35

– Moja matka miała siedemnaście lat, kiedy sprzeciwiła się oupie Pierre’owi. Siedemnaście. Była w klasie jedenastej – podkreślił z satysfakcją Francois du Toit. W jego słowach brzmiał podziw.

Nakreślił Susan Peires tę scenę. Jego oupa, Pierre Cronjé, mężczyzna o wydatnym torsie, potężnej budowy i równie wielkiego ego, o określonej pozycji społecznej, archetypowy afrykanerski samiec alfa, wielki patriarcha, pan na włościach, czyli wspaniałej winnicy Chevalier Estate. Szanowany. Członek Afrykanerskiego Związku Braci. Członek zarządu spółdzielni KWV, zagorzały zwolennik Partii Narodowej, członek rady kościelnej, wierny chrześcijanin, który sadzał wieczorami całą rodzinę przy stole na codzienne studiowanie Biblii i modlitwę. Mówili na to boekevat.

Jego matka, Helena: najmłodsza z trójki dzieci, o złudnie wątłym ciele, kobieta o ogromnej tak naprawdę sile. Była ładna, na swój niesforny sposób, z bujną jasnorudą czupryną, której nie dało się okiełznać końskim ogonem czy warkoczem, z luźnymi kosmykami, które zawsze wymykały się z upięcia; kobieta o pełnych życia zielonych oczach. Była dobra z nauk przyrodniczych; zawsze prezentowała niekonwencjonalne opinie i takie samo podejście do wyboru lektur oraz strojów. W domu, w którym panował szowinizm, uważano ją za nieszkodliwą ekscentryczkę i powtarzano „dajcie jej trochę czasu, wyrośnie z tego”.

Wieczór, kiedy doszło do konfrontacji, miał miejsce w 1970 roku. Kraj po raz kolejny ogarnęły zawirowania. Winnie Mandela przebywała w areszcie domowym. Republikę Południowej Afryki oficjalnie wykluczono z Ruchu Olimpijskiego. Oupa Pierre nadal stosował w winnicy ten okropny dop system, zgodnie z którym dawał pracownikom swoje wino gorszej jakości jako część zapłaty za ich pracę.

Pierre Cronjé siedział wraz z dziećmi wokół wielkiego drewnianego stołu w imponującej jadalni w majątku Chevalier. Wszyscy ze spuszczonymi głowami trzymali się za ręce, kiedy modlił się z grubej Biblii rodzinnej, która leżała przed nim. Swoim poważnym, kościelnym głosem odmawiał kolejno modlitwy według ustalonego porządku, od podziękowań za obfitość i dobrobyt, po prośby o błogosławieństwo dla jego najbliższych, winnicy i zbiorów.

Jednak tego wieczoru głos jego córki Heleny Cronjé przerwał mu, wcinając się ze zdecydowaniem w jego słowa.

– Nie, Panie – powiedziała. Wszyscy oniemieli. – Nie, Panie – powtórzyła, przerywając ciszę. – Nie rób tego. Nie błogosław winnicy, gdzie robotnicy podlegają systemowi dop. Nie błogosław winnicy, gdzie robotnicy są uciskani niczym niewolnicy. Nie błogosław zbiorów, przy których będą pracować pijani ludzie. Ukarz, Panie, właściciela tego majątku, ponieważ zasłużył sobie na to.

Słowa te wypowiedziała z zamkniętymi oczami, a wyraz malujący się na jej twarzy pokazywał, że nie żartuje.

Oupa Pierre odzyskał panowanie nad sobą. Puścił ręce żony i najstarszego syna. Jego głos zagrzmiał ponad stołem. Krzyknął, że Helena bluźni, i nazwał ją komunistką. Kazał jej wstać od stołu i udać się do pokoju. Zamierzał później się z nią rozprawić.

Skinęła głową jakby na znak, że dokładnie takiej reakcji się spodziewała. Jej matka, Elizabeth, później znana jako ouma Lizzie, była zazwyczaj posłuszną żoną. Jednak teraz zignorowała polecenie męża, by nie zajmowała się dzieckiem, i poszła za córką.

