78

Niedziela, 21 grudnia. Cztery dni do Bożego Narodzenia.

Niedziela. Dzień odpoczynku. Dzień wyjścia do kościoła, wizyt rodzinnych, długich i obfitych lunchów niedzielnych oraz długich i głębokich drzemek popołudniowych.

Ale nie dla Jednostki do spraw Ciężkich Przestępstw z Dyrektoriatu Priorytetowych Dochodzeń Kryminalnych. Dla nich był to trudny dzień na prowadzenie śledztwa, ponieważ nikt nie chciał, by mu przeszkadzano: żadni świadkowie ani podejrzani, informatorzy i policjanci niebędący na służbie.

Był to dzień samotności, bo w niedzieli było coś takiego, jak śpiewał kiedyś Kris Kristofferson, co sprawiało, że człowiek odczuwa osamotnienie. I czujesz to w kościach i całym swoim ciele, jeśli nazywasz się Benny Griessel i budzisz się rano w pustym domu, i samotnie jesz płatki śniadaniowe – ponieważ nie ma z tobą Alexy, która przygotowałaby jak zwykle omlet na śniadanie. Alexa nie potrafiła gotować. Jej omlety były zawsze albo za mało ścięte, albo zbyt spieczone, za słone lub pozbawione smaku, ale robiła je z tak wielką miłością i oddaniem, że cała reszta traciła znaczenie. Benny przypominał sobie o tym, za każdym razem gdy go jadł, a potem po dwóch godzinach w pracy nadal czuł dziwny mączny posmak w ustach i jak o niej wtedy myślał.

Ale tak się nie stało tej samotnej niedzieli.

Jeśli jesteś Bennym Griesselem tej ponurej i trzeźwej niedzieli, jedziesz samotnie spokojnymi ulicami i widzisz plakaty z gazet rozwieszone na latarniach ulicznych: ŻONA ZASTRZELIŁA FARMERA W ZWIĄZKU ZE SKANDALEM ALIBI oraz BURMISTRZ ZAPRZECZA ZARZUTOM, ŻE KORZYSTAŁ Z USŁUG ALIBI. Ale ty się tym nie trapisz. Twój umysł – którego nie nęka dziś rano ból głowy, ale który jest mętny pod wpływem leków, odstawienia alkoholu i strachu przed pragnieniem – i twoje tęsknoty skupiają się na Alexie. Wszystkie te rzeczy, które czasami bezgranicznie cię wkurzają, tej niedzieli są bez znaczenia. Jak na przykład to, kiedy swoim znajomym z kręgów muzycznych ona przedstawia cię jako „superdetektywa”. Jak to, w jaki sposób jej kremy, tusze do rzęs i szminki, tajemnicze buteleczki, tubki i ołówki rozlewają się po łazience niczym ameba i zajmują z każdym dniem coraz większą powierzchnię, spychając twój skromny zasób przyborów toaletowych do coraz mniejszego kąta szafki pod umywalką.

A kiedy dzisiaj rano miałeś więcej miejsca na swoje rzeczy, pomyślałeś: „Po prostu wróć. Nie mam nic przeciwko, że zajmujesz moje miejsce. Bez ciebie jest go tu za dużo”.

Niedziela. Dzień samotności, jeśli nazywasz się Vaughn Cupido. Wstajesz wcześnie, żeby nie poczuć osamotnienia i żeby powstrzymać swoje myśli od wędrówek ku uroczej Desiree Coetzee. Która może mieć słabość do białych, a może też jej nie mieć. Jak wykombinujesz powód, by ją dzisiaj zobaczyć, ponieważ wczoraj to ci się nie udało i miałeś wrażenie, że przez to wyrwało ci wielką czarną dziurę w twoim wnętrzu, i nie potrafisz tego zrozumieć, bo ostatni raz czułeś się tak w tym fokken liceum w Mitchells Plain z powodu Elizabeth „Bekkie” November, a tak właściwie to nie masz pojęcia, co się stało z tamtą laską.

A potem major Mbali Kaleni przychodzi do ciebie i daje ci przedświąteczny prezent: powód, by zadzwonić do Desiree Coetzee.

– Kapitanie, będziemy musieli przeprowadzić dochodzenie w sprawie tego człowieka, który opublikował w internecie bazę klientów Alibi. To cena, jaką musimy zapłacić za skontaktowanie się z Chińczykami. – Wszystko to powiedziała nogal przepraszającym tonem.

Na to ty odpowiadasz:

– Nie ma sprawy, pani major. – Z większą dozą entuzjazmu, niż byłoby to wskazane, a twój dowódca dziwnie ci się przygląda, ale ty się tym nie przejmujesz, ponieważ nie czujesz się już samotnie. Niedziela nagle zaczyna wyglądać obiecująco.

Dzwonisz więc do niej, ona odbiera nieco zaspanym i ochrypłym, ale i zmysłowym głosem, ty ją przepraszasz, że niepokoisz ją o tak wczesnej porze, i mówisz, że niezmiernie ci przykro, ale musisz zobaczyć się z nią w związku z prowadzoną sprawą.

