38

Kiedy detektywi z odpowiednim doświadczeniem pracują razem, zaczynają intuicyjnie wyczuwać zamiary u siebie nawzajem.

Benny Griessel siedział i słuchał, jak Cupido dzwoni do laboratorium techników na Plattekloof i prosi, by wysłali do Stellenbosch ludzi do pobrania odcisków, „bo mamy podejrzanego w sprawie Richtera”. Ostatnie zdanie wymówił z wielkim naciskiem.

Griessel wstał, pozostając jeszcze w lekkiej euforii wywołanej alkoholem, wyjął kajdanki z kieszeni swojej kurtki i pociągnął Ricka Groblera za koszulkę, robiąc to na tyle szorstko, by potwierdzić powagę swoich zamiarów.

– Idziemy, Ricky – zarządził, wykręcając Groblerowi prawe ramię za plecami.

Cupido, odgrywający zwykle rolę złego gliny, od razu zorientował się, o co chodzi.

– Zastanówmy się nad tym, Benna. To nie jest takie proste – stwierdził.

Griessel zatrzasnął kajdanki na prawym nadgarstku Groblera.

Żaden z nich, Griessel, Cupido ani Liebenberg, nie był przekonany, że Rick Grobler jest mordercą. Dowody, którymi dysponowali, były zbyt słabe. Nie przemawiały do nich, detektywów, którzy mieli już za sobą tysiące śledztw. Grobler był po prostu zbyt zszokowany, kiedy usłyszał, że Richtera uduszono.

Jednak tych trzech członków grupy Sokoły wiedziało, że gdy mieli do czynienia z cywilami podejrzanymi o popełnienie przestępstwa – w przeciwieństwie do zatwardziałych kryminalistów – zastraszenie było bardzo przydatnym narzędziem. Działaj szybko, zdecydowanie i nieco szorstko. Ustanów moc prawa, stwórz klimat nieuchronności, jakby w grę wchodził nieodwracalny proces z jednym tylko możliwym zakończeniem i do tego niezbyt przyjemnym. Od czasu do czasu skutkowało to niemal natychmiastowym przyznaniem się do winy przestraszonego podejrzanego. Często umacniało to przynajmniej ich przekonanie o jego winie. W większości przypadków uruchamiało to natomiast proces negocjacji, w którym detektywi mieli przewagę.

Musieli jednak zadecydować, czy warto było poświęcać energię i czas na aresztowanie go i skupianie się na jego osobie. Pomyłka w którąkolwiek stronę mogłaby w najlepszym przypadku oznaczać stratę czasu, a w najgorszym kompletne pogrążenie śledztwa.

– Wyprowadzamy go frontem czy tyłem? – spytał Cupido.

– Frontem – odpowiedział Willem Liebenberg, podejmując ich grę, przez co Cupido został jedynym, który okazywał podejrzanemu zrozumienie.

– Dajmy prasie szansę na zrobienie zdjęć – zasugerował Griessel.

– Nie – próbował sprzeciwić się ochrypłym głosem Rick Grobler, podczas gdy Griessel zgiął mu lewe ramię za plecami i również na tej ręce zatrzasnął kajdanki.

– Pomyśl o jego matce, Benna – usiłował przekonać kolegę Cupido. – A jeśli zobaczy jego twarz w telewizji, biedna kobieta…

– To on, Vaughn – twierdził nieustępliwie Griessel. – Mamy na to wystarczające dowody. – Zaczął popychać Groblera w kierunku drzwi.

– Proszę – błagał go pobladły na twarzy mężczyzna.

Griessel zawahał się pozornie. Grobler dostrzegł w tym szansę dla siebie. Mówił teraz szybko głosem przepełnionym strachem:

– To nie byłem ja. Weźcie ode mnie próbkę DNA, zbierzcie ode mnie odciski palców, zróbcie, co tylko chcecie. Moja komórka leży obok mojego komputera. Możecie przecież, namierzając ją, sprawdzić, gdzie byłem tamtego dnia. Weźcie ją, błagam. Zróbcie to.

Detektywi trwali w milczeniu. Należało mu dać jeszcze nieco swobody.

– Głupio zrobiłem. Teraz już wiem, że nie powinienem był mu grozić. To było idiotyczne z mojej strony. Głupio, że tak się wściekłem. Mam problemy z budowaniem relacji z innymi ludźmi. Pracuję nad tym, ale przysięgam…

– Ty już tak lepiej nie przysięgaj, Ricky-Triki. My to wszystko już znamy.

