20

Benny Griessel poczuł, że telefon wibruje mu w kieszeni.

Wiedział, że to doktor Barkhuizen, który dzwonił do niego od rana co jakieś pół godziny. Dlatego właśnie wyłączył dzwonek: nie był jeszcze gotowy na rozmowę z nim. Może odważy się na to po południu, kiedy wleje już w siebie drinka lub dwa.

Znaleźli się w gabinecie Desiree. Wszystkie meble wykonano z sosny, by wprowadzić jakiś element naturalny do skądinąd nowoczesnego otoczenia. Poprosiła, by usiedli, i spytała, czy się czegoś napiją. Poprosili o kawy. Gospodyni zamówiła je przez telefon.

– Wiem, że to bardzo trudny dla was czas, pani Coetzee – zaczął Cupido. – Ale czeka nas sporo pracy.

– Jak długo to jeszcze potrwa? – spytała, machnąwszy dłonią w kierunku drzwi wejściowych.

– Ma pani na myśli media? – upewnił się Cupido.

Skinęła głową.

– Nasza agencja PR wydała oświadczenie. Nie mam pojęcia, co jeszcze moglibyśmy zrobić.

– Poprosimy naszego rzecznika prasowego, by do pani zadzwonił. On zna wszystkie sztuczki.

– Dziękuję.

Cupido zapisał to w notatniku.

– Pani Coetzee, wiem, że detektywi z posterunku w Stellenbosch już tu byli. Czytaliśmy zebrane przez nich zeznania. Jednak zaczynamy wszystko od nowa, ponieważ nie chodzi już o osobę zaginioną, ale o morderstwo, i dlatego musimy spojrzeć na to inaczej. Będziemy musieli zabrać komputer Richtera, sprowadzimy tu naszych informatyków i porozmawiamy ze wszystkimi pracownikami. Ilu ludzi tutaj pracuje?

– Nie mamy laptopa Ernsta. Policja go zabrała.

– Detektywi z posterunku w Stellenbosch?

– Tak.

To również zapisał.

– Rozumiem. Ile osób tu pracuje?

Zastanowiła się przez chwilę.

– W sumie sześćdziesiąt siedem. Włącznie z ekipą wsparcia technicznego i nocną zmianą.

– Dobra, zacznijmy od góry. Czy może pani wyjaśnić, jak to wszystko działa?

Czterdziestojednoletni kapitan „Mooiwillem” Liebenberg był znany swoim kolegom jako George Clooney z Sokołów – stąd jego przezwisko „Urodziwy Willem”. Podobieństwo do znanego aktora nie było aż tak widoczne – chociaż Liebenbergowi również nieco wcześnie siwizna przyprószyła skroń i doskonale przyciętą brodę. Chodziło raczej o jego urok i to, że kobietom na jego widok miękły kolana, o tę cichą wiarę w siebie, którą te reakcje w nim pielęgnowały, i o to, że mniej więcej co pół roku pokazywał się z nową atrakcyjną dziewczyną u swego boku.

Wiedział, że nie bez powodu to właśnie jego wysłano do Bernadette Richter. Panowało przekonanie, że przesłuchując kobiety, z łatwością wyciąga od nich więcej informacji niż inni policjanci. Vaughn, mówiąc o podejściu Mooiwillema, miał na myśli: staromodną uprzejmość, życzliwy, niski głos, sympatyczny uśmiech i, rzecz jasna, ten jego słynny urok.

Kiedy zapukał do drzwi jej domu w Durbanville, w dzielnicy Schoongezicht, było tam pełno kobiet po sześćdziesiątce. Wprowadziły go do środka, zaproponowały herbatę i ciastko, cmokały nad nim z troską i kazały zaczekać na panią Richter w salonie. Zostawiły go potem z nią samego, choć nadal dolatywały do niego z kuchni ich stłumione i pełne uszanowania głosy, podczas gdy on przeprowadzał przesłuchanie.

