46

Później tego wieczoru siedzieli przed domem Richtera.

Benny Griessel spojrzał na poszarpany zarys góry widoczny w świetle gwiazd i na cieniutki półksiężyc dryfujący złowrogo nad jej szczytem. Następnie przeniósł wzrok na swoich czterech kolegów. Siedział na ogrodowym murze z Vusim i Liebenbergiem, Cupido opierał się o maskę bmw należącego do Sokołów. Fillander siedział po turecku na chodniku. Każdy dzierżył w dłoni puszkę coli i kanapkę, które Mooiwillem kupił im w kiosku sieci Woolies na stacji benzynowej Engen przy drodze. Byli głodni i spragnieni, humory im dopisywały, mimo że podczas rewizji domu niczego nie znaleźli. W ich rozmowach domysły na temat śledztwa przeplatały się z luźnymi pogawędkami i dobrotliwym droczeniem się.

Griessel nadal był rozdrażniony i nie potrafił pozbyć się tego uczucia. Wynikało ono po części ze zmęczenia, ale też z odstawienia alkoholu. Doktor Barkhuizen doskonale wyjaśnił mu wszystkie te objawy, więc wiedział, że alkohol zaburzał równowagę chemiczną jego mózgu. Te prawdziwe symptomy, których nie sposób było przezwyciężyć, uaktywniły się teraz, wyolbrzymiając takie emocje jak na przykład ogromna wdzięczność, jaką odczuwał z tego powodu, że może być pośród nich – swoich towarzyszy broni, przyjaciół, ludzi, którzy bezwarunkowo go akceptują. I ta łącząca ich więź, uformowana przez wspólne doświadczanie mrocznej strony społeczeństwa: członkowie policji, tworzący tę nader cienką linię, kruchą granicę między jednym złem a drugim, grupa samotników – a teraz nawet ludzi odrzuconych. Banda wyrzutków, którzy mieli tylko siebie nawzajem.

Te uczucia zaczynały przytłaczać Griessela. Stłumił zalewającą go falę emocji porządnym łykiem coli i zapalił papierosa.

– Nie chciałbym nikogo obrazić, ale poważnie, biali to dla mnie niezmiennie enigma – odezwał się Vusi.

Frankie Fillander powiedział, że Koloredzi jak on nawet nie wiedzą, co oznacza „enigma”.

Detektywi roześmiali się, zachowując się jednak względnie cicho z szacunku dla mieszkańców pobliskich domów.

– Jak jeden facet może sam mieszkać w takim wielkim domu? – spytał Vusi, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Takie marnotrawstwo.

– Gdyby był ciemnoskóry – stwierdził Cupido – wprowadziłoby się tu co najmniej dwadzieścia osiem osób.

– Dokładnie – przytaknął Ndabeni, a jego uśmiech zabłysnął w świetle latarni ulicznej.

– Mam pewną teorię – odezwał się Fillander.

– O ciemnoskórych? – zaciekawił się Cupido. – Spóźniłeś się. Steve Hofmeyr sformułował je już wszystkie.

Vusi mlasnął językiem.

– Ten facet oznacza kłopoty dla tego kraju.

– Amen – przytaknął Cupido.

Fillander wyjaśnił, że jego teoria dotyczy Richtera. Słuchał raportu Liebenberga na temat jego rozmowy z matką ofiary. Wysłuchał też relacji Cupida z ich dnia w biurze Alibi i jego przemyśleń po randce z Desiree Coetzee.

Cupido się obruszył:

– To nie była fokken randka, wujku Frankie.

Na co Fillander spytał:

– To dlaczego tak świecą ci oczy, Vaughn, kiedy mówisz o tej babce? Za każdym razem, jak wymawiasz imię Desiree, płatki róż lecą ci z ust. Nie wspominając już o tej kolacyjce przy świecach.

Cupido burknął, że nie było tam żadnych cholernych świeczek.

Fillander na to:

– Jasne.

I dodał, że rozmyślał też o aktywności Richtera w mediach społecznościowych, o tym wszystkim, co czytał po południu. Wskazał kciukiem na dom stojący za nimi i oznajmił, że dobrze się przyjrzał temu miejscu. Tę wielką sypialnię na górze trzeba zakwalifikować do odpowiedniej kategorii, ponieważ Ernst Richter był mężczyzną o trzech obliczach.