Na co ona mówi, że w takim razie musisz przyjechać do niej, bo ona jest teraz ze swoim dzieckiem.

Pierwsze siedemdziesiąt dwie godziny zwykłego dochodzenia w sprawie zabójstwa wypełnia adrenalina: podekscytowanie i działanie, pośpiech i skupienie. Zorganizowany chaos, zespół ambitnych detektywów pojawia się nagle niczym huragan, by pchnąć okręt sprawiedliwości przez wzburzone morze.

Ale jeśli nie ma żadnych przełomów w sprawie, jeśli wiatry cichną po pięciu dniach, wtedy wpadasz w przerażającą strefę ciszy. Wody uspokajają się całkowicie.

Statek kołysze się bezcelowo, aż w końcu nieruchomieje z braku wiatru. Zaczyna się harówka, różne manewry, liczne telefony i niekończące się zadania administracyjne. Nadzieje na rezultat, rozwiązanie sprawy i aresztowanie podejrzanego zaczynają gasnąć. I właśnie tego detektywi całego świata nienawidzą najbardziej. Papierkowa robota: pisanie raportów, wypełnianie formularzy, przygotowywanie akt sprawy i dotyczących jej dokumentów.

Griessel i Liebenberg mieli opracować dokument, który następnie miał trafić do Durbanu, Bloemfontein oraz do Johannesburga i miał służyć jako wytyczne w trakcie przesłuchań. Ponieważ adiutant z działu informatycznego (kapitan Philip van Wyk spędzał niedzielę w domu ze swoją rodziną) wyjaśnił Benny’emu i Mooiwillemowi, że Ernst Richter wykonał siedemnaście połączeń swoim „tajnym” telefonem komórkowym.

Jedno z nich do menadżera oddziału regionalnego banku.

Informatycy zestawili pozostałe szesnaście nieznanych numerów z danymi klientów z bazy Alibi.

Tylko piętnaście z nich przyniosło pozytywny rezultat.

Szesnasty nie należał do klienta Alibi. Był to przedostatni numer, na który Richter zadzwonił ze swojego tajnego telefonu. Połączenie trwało zaledwie dziewięćdziesiąt cztery sekundy i było o wiele krótsze niż wszystkie inne. Numer należał do niejakiego Petera McLeana z Kuils River. Mężczyzna ten nie był notowany.

Jeśli chodzi o ścisłość, to nikt z szesnastu osób, z którymi skontaktował się Richter, nie miał kartoteki.

Pięć osób było z Kapsztadu, dziewięć z Gautengu, jedna z Bloemfontein i jedna z Durbanu.

I tym sposobem rozpoczęła się harówka, czynności administracyjne i frustracje, ponieważ detektywi musieli najpierw przygotować dokument objaśniający naturę śledztwa. W najtrudniejszy dzień z całego tygodnia musieli namierzyć kolegów z oddziałów DPDK z innych miast. I musieli prosić ich o taką pomoc, jakiej żaden Sokół nie chciał udzielić przed samym Bożym Narodzeniem, ponieważ na głowie mieli swoje śledztwa i rutynowe zadania oraz własne plany świąteczne. Griessel i Liebenberg musieli następnie wyjaśnić przez telefon, czego potrzebują, i przesłać im odpowiedni dokument.

Jedynie w KwaZulu-Natal okazano entuzjazm.

– Shane Pillay? Znam tego gościa – stwierdził Sokół z Durbanu. – Jest bardzo bogaty, ma cztery salony sprzedaży samochodów. Niezły dupek z niego. A więc zdradzał swoją panią? Jasne, pogadam z nim.

Tuż przed lunchem Benny i Willem zaczęli obdzwaniać numery z Kapsztadu.

Jadąc do Stellenbosch, Cupido zadzwonił do Świstaka Davidsa.

– Cappie, mamy niedzielę, dzień święty.

– Bezbożnicy nie zaznają spokoju. Powiedz no mi, geniuszu, byłbyś w stanie dowiedzieć się, kim są ludzie, którzy upublicznili bazę klientów Alibi?

– Znaczy się, mam ich namierzyć i zidentyfikować?

– Tak, właśnie, namierzyć.

– Cappie, ogarniam sporo rzeczy, ale to już wyższa szkoła jazdy dla jakiegoś magika od sieci i internetu. Ja jestem majstrem od spraw sprzętu komputerowego. Mogę spróbować coś z tym zrobić, ale to może zająć mi miesiąc lub nawet więcej.

– Nie mamy tyle czasu.

– No to z radością ci oznajmiam, że nie jestem człowiekiem, którego szukasz.

– Życzę lekka niedzieli, Świstak.

Desiree Coetzee mieszkała w Welgevonden Estate, na północy Stellenbosch, niedaleko drogi R44 do Paarl. Dzielnica białasów.