Śmierć syna odcisnęła piętno na Bernadette Richter. Miała ciemne cienie pod przekrwionymi oczami i wydawało się, że cała się skurczyła. Wiele razy powtarzała, że po jego zaginięciu istniała jeszcze jakaś nadzieja, ale teraz już jej nie było. Rozpłakała się gorzko.

Willem Liebenberg wstał i usiadł obok niej na sofie. Chwycił jej dłoń, podał jej swoją śnieżnobiałą chusteczkę, zwracając się do niej delikatnym głosem przepełnionym szczerym współczuciem.

Stopniowo wyciągał z niej informacje. Była pełna żalu. Obwiniała się o to, że nie wyraziła swojej opinii otwarcie, kiedy poczuła się zaniepokojona charakterem firmy Ernsta. Taka działalność była niezgodna z jej zasadami. Nie takie wartości mu wpajała. Praca, owszem. Ciężka praca. Ale nie coś takiego. Powinna była zaprotestować. Powinna była go powstrzymać. A teraz było już na to za późno. Ale on był taki… pełen entuzjazmu. A teraz ta szuja go zabiła.

Jaka szuja?

Machnęła dłonią, w której desperacko ściskała chusteczkę, gdzieś w kierunku Stellenbosch, pokręciła głową i powiedziała, że „to wszystko” – ta praca – ten cały interes i ludzie, którzy korzystali z jego usług.

Podejrzewa konkretną osobę?

Nie.

Czy uważała, że to ktoś, kto tam pracował?

Nie, nie, on ją źle zrozumiał. Nie miała absolutnie pojęcia, kto to mógł być, ale była pewna, że to miało coś wspólnego z tą firmą, bo jeśli ktoś wplącze się w taki interes… Pozwoliła, by niedokończone zdanie zawisło w powietrzu, pełne niejasnych insynuacji. Potem znów czyniła sobie wyrzuty. Dlaczego milczała? Dlaczego w okresie istotnym dla jego rozwoju był pozbawiony ojca? Dlaczego Pan ściągnął na nią to wszystko, zabrał jej męża, a teraz również i syna? Dziennikarze nie przestają do niej dzisiaj dzwonić. Ale co ona takiego miałaby im powiedzieć?

Mooiwillem Liebenberg zaczekał cierpliwie, aż kobieta się uspokoi, i zaczął od początku.

Opowiadała o dobrych czasach, kiedy Ernst robił „to coś ze stronami internetowymi”. Wypowiadała te słowa, jakby oznaczały jakąś szlachetną karierę. Powiedziała, że Ernst naprawdę był właśnie taką osobą: dzieckiem, które od swych najwcześniejszych lat uwielbiało rysować przepiękne rzeczy. Mógł siedzieć godzinami i rysować albo kopiować obrazy z książek. Wskazała dłonią na regał pod ścianą. To ona kupiła mu te wszystkie książki o sztuce. Siadywali na tej kanapie i razem je przeglądali. Ernst chłonął wszystko niczym gąbka. Był niesamowicie utalentowany; tworzył idealne kopie obrazów.

Od dziecka był zakochany w pięknych rzeczach, w estetyce. Był też bardzo mądry. I w tym właśnie tkwił problem: był inteligentniejszy niż ona czy jej zmarły mąż, przewyższał pod tym względem również swoich rówieśników. A taki umysł potrzebuje stymulacji. W czasach szkolnych mogła mu ją zapewniać dzięki książkom i dodatkowym zajęciom. Ale w końcu znudził się projektowaniem stron internetowych. Osiągnął już wszystko, co mógł na tym polu. Zarabiali na tym sporo pieniędzy, ale Ernst znudził się tym i sprzedał swoje udziały w firmie. Wyruszył potem w roczną podróż, z której wrócił z pomysłem na Alibi, i ona powinna była wtedy coś powiedzieć, ale teraz jest już na to za późno. O wiele za późno.

Spytał ją o prywatne życie syna.