– Ta sypialnia należy do Richtera Bajeranta; nazwijmy to obliczem pierwszym. Superwielkie łoże królewskie, elegancka narzuta i masa poduszek; zabytkowa komoda; gustowny akt na ścianie. Wygląda, jakby urządzał mu to dekorator wnętrz. Ta sypialnia różni się znacznie od reszty domu; jest bardziej fantazyjna. To miłosne gniazdko dla tych wszystkich lasek, które Richter zagadywał na Tinderze i do których wydzwaniał. Wygląda na to, że jedna z nich była mężatką, i jest to znaczący element tej układanki, ale do tego jeszcze wrócę.

Oblicze drugie to Richter Dzieciak. Spójrzcie na to wszystko koło telewizora. Dwie konsole do gier komputerowych. Kontrolery gier mają ślady intensywnego użytkowania, a to znaczy, że spędzał tam sporo czasu. I jeszcze te wszystkie gry na jego iPhonie i to, że uwielbiał przesiadywać z grafikami, którzy fałszowali dokumenty na potrzeby różnych alibi. Ten facet duchem był jeszcze laaitie. Może dlatego, że nie mógł być dzieckiem w odpowiednim czasie. Odniosłem wrażenie, że dla niego wszystko było grą, i to też jest znaczące, ponieważ faceci tego pokroju raczej nie myślą o konsekwencjach swojego postępowania.

No i jeszcze jest oblicze trzecie. Usiłuję przypomnieć sobie imię tego gościa, który zrobił sobie skrzydła z kurzych piór i wosku, a potem usiłował na nich latać.

– To brzmi jak wyczyn Billy’ego Aprila z dzielnicy Bishop Lavis – stwierdził Vaughn Cupido. – No wiesz, ten szalony ćpun, który skoczył nago z…

– Nie, nie, chodzi mi o tego outjie z greckiej mitologii – przerwał mu Frank Fillander.

– To już wykracza poza moje kompetencje – odparł Cupido.

– Ikar – oznajmił Vusumuzi Ndabeni.

– Ikar! – Fillander pstryknął palcami, jakby miał to cały czas na końcu języka.

– Nieźle jak na ciemnego gościa z Gugs, Vusi – rzucił Cupido. – Mitologia grecka, nogal. Ale zachowaj to, proszę, dla siebie. Już widzę, jak jakaś mamuśka z Mitchells Plain nazywa swojego syna Ikar Fortuin, kiedy to się rozniesie.

Roześmiali się o wiele głośniej, niż powinni, a Fillander powiedział:

– Cicho, kêrels, bo sąsiedzi zaczną się skarżyć. W każdym razie Ikar to ten kêrel, o którego mi chodziło. Poleciał tak wysoko, że słońce stopiło wosk z jego skrzydeł, spadł na ziemię i się rozwalił. To właśnie jest trzecie oblicze Richtera. Spójrzcie na ten dom. Wynajął go, żeby robić wrażenie. Jego samochód widać prawie na każdej fotce na Facebooku. Richter wpompował kupę kasy w swoją firmę, bo chciał za wszelką cenę zachować pozory. A teraz Vaughn mówi, że według tej Coetzee Richter musiał pożyczać kasę, bo swoją całą przepuścił. Jednak według jej obliczeń włożył w firmę o wiele więcej pieniędzy, niż jej zdaniem w ogóle miał.

– Jak więc brzmi twoja teoria, wujku Frankie? – spytał Mooiwillem.

Fillander wstał sztywno z chodnika.

– Moje stare gnaty – jęknął. – Zaraz do tego dojdę, Willem. Dzisiaj rano przeczytałem w „Rapport” artykuł na temat Richtera. Wyjaśniał w nim, że jego ojciec zmarł, kiedy on miał czternaście lat. Mówił o tym, jak ciężko było jego matce. Kiedy słucham tego wszystkiego, dochodzę do wniosku, że było mu o wiele ciężej, niż to pokazywał. Myślę, że jego matka była zdruzgotana. Mąż zmarł, sprawy finansowe w stanie chaosu, dziecko na utrzymaniu i być może prawdziwa bieda, którą musiała znosić przez jakiś czas. Czternastoletni laaitie, który widzi, z jakimi problemami boryka się jego matka, będzie poczuwał się do odpowiedzialności za to, by jej pomóc, i będzie się czuł bezsilny. Teraz on został głową rodziny, ale nie ma jak jej pomóc; musi przyglądać się temu, jak cierpi jego matka. Często można to zaobserwować w społecznościach koloredzkich.

