Na pewnym etapie dociera do pana, że jest to niemożliwe. Musimy odkryć, czy właśnie to przyczynia się do pańskiej depresji i do pańskiego picia.
„Musimy odkryć”. Fok. Jakby był jakąś dziką krainą.
Siedział w pubie i wspominał tamtą rozmowę. Pił, mając nadzieję, że zapomni – ponieważ dzisiaj po południu w Edgemead demony, które owładnęły Volliem Fishem, przeniosły się do jego umysłu.