Powiedział jej, że ouma zmarła podczas jego ostatniego roku nauki. Miała dopiero siedemdziesiąt pięć lat, ale doświadczyła wielu kłopotów jak na jedno życie. Zastanawiał się często, jak bardzo żałowała tamtego wieczora, kiedy po raz pierwszy zatańczyła z oupą Jeanem. Jej życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej.
Przejdzie teraz jednak do dalszej części swojej opowieści, bo przez kolejnych siedem lat, kiedy Paul siedział w więzieniu, nie działo się nic szczególnego.
On, Francois du Toit, skończył szkołę i zaczął studiować winogrodnictwo.
Jego ojciec, jego nieszczęsny ojciec widział, jak marzenia o produkowaniu świetnego wina giną pożarte przez długi, które zaciągnął na opłacenie adwokatów dla Paula.
Sprzedawał coraz więcej zbiorów ze swej nowej winnicy oomowi Dietrichowi Venske, dawnemu koledze ze spółdzielni KWV, który w 1994 roku kupił winnicę sąsiadującą z naszą, Blue Valley Estate.
Oom Dietrich stwierdził, że Pa już nigdy nie był taki sam. Wydawało się, jakby stał się pusty w środku. Podejmował jedynie podstawowe działania, podczas gdy wina Venskego radziły sobie coraz lepiej, odnosząc sukces najpierw na rynku lokalnym, a potem stopniowo również na międzynarodowym. Dla Francoisa był to dowód na to, że ta dolina, ta ziemia mogły dać wspaniałe wina.
Usiłował rozmawiać na ten temat ze swoim ojcem, gdy był w ostatniej klasie, a potem już trakcie studiów, po części dlatego, że ogromnie martwił się o Guillaume’a – który wpadał w coraz głębszą depresję – ale też ze względu na ich winnicę. I dlatego, że chciał się dowiedzieć, czy ojciec pozwoli mu ją przejąć. Pewnego dnia, kiedy będzie na to gotowy, rzecz jasna.
Tak właściwie to nie uzyskał od niego żadnej reakcji. Raz jedynie usłyszał: „Zobaczymy”.
Helena, jego matka, powiedziała: „Daj mu trochę czasu”.
Tak więc po studiach wyjechał do Francji na trzy lata. Chciał oderwać się od tego wszystkiego, zacząć jakoś swoje własne życie i zaczekać tam na wieści. Pracował w Gironde, zbierał winogrona i je wyciskał, zamiatał piwnice i jeździł traktorami, nosił skrzynie, kelnerował i pracował u rzeźnika w Bordeaux. Chłonął wszystko łapczywie oczami w znanych i mniej znanych winnicach, pytał o radę i zawsze chętnie uczył się nowych rzeczy. Pielęgnował swoje marzenie. Było to tak naprawdę marzenie jego ojca, które on chciał ziścić.
To właśnie u rzeźnika w Bordeaux poznał Susanne Taljaard, nazywaną przez przyjaciół i rodzinę po prostu „San”.
Francois ciął właśnie tuszę wieprzową na tyłach sklepu. Jego właściciel, Bernard Gaudin, poszedł po niego, by pomógł mu w tłumaczeniu, ponieważ sam kiepsko mówił po angielsku, a do stoiska podszedł ktoś, kto mówił tylko łamaną francuszczyzną i zadawał ważne pytania.
Odłożył nóż, wytarł ręce w fartuch i przeszedł wraz z Gaudinem do frontowej części sklepu. Stała tam. Wysoka dziewczyna, o dużych, zielonych oczach, krótkich blond włosach i pełnych, zmysłowych ustach.
– Mówisz po angielsku? – spytała błagalnie, a w jej głosie usłyszał silny akcent.
– Potrafię nawet więcej – odpowiedział jej po afrykanersku, czym ją zaskoczył, i sam się ucieszył, że przewyższył jej oczekiwania.
– Ek soen jou sommer! – Rozpromieniła się, ale powstrzymała się jednak od całowania. Jej uśmiech rozświetlił to miejsce niczym słońce, on również odpowiedział jej uśmiechem i pławił się w blasku tej przyjemności.
Wyjaśniła, że przyszła tam poprosić o przepis na gratton de Lormont. Bernard słynął ze swojej oryginalnej terriny wieprzowej w sosie bordoskim, przygotowywanej według tradycyjnego przepisu, oraz z grenier médocain, miejscowej kiełbasy, zdecydowanie najsmaczniejszej w świecie – gdy mówiła to wszystko, w jej słowach pobrzmiewała Pretoria.
– Będę musiał powiedzieć mu, dlaczego o to prosisz.
– Chcę to przygotować i podać w mojej restauracji.
San, szefowa kuchni. Rok wcześniej skończyła studia i teraz była w trakcie kulinarnej podróży po Europie, marząc o otwarciu swojej własnej, kameralnej restauracji w Kapsztadzie.
– Jeśli umówisz się dzisiaj ze mną na kolację, poproszę go o te przepisy.
– Fajnie. – Roześmiała się.
Planowała zatrzymać się w Bordeaux tylko na dwa tygodnie. Czternaście miesięcy później wracała z nim do domu.
Drugiego stycznia odebrał telefon od swojej matki, Heleny.
Był wtedy wraz z San w Pau we francuskich Pirenejach. Ona szukała przepisu na „najlepsze w świecie foie gras” robione przez dwóch braci, niebiański pasztet wprost rozpływający się w ustach.
– Pa nie żyje, Francois. Pa nie żyje. – Zdołała powiedzieć tylko tyle, zanim się rozpłakała i musiała przekazać słuchawkę Dietrichowi Venskemu.
Ich sąsiad poważnym głosem oznajmił mu, że Guillaume i Paul nie żyją. Ma natychmiast wracać do domu.