Ale młody Ernst ma też inne kłopoty, bo chodzi do szkoły z bogatymi dzieciakami; będzie czuł się od nich gorszy, kiedy matka podrzuca go do szkoły swoim starym gruchotem. Nie może zapraszać kolegów do domu, bo nie ma coli w lodówce ani żadnych przekąsek, by ich poczęstować. To wszystko odciśnie piętno na tym laaitie. To będzie odbijać się na jego życiu erotycznym i sytuacji finansowej do końca jego dni.

– Głębokie przemyślenia, wujku Frankie – stwierdził Vaughn Cupido.

– Ale to prawda – powiedział Vusi. – Zaznał prawdziwej biedy.

Fillander skinął głową i mówił dalej:

– Widywałem to dosyć często; ludzie dorastali w trudnych warunkach, a potem udawało im się coś osiągnąć. Odbijali sobie to przez resztę życia, bo za wszelką cenę nie chcieli wracać do tamtych ciężkich czasów. Robili różne głupie rzeczy.

– Fakt – przyznał Cupido.

– Dobra, jakie znamy trzy najczęstsze motywy zabójstw? – spytał Fillander.

– Kłótnie rodzinne, pieniądze i zemsta – wyliczył Vusi.

– Zgadza się – potwierdził Fillander. – Odrzuciliśmy właśnie motyw kłótni rodzinnych, bo tu… – wskazał ponownie na dom – raczej nie wchodzi w grę życie rodzinne. Tak więc moja teoria brzmi: zemsta lub pieniądze. W ramach zemsty mógł to zrobić na przykład zazdrosny mąż i to zamierzam jutro sprawdzić. Skłaniam się jednak ku motywowi pieniędzy, bo wygląda mi na to, że ten kêreltjie dopuszczał się jakichś machlojek finansowych.

Liebenberg przytaknął zamyślony. Ndabeni pogładził swoją doskonale wypielęgnowaną bródkę. Cupido beknął lekko po napoju gazowanym i oznajmił:

– W grę może wchodzić jeszcze inny przekręt finansowy.

Wszyscy spojrzeli na niego.

– Kiedy przesłuchiwałem panią Coetzee – Vaughn podkreślił wyraźnie słowa „przesłuchiwałem” oraz „panią”, spoglądając jednocześnie na Fillandera – powiedziała, że w listopadzie zeszłego roku doszło do dziwnego wydarzenia. Pewnego wieczora pracowała do późna, a kiedy opuszczała budynek w porze tjaila i szła do swojego samochodu, z innego wysiadł jakiś facet. To był elegancki wóz; z jej słów wynikało, że był to mercedes klasy S, czyli bryka, która chodzi po półtora miliona. Facet był po pięćdziesiątce, szykowny białas, elegancki garnitur, modne okulary bez oprawek, schludnie przycięte włosy, wyglądał profesjonalnie. Podchodzi do niej i wyszukanym angielskim pyta, czy pracuje w Alibi. I ona odpowiada, że tak. On na to: pełnisz funkcję dyrektora operacyjnego i nazywasz się Desiree Coetzee. Przytaknęła, choć jego słowa wytrąciły ją nieco z równowagi, ponieważ ludziom spoza firmy znana była wyłącznie twarz Richtera. A więc ten elegancik mówi: „Ktoś z Alibi usiłuje mnie szantażować i powiem ci tylko tyle, że upublicznię te informacje, ale nie zapłacę ani grosza. Jeśli pójdę na dno, pociągnę was za sobą. Dam wam tak popalić, że tego nie przetrwacie”. Po tych słowach facet wsiadł do swojego merca i odjechał.

– Bliksem – zaklął Mooiwillem Liebenberg.

– Wow – powiedział Vusi.

