24

Vaughn Cupido dopiero po kilku minutach zrozumiał, że zamienił się rolami z Bennym Griesselem. Zdarzyło się to chyba pierwszy raz, o ile dobrze pamiętał, odkąd pracowali w tym składzie.

Zazwyczaj to on był złym gliną, podczas gdy Benny odgrywał rolę dobrego, i sprawiało mu to przyjemność, ponieważ był w tym dobry. Wiedział, jak zajść za skórę podejrzanym, jak wytrącić ich z równowagi. Wiedział, jak ich wkurzyć, tak by w swej złości i wzburzeniu powiedzieli coś niewłaściwego lub zaczynali szukać ochrony u życzliwego Griessela, który wtedy z większą łatwością wydobywał od nich informacje.

Ale on mógł odgrywać dobrego glinę. Zwłaszcza z Desiree Coetzee.

– Kapitanie Griessel, to dosyć surowe podejście. Pani Coetzee miała dzisiaj rano sporo na głowie – powiedział i zauważył skierowane na niego jej wdzięczne spojrzenie.

– Jednak pani nie lubiła go tak bardzo jak inni – stwierdził Griessel.

Zerknęła w stronę Cupida, jakby szukała u niego pomocy.

Kontynuował:

– Pewnie między zarządzającymi jest inaczej.

– Zgadza się – odparła i usadowiła się powoli w fotelu. – Nie we wszystkim się zgadzaliśmy. Wolałabym, by miał nieco bardziej praktyczne podejście do wielu spraw. Mówiłam mu o tym. Zdarzały się dni…

Nie przerywali jej, czekając, aż rozwinie wypowiedź. Znowu wzruszyła ramionami.

– Kierownicy działów pewnie potwierdzą, że między Ernstem i mną dochodziło czasami do poważnych sporów na spotkaniach zarządu. I to prawda. Problem w tym, że on chciał, bym zarządzała tą firmą, ale potem podejmował decyzje, które… Nie konsultował się ze mną… – Wyjrzała przez okno. Oddychała powoli i głęboko, a potem zrobiła nagły, gwałtowny wydech, jakby coś przyniosło jej ulgę. – Czasami zachowywał się jak dziecko. Z całym szacunkiem dla zmarłych, ale on… Wydaje mi się, że dla niego była to raczej zabawa. To wszystko – firma, alibi, fałszywe dokumenty – świetnie się tym bawił. Nie był biznesmenem. Nie, nie określiłabym go mianem menadżera. Rozmawiając z personelem, rzucał żartami, chciał, by byli jego przyjaciółmi i go lubili. Nie można tak postępować, jeśli jest się dyrektorem zarządzającym. Kiedy pół roku temu musieliśmy przeprowadzić redukcję zatrudnienia, nie chciał tego zrobić. Ogromnie się bał, że oni… przestaną go lubić. W tym właśnie tkwi problem, jeśli jest się w komitywie ze swoim personelem. Pozory były dla niego niezwykle istotne. Wszystko musiało odpowiednio wyglądać.

Po tych słowach zamilkła.

– Ale nie wszystko było w porządku? – spytał Griessel.

– Nie, nie wszystko.

– W czym tkwił problem? – spytał Cupido.

– Ernst fałszował księgi.

Świstak Davids udzielił kapitanowi Frankowi Fillanderowi szczegółowych instrukcji: podłączcie po drodze iPhone Richtera do ładowarki samochodowej. Żeby bateria nie wysiadła w kluczowym momencie. Upewnijcie się, że kciuk prawej dłoni denata został odpowiednio oczyszczony.

– Zadzwoń do mnie, jak będziecie na miejscu, a ja was poprowadzę krok po kroku.

Fillander stał teraz w kostnicy w Salt River, gdzie zwłoki Ernsta Richtera leżały na błyszczącym stole ze stali nierdzewnej przygotowane do przebadania przez lekarza medycyny sądowej. Przykryto je zieloną płachtą, spod której wystawała jedynie prawa ręka. Kciuk przemyto alkoholem. Wokół unosił się intensywny odór rozkładającego się ciała.