Grobler stał niezdarnie z rękami w kajdankach za plecami.

– Co mogę powiedzieć? Czego chcecie… Co mogę zrobić? To nie byłem ja. Błagam, nie wyprowadzajcie mnie stąd w ten sposób.

– Na czym polegają twoje problemy w relacjach z ludźmi? – spytał Cupido ze zrozumieniem w głosie.

– Vaughn, tracimy tu tylko czas – stwierdził Griessel.

– To nic takiego. Po prostu nie radzę sobie w kontaktach towarzyskich – wyjaśnił szybko Grobler. – Ja… Mój psycholog twierdzi, że nie potrafię zbyt dobrze „przejmować” zachowań innych osób.

– Co to znaczy?

– Nie radzę sobie z interpretowaniem zachowań ludzi, ich reakcji. Mówię rzeczy… Za dużo gadam o swojej pracy, to wszystko. Nie potrafię zrozumieć, że oni nic nie wiedzą na ten temat i nie chcą wiedzieć. To nie ma nic wspólnego z Ernstem Richterem. To sprawia, że nikt mnie nie lubi, ale nie czyni mnie to niebezpiecznym.

Upokorzony Grobler opuścił ramiona.

– Siadaj, Rick – rozkazał Cupido.

Grobler usiadł ponownie, ale Griessel trwał nadal w swojej groźnej pozie.

– Co możesz nam zaoferować, Ricky-Triki? Jak zamierzasz ocalić swój tyłek?

Grobler jęknął z rozpaczy.

– To twoja ostatnia szansa, kombinatorze.

Grobler podniósł wzrok, ale spojrzał tylko na Cupida. Zaczął mówić.

Technicy Arnold i Jimmy nie byli zbyt szczęśliwi, kiedy Ndabeni wszedł do laboratorium z foliowymi torebkami zawierającymi materiał dowodowy.

– Wystarczyło poprosić, Vusi – rzucił gruby Arnold. Wraz ze swoim partnerem gorączkowo sortował dokumenty i wybrane spinał razem.

– Zawsze dajemy z siebie wszystko – podkreślił z wyrzutem wysoki i chudy Jimmy.

– Priorytetowe usługi dla priorytetowych dochodzeń. Tak właśnie działamy – oficjalnie, i takie jest też nasze osobiste podejście. Zawiedliśmy was kiedyś? – spytał Arnold.

– Nie zawiedliśmy – odpowiedział Jimmy. – Nigdy. A więc dlaczego, Vusi? Dlaczego?

– Nie mam pojęcia, o co wam chodzi – dziwił się Ndabeni.

– W porządku, Vusi. Wiem, że pracujecie pod presją. Ale pamiętajcie o tym, że jesteśmy tylko ludźmi – powiedział Jimmy.

– Może trochę więcej niż ludźmi, ale… – dodał Arnold. Uniósł ręce tak, by widział je Ndabeni. – Dwie ręce. Nadal mamy tylko po dwie ręce.

– Jaja sobie ze mnie robicie? – spytał Vusi.

– Nie tym razem.

– Jesteś pewny?

– Pobiegłeś do major Kaleni. My tu zapieprzamy z prędkością światła, a ty się skarżysz temu Wielkiemu Kaktusowi. – Imię Mbali w języku zulu oznaczało „kwiat”. Od tego wzięło się wiele niepochlebnych przezwisk.

– Nie zrobiłem tego – oznajmił Vusi z oburzeniem.

– W porządku, Vusi. Wybaczymy ci.

– Nie zadzwoniłem do major Kaleni.

Jego słowa zabrzmiały uczciwie, co sprawiło, że przerwali na chwilę pracę.

– Nie zadzwoniłeś? – zdziwił się Arnold.

– Nie. Byłem zajęty w prosektorium. Po co miałbym do niej dzwonić?

– Żeby ona mogła zadzwonić do naszego dowódcy i powiedzieć mu, że pracujemy za wolno.

– Nigdy bym tego nie zrobił.

– Po co w takim razie zadzwoniła do niego? Harujemy tu dla was jak dzikie osły. Nikt nie docenia naszej pracy, nikt nas nie chwali, bo zawsze liczą się tylko Sokoły; ale my i tak robimy swoje. A w ramach podziękowania nasz dowódca przychodzi tu i mówi, że major Wielki Kaktus jest niezadowolona z tempa naszej pracy.