Przyznała, że niewiele wiedziała na ten temat. W ostatnich latach Ernst nigdy nie przyprowadzał do domu żadnej „dziewczyny”. Co drugą lub trzecią sobotę przyjeżdżał do niej na lunch; bobotie i dynia w cieście lub kurczak w morelach. To były jego ulubione dania. Dla kogo będzie je teraz przygotowywać?

Trzy lata temu, kiedy zajmował się jeszcze tworzeniem stron internetowych, miał stałą dziewczynę. Nicola Gey van Pittius. Urocza istota, fizjoterapeutka; wprost szaleli za sobą. Nicola chciała poważniejszego związku. Ale Ernst nie był jeszcze gotowy, by się ustatkować. Wynikało to z tego, że za czasów swej młodości nie zaznał beztroski; na studiach pracował, potem zajął się biznesem i pracował jeszcze ciężej. Kiedy sprzedał swoje udziały w firmie i wyruszył w podróż, zerwał z Nicolą. Była tu, w tym salonie. Przyszła spytać Bernadette Richter, co powinna zrobić. Daj mu trochę czasu i przestrzeni, doradziła jej wtedy Bernadette.

Już nigdy nie wrócili do siebie.

Wiedziała, że w ciągu zeszłego roku umawiał się z różnymi dziewczynami. Ale nigdy nie przyprowadził żadnej z nich na niedzielny lunch.

Benny Griessel usiłował się skoncentrować.

To wszystko przez powolną truciznę kaca, wyczekiwanie kolejnej szklaneczki jacka, przygnębiającą poranną rozmowę z Alexą i nadciągającą konfrontację z doktorem Barkhuizenem, wokół których krążyły teraz jego myśli.

Ale jeśli chciał pić, będzie musiał pokazać wszystkim, że może nadal funkcjonować jako policjant. A nawet więcej, będzie musiał udowodnić im, że jest w najlepszej formie; alkohol był jego wybawieniem, tarczą chroniącą go przed niebezpieczeństwami tej pracy. Opierał się więc tym sprawom atakującym jego umysł i słuchał jak najuważniej. Stopniowo docierało do niego, że w samochodzie wcale nie miał przywidzeń. Cupido był inny – od początku tego poranka.

Vaughn się wkurzał, bo on zaczął znów pić? To byłoby dziwne; wszyscy przecież wiedzieli, że jest alkoholikiem. A może Cupido się złościł, bo Benna nie wykazał większej wdzięczności i skruchy po wczorajszym wieczorze? Niewykluczone; jego kolega bywał czasem nadwrażliwy. Problem w tym, że nie pamiętał, by zrobił coś złego. Jasne, jego wspomnienia były teraz nieco zamglone, ale nie należał do osób, które naskakiwały na kogoś pierwsze.

Przecież nie jest to niezgodne z prawem. Nie był już wtedy na służbie. Jego prywatne życie nie miało nic wspólnego z działaniami Sokołów.

A może to przez odpowiedzialność wiążącą się z funkcją MCO Vaughn zrobił się taki poważny?

Kiedy Cupido po raz szósty zwrócił się do dyrektor operacyjnej słowami „pani Coetzee”, kolejna rzecz zaświtała Griesselowi w głowie: Vaughn zachowywał się inaczej również w stosunku do niej. Traktował ją z pewnym… taktem, który dla Benny’ego był czymś obcym. Zazwyczaj, kiedy przesłuchiwali Koloredów, Cupido szybko próbował zdobyć ich zaufanie i wytworzyć między nimi więź, zwracając się do nich słowami „siostro” lub „mój bru”. W takich sytuacjach mówił zwykle afrykanerskim z Cape Flats; zachowywał się bardziej nieformalnie i swobodnie.

Tym razem było jednak inaczej.

Pomyślał, że Cupido jest onieśmielony urodą Coetzee. To coś nowego.

Mooiwillemowi Liebenbergowi nieobca była sztuka subtelności.

