16

Cupido po raz pierwszy mógł porozmawiać z Cindy Senekal na osobności, kiedy szła z nim do jego samochodu.

Musiał spytać ją o marihuanę w audi Richtera. I o czynności seksualne, do których doszło w samochodzie, ponieważ raport z badania śladów wykazywał, że sperma znaleziona na siedzeniu miała mniej niż dwa tygodnie. Delikatny temat. Nawet w dzisiejszych czasach nie mógł tak po prostu wypalić z pytaniem: „Bzykałaś się z Richterem w jego samochodzie?”, ponieważ w grę wchodziły tu strata i żałoba, mimo iż po części były one udawane. Jeśli to nie ona brała udział w tym bzykanku, może wpaść w szał. Ale ostatecznie były to informacje istotne dla śledztwa. Nie ma więc wyjścia i musi o to spytać.

Gdyby tylko Benna był tutaj…

– Proszę pani – zaczął, dziękując w duchu za półmrok, w którym była pogrążona ulica. – Muszę wyjaśnić kilka kwestii dotyczących śladów znalezionych przez naszych ludzi. Niektóre z nich mogą być nieco drażliwe.

Spojrzała na niego pytająco. To nie ułatwiało mu sprawy.

– W schowku w jego samochodzie znaleziono marihuanę.

– Dagga? – rzuciła to pytanie zbyt szybko, a to, jak zesztywniała, ją zdradziło.

– Nie przychodzę tu w sprawie narkotyków. Nie obchodzi mnie, co palił i z kim palił, daai moet jy mooi verstaan. Ale muszę sprawdzić, czy w grę nie wchodzi tu jakaś transakcja narkotykowa.

– Nic mi nie wiadomo na temat dagga – odpowiedziała i od razu wiedział, że skłamała.

Niech jej będzie. Skoro takie miała do tego podejście, zadanie kolejnego pytania przyszło mu o wiele łatwiej.

– W takim razie muszę spytać, czy uprawiała pani seks w jego samochodzie w listopadzie?

– Uprawiała seks? – spytała nieco oburzona.

– Zgadza się.

– W jego samochodzie?

– Ja. W audi.

– Dlaczego pan o to pyta? – Z tonu jej głosu wynikało, że jest bliska uznania jego pytań za nękanie. Przez chwilę podejrzewał, że wynika to z faktu, iż jest koloredzkim gliną, który zachowuje się bezczelnie wobec białej kobiety. Może postępował zbyt delikatnie, a nie było tam z nim Benny’ego, który by go uratował. Aż do tej chwili nie przejawiała zachowań rasistowskich – pomyślał, że powinien obdarzyć ją kredytem zaufania.

Postanowił jednak odpuścić grzeczny ton:

– Myśli pani, że pytałbym o to, gdyby nie było to istotne dla śledztwa?

Otworzyła nieco szerzej oczy, ale szybko się opanowała i spytała:

– Ma pan na myśli całowanie się?

– W grę wchodzi coś znacznie więcej.

– Nie. Nie robiliśmy tego – odpowiedziała lodowatym tonem.

Wybiła północ, kiedy musiał zatrzymać się na światłach na Dorp Street. Wykorzystał tę chwilę, aby wysłać esemes na telefon Griessela.

„Śpisz już?”

Po czterech minutach, kiedy wyjeżdżał ze Stellenbosch, nadeszła odpowiedź: „Nie śpię – Alexa”.

Przyczepił element zestawu głośnomówiącego do ucha i zadzwonił do niej.

– Cześć, Vaughn. Benny śpi – poinformowała go spokojnym głosem Alexa.

– U ciebie wszystko w porządku?

– Tak. Doktor Barkhuizen tu był. To sponsor Benny’ego z AA. Pomógł mi położyć Benny’ego do łóżka. Dzisiaj wieczorem nic więcej już nie zrobimy.

– Fakt. To bardzo ważne, żeby Benny pojawił się jutro w pracy o normalnej porze. Na wypadek, gdyby ten haas z knajpy Fireman’s robił jakieś kłopoty.

