68

Doktor Barkhuizen miał swój gabinet w Bellville, w jednym z tych odnowionych bostońskich domów.

W soboty zwykle nie przyjmował pacjentów, ponieważ miał już siedemdziesiąt dwa lata i prowadził praktykę tylko dlatego, żeby nie pozostawać bez zajęcia. Bo jak wiadomo, diabeł zawsze znajdzie zajęcie dla tych, co nic nie robią.

– Cuchniesz – powitał Griessela.

– Wiem.

– Wyglądasz dziadowsko – stwierdził, odliczając pigułki, które potem zgarnął dłonią do buteleczki.

– Wiem.

– Słyszałem o tym wydarzeniu w środę, o twoim koledze… zabójstwo rodzinne.

Griessel milczał.

– Mówiłem ci, że widzę gorzałę na horyzoncie. Ale ty mnie nie słuchałeś.

Podał tabletki Benny’emu.

– Wiesz, że nie możesz pić i brać tych tabletek jednocześnie.

– Wiem.

– Co zamierzasz teraz zrobić?

– Po południu idę do terapeuty.

– Bardzo dobrze.

– I chcę, żeby Alexa do mnie wróciła.

– Jak zamierzasz to osiągnąć?

– Nie wiem.

– Jeśli uda ci się być trzeźwym do jutra, spróbuję ci pomóc. To będzie trudne; wyrządziłeś spore szkody, ale zostaw ją w spokoju, dopóki nie dam ci znaku. Zrozumiałeś?

– Dzięki, doktorze.

– „Dzięki, doktorze”. Dziękowanie mi nic nie da. Miałeś zadzwonić do mnie, zanim się schlałeś. Po co ci sponsor, jeśli się z nim nie kontaktujesz? Niezły z ciebie drań. Na miejscu Alexy kazałbym ci iść do diabła. Dociera to do ciebie?

Griessel skinął tylko głową.

– Nie możesz iść do pracy, jeśli tak cuchniesz. Chcesz wziąć prysznic?

– Chętnie.

– Mam nadzieję, że to ci pomoże.

Liebenbergowi i Fillanderowi trudno było prześledzić dawne podróże Richtera. Jego matka, ciągle będąca pod wpływem silnych leków, wyciągała pocztówki jedną po drugiej i ogarniało ją wzruszenie, kiedy je czytała. Chciała opowiedzieć im różne historie, czasami robiąc to bezładnie, na temat jej zmarłego syna i jego wędrówek, i ociągała się z przekazywaniem im pocztówek.

Fillander starał się spisać w notesie poczynania Richtera z tamtego okresu. Liebenberg przyglądał się uważnie datom i znaczkom pocztowym, by mogli poukładać je według okresów i krajów. Ponad dwie godziny zajęło im poukładanie tego wszystkiego.

Pod koniec lutego 2011 roku Richter dotarł na Bali, gdzie zatrzymał się na mniej więcej trzy tygodnie. Potem ruszył do Bangkoku, gdzie spędził ponad miesiąc. Na początku kwietnia odwiedził wiele innych miejsc w Tajlandii, zanim w maju pojechał na sześć tygodni do Wietnamu. Potem wybrał się do Hongkongu. We wrześniu udał się do Chin, a w październiku rozpoczął podróż powrotną – ponownie odwiedził Bangkok, potem Katmandu i Kalkutę. Potem pojechał do Nowego Delhi i Bombaju, by wreszcie wyruszyć na Mauritius i wrócić do domu w listopadzie.

Korespondencja Ernsta Richtera skupiała się na informowaniu matki, że u niego wszystko w porządku. Były to krótkie, pośpiesznie pisane wiadomości o miejscach, ludziach, jedzeniu, sztuce i pięknie przyrody, które określał jako „odlotowe”, „super”, lekker i „śliczne”. Czasami uskarżał się na pogodę. „Ciągle pada”, „Wilgotność jest tu za wysoka” albo „Żar leje się z nieba”. Wyrażał nadzieję, że u matki wszystko w porządku, pisał „Zadzwonię w przyszłym tygodniu z…” oraz „Świetnie było usłyszeć twój głos, Ma”.

Wszystkie te notki były raczej bez znaczenia, jeśli chodziło o śledztwo.

Spytali, czy pracował za granicą.

Odpowiedziała, że nie.

– Mój Boże, dzieciak robił sobie przerwę. Tak bardzo jej potrzebował po tym, jak przez tyle lat harował dniami i nocami.

Czy przez telefon wspominał kiedykolwiek o kwestiach finansowych?

Nie. Nigdy.

Sprawdzał możliwości biznesowe na Wschodzie?

Nic na ten temat nie było jej wiadomo. Pewnie przyglądał się wielu rzeczom oczami przedsiębiorcy; miał talent do robienia interesów.

Ale nigdy o niczym nie wspomniał?

Nie.

Czy poza pieniędzmi, które otrzymał za firmę projektującą strony internetowe, odziedziczył lub wygrał kiedyś pieniądze lub niespodziewanie otrzymał jakąś większą kwotę?