Cupido wysiadł przed szeregowcem i rozejrzał się wokoło. Było to dobrze rozplanowane osiedle, z domami stojącymi blisko siebie i maleńkimi ogrodami. Jego stary dom w południowej części Bellville miał przynajmniej porządne podwórko, gdzie laaitie mógłby się bawić.

To właśnie laaitie otworzył drzwi. Wysoki i chudy chłopak z wielkimi kolanami. Ciekawskie, choć nieśmiałe niebieskie oczy, śniada karnacja i ciemne włosy jak u jego matki.

– Jestem Vaughn Cupido – przedstawił się, wyciągając dłoń.

– Policjant – zauważył dzieciak, obdarzając go długim spojrzeniem, kiedy uścisnęli sobie dłonie.

– Powinieneś powiedzieć, że masz na imię Donovan. – Głos Desiree wyprzedzał jej pośpieszne kroki.

– Mam na imię Donovan.

– Miło mi cię poznać – powiedział Cupido i w tej chwili stanęła przed nim Desiree, z mokrymi jeszcze włosami i świeżą warstwą szminki na ustach.

Zauważył, że zadała sobie trochę trudu, mimo że poinformował ją o wizycie z tak krótkim wyprzedzeniem. Stała tam boso i miała na sobie białą bluzkę oraz dżinsy. Wyglądała oszałamiająco.

Przywitali się. Przeprosił ją za najście. Odparła, że nie ma sprawy, bo i tak w tę niedzielę nic się nie dzieje. Odparł, że po tak ciężkim tygodniu zasługuje na spokojny dzień.

Donovan wpatrywał się w niego i w końcu zapytał:

– Masz broń, wujku?

Cupido chciał odpowiedzieć twierdząco i zaproponować, że mu pokaże; chciał zaimponować dzieciakowi. Ale kobiety czasami dziwnie reagują. Może jej się nie spodobać, że pokazuje jej synkowi broń. Odpowiedział więc tylko:

– Mam.

– Pokażesz mi ją, wujku?

– Pościeliłeś już swoje łóżko, Donovan?

– Nie, mamusiu.

– No to bierz się za to. Wujek nie przyszedł tu na pogawędkę, jest teraz w pracy.

Donovan odszedł niechętnie. Zerknął na Cupida w nadziei, że choć przelotnie dostrzeże jego broń. Potem poszedł na górę.

– Masz ładny dom.

– Dzięki. Wynajmujemy go, ale uwielbiamy to miejsce. Chciałabym właśnie tu znaleźć nową pracę. Donovan chodzi tu do dobrej szkoły. Kawy? Wybacz, ale mam tylko rozpuszczalną.

– Chętnie, poproszę.

– Znaleźliście coś? – spytała przez ramię, napełniając czajnik wodą.

– Może i tak. Richter… – Musiał teraz dostosować ton głosu do rozmowy z nią, ponieważ dla niego ofiara zabójstwa stała się teraz również przestępcą, ale dla niej był on nadal zmarłym szefem. – Wygląda na to, że zarobił sporo pieniędzy w Chinach i…

– W Chinach? – Zmarszczyła brew zaskoczona, a woda przelała jej się w czajniku.

– Nigdy o tym nie mówił? O swoich podróżach?

– Sporo mówił o swoich wyprawach, o tym, jakiego ma fioła na punkcie Dalekiego Wschodu, jak pracowici są tamtejsi ludzie, ale o pieniądzach nie wspomniał ani słowem. – Zakręciła kurek.

– Tak czy inaczej, nie po to tutaj przyjechałem. Chodzi o Ricka Groblera.

Ponownie przerwała to, co właśnie robiła, i spojrzała na niego.

– Chyba żartujesz.

– Nie, już nie jest naszym głównym podejrzanym. Jego samochód i telefon są czyste. Chodzi o bazę klientów. Wiesz, czy zrobił jakieś postępy w tej kwestii? Mam na myśli poszukiwanie przecieku.

– Dlaczego? – spytała surowo.

– Ponieważ teraz jest to już związane ze sprawą.

– A w jaki sposób to się z nią łączy?

– To skomplikowane.

– Dlaczego sam go o to nie spytasz?

– Po czwartku… Nie rzuci mi się radośnie w ramiona, jeśli wiesz, co mam na myśli.

– W czwartek potraktowałeś go jak gestapowiec. A ten biały detektyw, który miał czelność powiedzieć mi, że nie byłam jakoś szczególnie zrozpaczona śmiercią Ernsta…

– Miał za sobą ciężki tydzień.

– A ty co chwilę mi to powtarzasz.

– Będziesz w stanie mi pomóc? W sprawie Groblera? – Miał ochotę powiedzieć, że wygląda na to, jakby łączyła ich jakaś szczególna więź, ale ona zorientowałaby się, że przemawia przez niego zazdrość, i w ten sposób by się zdradził.

Sypała kawę rozpuszczalną do kubków.

– Musiałbyś się trochę popłaszczyć. A nie wyglądasz mi na takiego klong, który radzi sobie z tym jakoś szczególnie dobrze.