– Zrobię, co w mojej mocy.

– Powiem, że dzisiaj wieczorem Benny pracował ze mną nad sprawą. Wtedy nikt nie będzie mógł powiedzieć, że był tak zalany, by nie mógł pracować, jeśli wiesz, co mam na myśli.

– Dzięki, Vaughn.

– Daai’s niks, nie masz mi za co dziękować. Ale teraz muszę przekazać ci informacje na temat sprawy, żebyś rano mogła przygotować Bennę.

– Tak zrobię.

– W porządku. Weź kartkę i coś do pisania.

Pojechał Bottelary Road, ponieważ z powodu robót drogowych Polkadraai trzeba było unikać za wszelką cenę.

Myślał o Bennie i Alexie. Dobrzy ludzie.

Swoje już przeszli. Wystarczył jeden rzut okiem – biały, który nie zaznał w życiu trudności, był po prostu doos. Musiałeś najpierw swoje odcierpieć, zanim byłeś w stanie to zrozumieć, zanim zdołałeś dostrzec, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, niezależnie od rasy, koloru skóry i wyznania.

Alexa, słynna gwiazda muzyki, która zeszła na dno przez dop, zniknęła ze sceny muzycznej, a potem zastrzelono jej męża. Życie dało jej nieźle popalić. Teraz jednak starała się ponownie stanąć na nogi.

No i Benna. Dowodził Jednostką do spraw Ciężkich Przestępstw. Już dawno powinien dostać ten awans albo nawet zostać brygadierem. Jednak problem Benny polegał na tym, że nie widział się na takim stanowisku. Benna miał pretensje do całego świata, ale Cupido nie potrafił dojść do tego, skąd brała się taka postawa.

Tylko dlatego, że był pijakiem? To nie miało sensu; było wielu starszych rangą policjantów, którzy chlali na umór, ale żaden z nich nie pałał do siebie samego taką pogardą, którą czasami widział u Benny. Skąd to się u niego wzięło? Wszyscy wiedzieli, że na swój sposób był świetnym detektywem. Benna dobrze sobie radził z ludźmi – z Mbali, z nim samym, Vaughnem, ze świadkami i podejrzanymi. W kontaktach z ludźmi Benna przejawiał jakiś szósty zmysł; szanował wszystkich, wiedział, który guzik należy wcisnąć.

Ale siebie samego nienawidził.

Nie nam tego dochodzić, pomyślał Cupido. Nawet jeśli Benna podejmował właściwe kroki, utrzymywał stosowne kontakty, wierzył, w co trzeba, i właził w dupę, komu trzeba, i tak zawsze pozostawał białym w świecie polityki dyskryminacji pozytywnej. Czyli, krótko mówiąc, miał przesrane. Potwierdził to nawet ostatnio Trybunał Konstytucyjny, uznając, że taka polityka jest jak najwłaściwsza.

Pomyślał o Alexie, która wciąż tam czuwała przy łóżku Benny’ego. Pewnie nie było jej łatwo i też miała ochotę się napić, kiedy siedziała i pilnowała swojej urżniętej drugiej połówki.

Dziwna para z tych dwóch pijusów.

Ale przynajmniej byli parą. A on nie był w żadnym związku.

Nie zamierzał używać takich wynalazków jak Tinder. Pierwszy problem polegał na tym, że na jedną dziewczynę przypadało dwudziestu facetów. Problem numer dwa polegał na tym, że jeśli chciałeś się wyróżnić, musiałeś kłamać jak z nut. Całe to internetowe randkowanie było jednym wielkim oszustwem – mogłeś ważyć dwieście kilo i wyglądać jak babcia Draculi, ale wystarczyło przerobić swoje zdjęcie albo gwizdnąć fotkę jakiegoś supermodela, napisać jakieś słodkie głupoty na swoim profilu i wio. Nie było więc w tym żadnej wiarygodności, a on, Vaughn Cupido, miał przecież osobowość. A jak niby mógłby ją zaprezentować na portalu randkowym?