– Stank vir dank – powiedział Jimmy. Podejrzewając, że Ndabeni nie zrozumie tego hasła, dodał: – Kompletne dno.

– Przykro mi, ale to nie byłem ja.

Chcieli obarczyć kogoś winą i ich język ciała pokazywał, że ani myśleli uwierzyć, że to nie on był winny.

Jimmy spiął mocno ostatni plik dokumentów i podał je Vusiemu.

– Wyniki z chromatografii gazowej i spektrometrii masowej.

Vusi odłożył na stół worki z materiałem dowodowym i wziął od niego papiery. Rzucił na nie okiem.

– Nie mam pojęcia, o co tu chodzi – przyznał, przyglądając się tabelom chemicznym.

– Raport dla zwykłych ludzi jest na ostatniej stronie – podpowiedział Arnold.

– Pośpiesznie przygotowany – rzucił Jimmy.

– Ale i tak bardzo dokładny – dodał Arnold.

– I żeby nie marnować twojego czasu, bo jesteś takim zalatanym Sokołem, powiemy ci, co odkryliśmy.

– Ten wasz sznur i folia, którą owinięte były zwłoki, wykazują liczne ślady triazolu.

– Masz tu też zdjęcia z mikroskopu elektronowego, na których są granulki proszku triazol.

– Niepodważalny dowód.

– Przygotowany z prędkością światła.

– Dla superzajętych Sokołów.

Czekał, aż powiedzą coś jeszcze, ale oni jedynie rozsiedli się na krzesłach z wyrazem samozadowolenia na twarzach.

– Co to znaczy? – spytał Vusi.

– Wiedzieliśmy, że zadasz to pytanie.

– Czekaliśmy jednak, żeby dowieść naszej racji. Nie jesteście w stanie ogarnąć tych wszystkich superważnych spraw Sokołów bez naszej pomocy. No dalej, przyznaj nam rację.

– To jasne, że bez was, geniuszy, nie damy sobie rady.

– Nabijasz się z nas?

– Absolutnie. Bardzo cenię was i waszą pracę. Jestem ogromnie wdzięczy za to, co zrobiliście. A tempo waszej pracy…

– Jesteś Sokołem, który ma serce, Vusi.

– Jako jeden z niewielu.

– Triazol to środek grzybobójczy.

– Stosuje się go w rolnictwie.

– Rolnicy spryskują nim pszenicę, żeby wytruć grzyby.

– Stosują go również do warzyw i owoców.

– Problem leży jednak w tym, że w Prowincji Przylądkowej Zachodniej uprawia się te trzy rzeczy w wielu miejscach.

– Pszenica, warzywa i owoce.

– Regiony Swartland i Overberg obfitują w pszenicę, w Philippi i Joostenberg hodowane są warzywa.

– W Grabouw i okolicy rośnie sporo jabłoni i gruszy, no i rzecz jasna winorośle, którą są dosłownie wszędzie.

– Stężenie triazolu jest dosyć wysokie. Wskazuje na zastosowanie go do celów przemysłowych.

– Dobra – powiedział Vusi.

– Naszym zdaniem Ernsta Richtera zabito na terenie jakiejś plantacji. Triazol, sznur do belowania i bardzo długi kawał folii, wszystko to wskazuje na działalność rolniczą.

– Na miejscu Sokołów przyjrzelibyśmy się bazie danych klientów Alibi i wyłuskalibyśmy hodowców pszenicy, owoców i warzyw.

– Ale to tylko nasze skromne zdanie.

– Ciapowatych naukowców.

– Jesteśmy przy Sokołach niczym żółwie przy zającach.

– Zrobiliśmy coś jeszcze, Vusi, bo zależy nam na rozwiązaniu sprawy. Zadzwoniliśmy do trzech wielkich firm z Przylądka produkujących środki stosowane w produkcji rolniczej.

– Nie musieliśmy…

– Właśnie. Ale to zrobiliśmy. Według nich ponad osiemdziesiąt procent triazolu trafia do plantatorów winorośli.

– Co jest nieco statystycznie skomplikowane, ponieważ ponad osiemdziesiąt procent dochodów z rolnictwa na terenie Przylądka, mierzonych w dochodach na hektar, pochodzi właśnie z uprawy winorośli.

– Do celów produkcji wina, jeśli chcemy już być tak dokładni.

– A jak to mamy w swoim sumiennym zwyczaju: chcemy.

– Jesteśmy bardzo precyzyjnymi żółwiami.