Fillander założył gumowe rękawiczki na obie dłonie. Wyjął z kieszeni telefon, zadzwonił do Świstaka i umieścił sobie komórkę między podbródkiem i ramieniem.

– Cappie – powitał go Świstak.

– Dobra, jestem gotowy – poinformował go Fillander.

– Weź głęboki oddech, Cappie.

– Nie wkurzaj mnie, Świstak.

Davids powiedział, że musi uruchomić ekran iPhone’a Richtera, wciskając guzik w górnej ramce.

– Zrobione – oznajmił Fillander.

Davids polecił, by przyłożył lekko opuszkę prawego kciuka do okrągłego przycisku znajdującego się poniżej ekranu telefonu.

Fillander pochylił się, by lepiej widzieć, chwycił telefon Richtera i postąpił zgodnie z instrukcjami Davidsa.

Nic się nie wydarzyło.

– Cholera – zaklął Fillander.

– Co znowu? – spytał Davids.

– To nie zadziałało.

– Tylko spokojnie – polecił mu Davids.

– Dlaczego to nie zadziałało?

– Cappie, może za słabo przycisnąłeś tym kciukiem. Albo nie trafiłeś we właściwy punkt. Ale musisz naprawdę się postarać, bo do trzech razy sztuka, a potem koniec.

– Co masz na myśli?

– iPhone działa w ten sposób, że jak trzy razy użyjesz niewłaściwego odcisku palca, każe ci podać kod dostępu, a tego przecież nie mamy. Możesz wyłączyć telefon i włączyć go ponownie, ale wtedy masz już tylko jedną szansą na użycie odcisku kciuka, zanim telefon znów zażąda kodu dostępu.

– Fok – jęknął Fillander.

– Tylko spokojnie. Spróbuj jeszcze raz. Upewnij się, że celujesz w przycisk tą mięsistą częścią palca, i naciśnij nieco mocniej.

– W porządku. Chwila… – Fillander pochylił się jeszcze bardziej i jego nozdrza zaatakował omdlewająco słodki odór. Musiał przełknąć ślinę, by powstrzymać odruch wymiotny.

Ponownie aktywował ekran telefonu. W prawej dłoni trzymał telefon Richtera i zbliżył go do ręki denata. Wycelował i przycisnął, przekrzywiając głowę w ten sposób, by widzieć, co dzieje się na ekranie.

– Fok – zaklął ponownie.

– Co jest? – spytał Davids.

– To coś kręci głową.

Świstak się zaśmiał.

– To prawda, Cappie. iPhony tak mają.

– To co teraz robimy?

– Istnieje jeszcze jedna możliwość.

– Tak?

– Richter był lewo- czy praworęczny?

– A skąd mam to wiedzieć?

– Cappie, myślałem, że jesteś najwspanialszym koloredzkim detektywem w Sokołach.

– To raczej Vaughn Cupido.

– Fakt. Ale musimy się tego dowiedzieć. Może używał lewego kciuka.

Desiree Coetzee wyjawiła dwóm detektywom, że Alibi.co.za nie było tak do końca wielkim sukcesem finansowym.

Zaskoczony Cupido przytoczył cytat z artykułu w gazecie „Rapport”, gdzie napisano, że firma zarabiała prawie milion randów miesięcznie już wtedy, kiedy przeprowadzono tamten wywiad z Richterem.

Coetzee powiedziała, że liczba miesięcznych subskrypcji niemal się podwoiła od tamtego czasu. Problem polegał na tym, że ten model biznesowy był oparty na jeszcze silniejszym wzroście i prognozach szybszej poprawy sytuacji gospodarczej kraju. A ponieważ wpływy rosły wolniej, niż zakładano, ogromnym obciążeniem były wydatki.

Już same pensje dla personelu Alibi wynosiły w sumie 1,6 miliona randów miesięcznie. Do tego dochodziły koszty marketingu i reklamy, wynajem budynku, rachunki za prąd, opłaty za szerokopasmowy internet i bezpłatny numer kontaktowy; również droższe opcje alibi nie przyniosły im takiego zysku, na jaki liczyli. Ponad osiemdziesiąt procent ich klientów sięgało przede wszystkim po esemesy i telefony.