Jedynym właściwym rozwiązaniem było poznanie kogoś w tak zwanym realu. Był w stanie sporo zaoferować.

Ale jakim cudem najlepszy detektyw z Sokołów miał znaleźć czas na jakieś wyjścia i poznawanie ludzi?

Siedząc już w swoim biurze, spisał notatki z rozmowy z Cindy Senekal. Widniało tam kłamstwo, i to czarno na białym, ponieważ napisał, że Benny Griessel był z nim.

A potem obrócił się ponownie w stronę ekranu komputera i kontynuował lekturę artykułu autorstwa Isabeau Bekker, który ukazał się w gazecie „Rapport”.

Ten młody mężczyzna o szczerym wyglądzie, jedynak z północnych przedmieść Kapsztadu, który niegdyś marzył, by zostać artystą, nie wygląda na szefa fabryki kłamstw. Jak, u licha, znalazł się w tym punkcie?

– Wie pani, w życiu czasami dziwnie się układa.

Dziwnie, czyli jak?

– Chodzi o to, w jakich okolicznościach pojawiają się różne szanse. Mój ojciec zmarł, kiedy miałem czternaście lat. Matka, gospodyni domowa, musiała wówczas przejąć również i jego rolę. Nie było to dla niej łatwe. Ojciec prowadził firmę brokerską, zajmował się ubezpieczeniami krótkoterminowymi, a to nie jest coś, co można ot tak sobie przejąć. Firmę trzeba było najpierw sprzedać, a potem okazało się, że rodzinie brakuje pieniędzy, więc ona musiała poszukać pracy, ponieważ miała dziecko chodzące do szkoły średniej.

Spytałam go, co jego matka sądzi o jego planach dotyczących Alibi, i uśmiech na jego twarzy zadrżał po raz pierwszy.

– Pytała mnie, czy to jest to, co naprawdę chcę robić.

A tak właśnie jest?

– Jestem przedsiębiorcą. Przedsiębiorcy dostrzegają okazje i je łapią. To nie jest mój pierwszy biznes ani też z pewnością nie ostatni. Alibi jest krokiem ku dalszemu rozwojowi. Moja matka to rozumie – po tych słowach na jego twarzy ponownie zagościł uśmiech.

W szkole wyróżniał się na plastyce, wygrywał konkursy. Myślał nawet, że kiedyś będzie robił karierę jako malarz. Jego matka odejmowała sobie od ust, by mógł brać dodatkowe lekcje u Ooma Wernera van Heerdena, słynnego artysty z północnych przedmieść.

– Ale jeśli po południu siedzisz sam w domu i masz komputer, odkryjesz gry komputerowe. No i internet. Staje się on miejscem, w którym żyjesz, dostrzegasz tam artystyczną stronę gier i estetykę stron internetowych. Zaczynasz rozumieć, że cały świat przychodzi do ciebie na ekranie – komputera, iPada i telefonu komórkowego. Wiele spośród pojawiających się tam kompozycji to czysta sztuka, inne to… kompletne śmieci.

W Stellenbosch, w promieniach słonecznych przy stoliku stojącym na zewnątrz restauracji Häzz, Ernst Richter, Wielki Grzesznik z Alibi.co.za, opowiada z zapałem o swoim nawróceniu na projektowanie graficzne:

– Byłem w jedenastej klasie i trwały właśnie czerwcowe wakacje, kiedy trafił mnie grom z jasnego nieba i od razu wiedziałem: właśnie tym chcę się zająć. Chcę projektować gry komputerowe. Chcę sprawić, by internet stał się piękniejszym miejscem. Projektowanie graficzne to przyszłość. Ostatecznie wszystko stanie się projektem graficznym, tak jak i nasze życie przyjmuje coraz bardziej cyfrową formę, ponieważ coraz większą jego część spędzamy w sieci.