A po kim biedny dzieciak miał niby odziedziczyć pieniądze?

– Jestem jedyną rodziną, jaką ma – powiedziała, jakby on nadal żył.

Jadąc drogą N1 do Stellenbosch, Griessel przypomniał sobie kilka rzeczy z poprzedniego wieczoru.

Alexa tam była. Tyle jeszcze pamiętał. Był bardzo pijany, ale ona stała obok niego. Niewiele mówiła. Tylko tyle, że zaczeka, aż on skończy.

Zawiozła go do domu?

Dzwonił do niej z Dublinera?

Jadąc, wyciągnął telefon z kieszeni i sprawdził rejestr połączeń.

Po wyjściu z pracy do nikogo nie dzwonił.

Jak się dowiedziała, że jest w Dublinerze? Nigdy wcześniej tam nie był.

Chyba go nie śledziła?

– Narkotyki – zawyrokował Fillander, kiedy przedzierali się przez bożonarodzeniowy ruch na drodze, jadąc z powrotem do biura.

– Yip – przytaknął Liebenberg. – Nawet ten okres się zgadza. – Obaj wiedzieli, że był to jedyny sposób na to, żeby zarobić ponad dwa miliony w dziesięć miesięcy.

A Azja Południowo-Wschodnia ponownie stała się jednym z ulubionych regionów handlarzy narkotyków. Tajlandia – należąca do tak zwanego narkotykowego Złotego Trójkąta – była mekką czarnego rynku heroiny, ale międzynarodowa współpraca i działania tajlandzkiego rządu w dużym stopniu przyblokowały ją na niemal dekadę.

Ale od około roku 2007 uprawa maku w Myanmarze zaczęła wzrastać. A w latach 2010 i 2011 stali się oni największymi w świecie dostawcami metamfetaminy – kluczowego składnika tik – dzięki północnym regionom Myanmaru uznawanym za niegościnne i rosnącej popularności tik w Azji.

Trasy podróży Ernsta Richtera pokrywały się mniej więcej z wszystkimi głównymi szlakami przemytniczymi – Tajlandia, Wietnam, Chiny i Indie.

– Niedobra wiadomość – stwierdził Fillander. – Kostek niczego nie znajdzie. W tym biznesie rządzi gotówka. Nie korzystają z banków.

Nie było łatwo pozyskać wydruki czy cyfrowe wyciągi z konta z Premier Banku, kiedy nakaz rewizji nie podawał zbyt wielu informacji.

Cupido, Boshigo i Ndabeni pojechali razem do oddziału w Stellenbosch, bo im więcej pokazało się tam Sokołów, tym większą byli w stanie wywrzeć presję i tym bardziej oficjalnie i poważnie to wszystko wyglądało.

Najpierw kazano im czekać na menadżera oddziału, ponieważ był to „trudny okres w roku, a on był zajęty klientami”. Potem menadżer chciał dzwonić do swojej centrali, zanim przekaże im wyciągi z kont Richtera – a była to sobota rano, kiedy personel głównej siedziby Premier Banku spędzał weekend poza pracą. Ostatecznie udało mu się dorwać dyrektora generalnego, który z jakiegoś pola golfowego poinformował go, że musi współpracować z policją. To wszystko trwało godzinę.

Potem pojawił się problem z systemem, co z kolei wymagało kolejnych telefonów do Johannesburga i sprawiło, że Cupido stracił cierpliwość.

– Jeszcze dzisiaj rano dacie mi te archiwalne wyciągi z kont – oznajmił menadżerowi banku, grożąc mu palcem – albo oskarżę pana i ten bank o utrudnianie działań policji. To jest śledztwo w sprawie zabójstwa, a nie jakiś niezadowolony klient, z którym musicie się uporać. Z Sokołami się nie zadziera, pappie. Przekaż tym ludziom wiszącym na telefonie, że mają wziąć dupę w troki. Natychmiast. Albo ściągnę tu na was całą policję.

Wyszli z banku z wyciągami z konta – dostali je w formie wydruków i jako pliki cyfrowe – dopiero przed dwunastą, co na nowo tchnęło w nich nadzieję, że Kostek będzie w stanie rozszyfrować to wszystko. Do chwili, kiedy zadzwonił do nich Frank Fillander i powiedział, że chodzi o narkotyki, bo pojawił się motyw Azji Południowo-Wschodniej. A to oznaczało transakcje gotówkowe.

Vaughn Cupido zjadł zęby na sprawach w wydziale narkotykowym. Znał ten przemysł. Wiedział, że Fillander ma rację. Stał w palącym słońcu Stellenbosch przy samochodzie Sokołów zaparkowanym przy Plein Street i wyrzucił ramiona w powietrze.

– Jissis, fok!

Jakaś koloredzka kobieta wystrojona w swoje najlepsze ubranie zatrzymała się, żeby go zbesztać:

– Haai nee, boetie. Twoja matka zapłakałaby się na śmierć, gdyby słyszała, jak się wyrażasz.