Chciał spytać Bernadette Richter, czy jej syn palił dagga, ale wiedział, że takich pytań nie stawia się wprost. Nie w przypadku matki z Durbanville, która dopiero co straciła syna.

Spytał więc najpierw, czy Ernst brał jakieś leki.

Leki? Nie rozumiała, dlaczego miałby o to pytać.

Wyjaśnił, że chce ustalić, czy winowajcy – wiedział, że właśnie tego słowa powinien użyć w rozmowie z nią – mogli podać Ernstowi środki uspokajające lub narkotyki i dlatego muszą przebadać jego krew pod tym kątem. Zażywanie niektórych leków mogło mieć wpływ na wyniki badań krwi.

Zrozumiała to. Nie, odpowiedziała, Ernst był okazem zdrowia.

Czy przychodziło jej do głowy coś innego, co mogło mieć wpływ na jego wyniki badań krwi?

Nie, nic.

Czyli tak, jak Willem Liebenberg się tego spodziewał.

Desiree Coetzee wyjaśniła Griesselowi i Cupidowi, że Alibi.co.za składało się z pięciu działów: administracja zajmowała się wszystkimi finansami firmy, rejestracją nowych klientów i płatnościami od nich. Dział IT sprawował pieczę nad komputerami i siecią. Dział projektowania graficznego odpowiadał za wygląd ich strony internetowej, banery reklamowe oraz tworzenie takich elementów alibi jak bilety lotnicze i rachunki za hotele. Dział obsługi klienta zatrudniał najwięcej osób. Odbierali telefony i mejle przez całą dobę. Dział marketingu z kolei zajmował się reklamą i relacjami z wynajętą przez firmę agencją public relations.

Każdy z działów miał kierownika i razem tworzyli oni zarząd podlegający Coetzee.

– Jeśli podlegali pani, czym zajmował się Ernst Richter? – spytał Cupido.

– Był dyrektorem zarządzającym.

– Ale czym tak właściwie zarządzał?

– Wszystkim. Ale jak to zwykle powtarzał, jego zadaniem było nadzorowanie całości. Nie chciał zajmować się sprawami codziennymi, ponieważ kiedy całymi dniami przesiaduje się na zebraniach, traci się swoją wizję firmy.

– Więc tak naprawdę to pani była głównym dyrektorem?

– Tak.

– Jak wyglądał jego dzień?

– Każdy inaczej.

– A tak mniej więcej?

– To trudne, on… We wtorki pojawiał się na zebraniach zarządu, bo tego dnia co tydzień przyglądamy się liczbom. Ilu nowych klientów zarejestrowało się w naszym serwisie, ilu z niego zrezygnowało, ile specjalnych życzeń się pojawiło, ile projektów graficznych powstało, jak prezentują się nasze księgi rachunkowe…

– Na czym polega specjalne życzenie?

– Jeśli klient zamawia specjalny esemes, telefon lub mejl jako swoje alibi.

– A projekty graficzne?

– To są specjalne elementy alibi, za które klienci płacą dodatkowo. Bilety lotnicze, zaproszenia mejlowe na konferencje, faktury za pobyt w hotelu, wszystko, co muszą stworzyć nasi graficy.

– Muszą słono płacić za takie rzeczy?

– To nie jest aż takie drogie. Wszystko oczywiście zależy od wymagań klienta. Większość tych elementów kosztuje około tysiąca.

– Ale to wszystko podróbki, pani Coetzee. Fałszywe dokumenty. Czy to jest zgodne z prawem?

Wzruszyła ramionami.

– Nasi prawnicy uważają, że tak. To tak samo, jeśli… Powiedzmy, że jest pan romantykiem i w Photoshopie zrobi pan dyplom dla swojej dziewczyny, który mówi, że dostała Nagrodę Nobla za… urodę. Jeśli te projekty graficzne są przeznaczone tylko do użytku prywatnego, wszystko jest zupełnie legalne.

– Nie mam dziewczyny – oznajmił Vaughn Cupido.