W sypialni ouma Lizzie próbowała przekonać Helenę, błagała ją wręcz, by ta powiedziała ojcu, że jest jej przykro.

Helena pokręciła głową, sprawiając, że kolejne niesforne kosmyki uciekły z upięcia, ściągnęła walizkę z szafy i zaczęła pakować do niej ubrania.

– Co robisz? – spytała ouma Lizzie.

Helena oznajmiła jej, że wprowadzi się do Genantów – jednej z rodzin pracowniczych zamieszkujących ich majątek. Będzie razem z nimi pracować przy zbiorach, a ojciec również i jej może płacić codziennie w ramach systemu dop.

Ouma błagała ją, by to przemyślała. Helena się pakowała. Aż do chwili, kiedy do pokoju wszedł Pierre Cronjé i zagroził tym swoim tonem ojca despoty, że ją wydziedziczy, wypędzi z domu i pośle do poprawczaka.

Helena odparła:

– Rób, jak uważasz. Wprowadzam się do Genantów i zostanę z nimi, dopóki nie zniesiesz systemu dop.

Pierre wyciągnął swojego przedostatniego rodzicielskiego asa z rękawa i zagroził, że zadzwoni na policję.

– No dalej, dzwoń do nich! – rzuciła mu Helena.

Po tych słowach miarka się przebrała i Pierre stracił panowanie nad sobą. Chwycił szczupłe ramię córki i z twarzą wykrzywioną w szale, rozpryskując wokół drobinki śliny, wykrzyczał, że ją stłucze. Jego żona Lizzie skuliła się, jęcząc i modląc się w drzwiach.

– Uderz mnie – powiedziała Helena. – Ale jak już zaczniesz, nie przestawaj, aż zatłuczesz mnie na śmierć, bo jeśli się podniosę, i tak wyprowadzę się do Genantów.

Pierre walnął pięścią w dębowe drzwi stuletniej jonkmanskas. Drzwi szafy rozpadły się pod wpływem uderzenia, a kawałki drewna wbiły się głęboko w jego dłoń. Wybiegł z pokoju, przepędził służbę, pozamykał wszystkie drzwi w domostwie i wsadził klucze do kieszeni.

Helena wzięła swoją walizkę i usiadła pod drzwiami wejściowymi. Zawołała w kierunku korytarza spokojnym, lecz zdecydowanym tonem:

– W porządku. Drzwi otworzą się rano i wtedy sobie pójdę.

Pierre pozwolił, by żona zabandażowała mu krwawiącą rękę, i schronił się w swoim ogromnym gabinecie, gdzie za zamkniętymi drzwiami w towarzystwie dziesięcioletniej butelki brandy wyprodukowanej przez spółdzielnię KWV rozmyślał o zaznanym upokorzeniu. Późną nocą dotarło do niego, że jego córka starannie to zaplanowała. Dokładnie przewidziała reakcję ojca. Dobrze go znała. Nie miał wyboru. Jeśli się nie podda, jego córka wywoła skandal; skandal, na który raczej nie mógł sobie pozwolić ze względów towarzyskich, politycznych i religijnych.

Następnego ranka o szóstej rano znalazł Helenę śpiącą obok walizki przy drzwiach wejściowych.

– Przestanę stosować system dop – oznajmił.

Helena ledwie skinęła głową, wstała i z walizką w ręce ruszyła w kierunku swojego pokoju.

– Wiesz, że to nie stanie się z dnia na dzień – warknął za nią Pierre.

– Dwa lata – odpowiedziała mu Helena, nie obracając się do niego. – Tyle czasu zajmie odstąpienie od tego systemu.

To realistyczne ramy czasowe. Sama wcześniej wyliczyła to wszystko.

– Miała wtedy siedemnaście lat – oznajmił ponownie Francois du Toit i uśmiechnął się z podziwem. – I była w jedenastej klasie.