– Właśnie – potwierdził Cupido. – Mówi, że była tym kompletnie zszokowana. Stała tam przez dłuższą chwilę i rozmyślała o tym, a potem zadzwoniła jeszcze z parkingu do Ernsta i opowiedziała mu o tamtym gościu. Richter zamilkł na tak długo, że pomyślała, że przerwało połączenie; tu, w Stellenbosch, sieć komórkowa MTN ma kiepski zasięg. Odezwał się w końcu i powiedział: „Des, musimy to sprawdzić. To brzmi bardzo niedobrze. Pogadamy o tym jutro”. Zamartwiała się tym całą noc i nazajutrz w biurze od razu poszła do Richtera. On mówi: „Co możemy na to poradzić? To może być ktokolwiek; nie możemy tak po prostu wysłać notki do całego personelu i napisać w niej: «Nie szantażujcie klientów»”. Obiecał jednak, że sprawdzi rejestry logowania w komputerze i zastanowi się, czy wszyscy programiści naprawdę muszą mieć dostęp do bazy klientów. Tak to zostawili i więcej mieli już o tym nie rozmawiać. Ale kiedy kilka dni później leżała w łóżku i rozmyślała o tym, bo to ją kwaai martwiło, pomyślała: „Chwila, przecież to Ernst przegląda bazę klientów i wyszukuje tych najbogatszych i najsławniejszych”. Przyłapała go raz na tym: dwóch informatyków szepnęło jej o tym słówko. To on tak zamartwia się o ich finanse i to on pompuje pieniądze w firmę. Czy to możliwe, że właśnie on za tym stoi? Nie miała jednak na to żadnego dowodu, a sprawa wkrótce ucichła.

– Nie do wiary! – podsumował to Frank Fillander.

– Jakieś cztery miesiące po tym wydarzeniu niejako przez przypadek zobaczyła pewne zdjęcie na stronie serwisu informacyjnego. Widniał na nim jakiś mężczyzna, który otrzymał od Izby Handlowej odznaczenie za osiągnięcia w biznesie, i pomyślała, że to chyba był ten facet od merca. Nie była tego całkowicie pewna, bo na parkingu było wtedy ciemno i minęło od tamtego dnia już kilka miesięcy, ale gościu wyglądał jak tamten z parkingu – bajerancka fryzura, okulary i tak dalej. Obok zdjęcia zapisano jego nazwisko. Okazało się, że to magnat przemysłowy, prezes zarządu firmy ShipSure zajmującej się ubezpieczaniem ładunków w transporcie morskim, która ma siedzibę tutaj, w Kapsztadzie. Postanowiła więc zabawić się nieco w detektywa. Zalogowała się do bazy klientów i, jak można było się spodziewać, mężczyzna o takich samych inicjałach i nazwisku dokonał kilku sporych przelewów za skomplikowane alibi we wrześniu dwa tysiące trzynastego – fałszywe bilety lotnicze do Londynu, fałszywe rachunki za hotel i te sprawy.

– No i co zrobiła? – spytał Vusi.

– Nic. W pewnym sensie zakodowała sobie to w głowie. Nie potrafiła przypomnieć sobie imienia tego gościa. Na nazwisko miał Habenewt czy coś w tym stylu. Wyśle mi jutro esemes z tymi informacjami.

Musieli sobie wszyscy przetrawić te wiadomości. Po chwili Cupido spojrzał na Griessela siedzącego na murku ze spuszczoną głową i spytał:

– Co o tym sądzisz, Benna?

Jedyne, co krążyło mu w tamtej chwili w głowie, to wstyd. Jego koledzy cały dzień rozmyślali nad tą sprawą. A on, Griessel, przejmował się głównie tym, skąd weźmie następnego drinka, i jak to zrobić bezkarnie, a kiedy pomagał w rewizji domu Richtera, rozmyślał o Alexie i o tym, czy powinien jechać do domu, czy nie. Nie był pewien, jak go powita, o ile w ogóle to nastąpi, a nie miał siły na konfrontację ani na łzy Alexy. Przepełniał go wstyd, ponieważ patrzyli na niego z nadzieją i szacunkiem, spodziewając się, że z jego ust wydostanie się coś znaczącego i inteligentnego.

I nagle – sam nie wiedział, skąd mu się to wzięło – zaświtała mu w głowie pewna myśl. Zaczął:

– Wydaje mi się… Nie bez znaczenia jest to, że pogrzebano go za Blouberg. To o czymś świadczy, Vaughn. Jego dom, jego biuro, wszystko jest tu, w Stellenbosch. Jego samochód odnaleziono dwa kilometry od siedziby Alibi, ale ciało odkryto w Blouberg. Problem w tym, że nie wiem, co to oznacza.

Wszyscy zgodnie skinęli głowami.

Chciał im powiedzieć, żeby nie byli aż pod takim wrażeniem jego słów; nie zasłużył na to.