Studiował projektowanie graficzne i zdobył dyplom na Uniwersytecie Technologicznym Cape Peninsula.

– Mnie i mojej matce było bardzo trudno. Z ledwością starczało nam pieniędzy na opłacenie czesnego. Jeździłem pociągiem do miasta; w weekendy i wakacje pracowałem jako kelner; matka brała w pracy nadgodziny, żebyśmy mieli pieniądze na książki i całą resztę.

Na drugim roku wraz z dwójką przyjaciół założyliśmy małą firmę projektującą strony internetowe. Przez pierwsze pół roku korzystaliśmy z komputerów uniwersyteckich, ale byliśmy w stanie zaoferować najniższe ceny, nasze projekty się podobały i wtedy zrozumiałem, że mógłbym to sprzedawać. Mógłbym siąść do rozmowy z jakimś gościem i powiedzieć mu, że użyteczność i estetyka to dwie strony tej samej monety, a umiejętne ich połączenie daje przewagę konkurencyjną. Mogliśmy zrezygnować z pracy kelnerów. Zarabialiśmy całkiem dobre pieniądze.

Potem skończyliśmy studia i kontynuowaliśmy nasz biznes. Było ciężko, bo nie byliśmy już studentami, musieliśmy wynająć biuro, kupić własny sprzęt oraz oprogramowanie i musieliśmy podnieść też nasze stawki. Ale nadal wierzyliśmy w to, co robiliśmy. Na ścianie wisiał u nas wielki plakat Steve’a Jobsa ze słowami: „Jeśli skupiasz się na zysku, ucierpi na tym twój produkt. Ale jeśli skupisz się na tworzeniu naprawdę dobrych produktów, zyski zaczną same do ciebie napływać”.

I wtedy pojawiły się iPhone’y i iPady, a że mieliśmy świra na punkcie technologii, szybko odkryliśmy, że projektowanie aplikacji mobilnych będzie na topie. Działaliśmy więc proaktywnie. Zaczęliśmy prowadzić rozmowy z czasopismami. Połowa aplikacji związanych z czasopismami dostępnych teraz na iPady to nasze projekty. Nieźle nam to wychodziło. Ale jakieś dwa lata temu zacząłem się niecierpliwić. Poczułem, że potrzebuję nowego wyzwania. Sprzedałem więc moje udziały w firmie i zacząłem robić rozeznanie, czym jeszcze nikt się nie zajmował. I tak właśnie narodziło się Alibi.

A projektowanie gier?

Roześmiał się ponownie. Powiedział, że to on zaprojektował stronę internetową Alibi.co.za. Stwierdził, że jest bardzo atrakcyjna i funkcjonalna.

– O ilu witrynach w branży internetowych serwisów randkowych można powiedzieć to samo?

Projektowanie gier byłoby wymarzonym zajęciem, ale tutaj, na czubku Czarnego Kontynentu, nie było zbyt wielu możliwości.

A niewierność stwarza ogromne możliwości?

Nie-Do-Końca-Poważny Ernst rzucił kolejną maksymą: „Wasz czas jest ograniczony, więc nie marnujcie go, żyjąc cudzym życiem. Nie wpadajcie w pułapkę dogmatów, żyjąc poglądami innych ludzi. Nie pozwólcie, żeby hałas cudzych opinii zagłuszył wasz własny wewnętrzny głos. I najważniejsze – miejcie odwagę kierować się sercem i intuicją”.

– Steve Jobs? – spytałam.

– Tak – odpowiedział.

– Uważa pan, że łączy go z Jobsem jakaś więź?

– Oczywiście.

– Z powodu pieniędzy? Piętnaście tysięcy klientów płacących po 62,50 randów na miesiąc to prawie milion podstawowego dochodu. A to dopiero początek. Sporo pieniędzy jak na tak młodego człowieka.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

– Daleko nam jeszcze do osiągania zysków. Czeka nas wciąż sporo pracy. Nigdy nie będę tak bogaty jak Steve Jobs. Ale zawsze będę podążał za głosem swego serca.