– W lipcu dwa tysiące trzynastego roku uruchomiliśmy stronę internetową i aplikację. Wiedzieliśmy, że potrzebujemy trochę czasu, żeby wyjść na zero, więc uzgodniliśmy w banku debet dla firmy w wysokości pół miliona, który mieliśmy spłacić do grudnia. Potem musieliśmy zejść do trzystu tysięcy do lipca dwa tysiące czternastego roku i do dwustu tysięcy do tego miesiąca. Dziewięć miesięcy temu nasz debet nadal wynosił ponad sześćset jedenaście tysięcy. Bank orzekł, że nie możemy tego dalej ciągnąć, a nasi inwestorzy byli bardzo niezadowoleni z tej sytuacji. Wszyscy oczekiwali od nas strategicznego planu powrotu do dobrej formy. Byliśmy zmuszeni przeprowadzić redukcję zatrudnienia w firmie; zwolniliśmy dwadzieścia procent personelu. Jednak w czerwcu do Ernsta dotarło, że to nie wystarczy. Wygląda na to, że w RPA ludzie rzadziej romansują zimą, bo odczuwaliśmy zastój w interesach.

– Wtedy zaczął fałszować rachunki? – upewnił się Cupido.

– Tak.

– W jaki sposób? – spytał Benny Griessel.

– Przelał na konto część swoich pieniędzy i kazał nam zaliczyć to jako sprzedaż.

– Alibi?

– Tak. Zakupione przez fikcyjnych klientów.

– Ile tego było?

– Tylko tyle, żebyśmy znów byli nad kreską. Jakieś trzydzieści do pięćdziesięciu tysięcy na miesiąc od czerwca aż do wtedy, gdy on…

– A pani się to nie podobało? – spytał Griessel.

– To oczywiste, że nie byłam z tego zadowolona. – Coetzee nadal unikała go wzrokiem i patrzyła jedynie na Cupida. – To w ogóle nie jest rozsądna strategia. Nie można bez końca „nadmuchiwać” rachunków, nawet jeśli wykorzystuje się do tego własne pieniądze. Zamiast tego powinniśmy byli zwolnić więcej ludzi. Ale Ernst nie był w stanie tego zrobić. Uwielbiał dogadzać ludziom.

– Ale dlaczego? – spytał Cupido.

– Dlaczego co?

– Dlaczego po prostu nie wpłacił pieniędzy jako… Jak to się nazywa?

– Kapitał inwestycyjny?

– Właśnie. Dlaczego lepiej było oszukiwać?

– Dlatego, że spółki finansowane kapitałem podwyższonego ryzyka są nieugięte: jeśli coś nie działa, bez wahania każą zwalniać więcej ludzi. Takie firmy inwestują naprawdę spore pieniądze: dwadzieścia, trzydzieści milionów za jednym razem. Nasza firma jest dla nich płotką. Podczas tych spotkań odniosłam wrażenie, że Alibi jest dla nich niczym gra. Ich mały grzeszny sekret; paranie się nieco podejrzanym internetowym serwisem randkowym. Wyrazili się jednak jasno: nikomu nie wolno było wyjawić, że oni są w to zaangażowani. Kazali nam wyprostować naszą sytuację finansową, grożąc, że w przeciwnym razie nas zamkną.

– Kto wiedział o tym kombinowaniu z rachunkami? – spytał Cupido.

– Tylko ja i Ernst oraz główny dyrektor finansowy, Vernon Visser. Obaj doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co o tym sądzę, ale Ernst powtarzał ciągle, że to rozwiązanie tymczasowe, po to, byśmy przetrwali trudny okres, a potem wszystko się poprawi.

– I tak się stało?

– Tak, ale niewystarczająco.

– Pod jakim względem?

– Niewystarczająco dla banku. W październiku debet na koncie nadal wynosił pół miliona. Była to mniejsza kwota niż maju, ale daleko od trzystu tysięcy, o których była mowa w porozumieniu. Dali nam czas do końca miesiąca.

– Tego miesiąca?

– Tak. Do końca grudnia. Nie mam pojęcia, jak mamy to osiągnąć.