Ta niedziela nie zakończyła się sukcesem, tylko klęską.
Vaughn Cupido stracił twarz na oczach Desiree Coetzee. Musiał schować dumę do kieszeni – wyraźnie i z wielką trudnością – i tak, jak chciał tego Ricky-Triki Grobler, obiecać, że przeprosi go w obecności całej ekipy Alibi.
– Najpierw to zrób, a dopiero potem znów porozmawiamy – powiedział Grobler. I wtedy Cupido musiał już odjechać.
Przynajmniej chłopiec spytał, kiedy Vaughn wsiadł już do swojego samochodu:
– Przyjedziesz jeszcze do nas, wujku?
– Może.
Wracając do Bellville, pomyślał, że mógł pojechać od razu do Groblera. Nie powinien był wplątywać w to Desiree. Nic mu to nie dało. Cholerny głupek, nie mógł się doczekać, aż znów zobaczy tę dziewczynę. Musisz myśleć, Vaughn, musisz. Ale nie, zakochany po uszy zaczynasz świrować.
Główny problem polegał na tym, że obiecał przeprosić Groblera, bo chciał pokazać Desiree, że jest nowoczesnym mężczyzną, a nie tylko jakimś tam macho.
No i teraz będzie musiał kajać się przed tymi wszystkimi ludźmi. A dobrze wie, że nie ma za co przepraszać.
Zastał Griessela wciąż siedzącego nad pracą. Benna załatwiał papierkową robotę, pisał raporty ze wszystkich przesłuchań. Wyglądał tak, jak Cupido się czuł. Przegrany. W takim razie już wiedział.
Wzdychając, usiadł naprzeciw kolegi.
– Dawaj te złe wieści.
Cupido mu wyjaśnił:
– Ta sprawa nie posuwa się naprzód, Benna. Dostaję pierwszą szansę na pełnienie funkcji MCO i mam jeden wielki fokkop.
– Ten cały McLean, ten, który nie jest klientem Alibi. Twierdzi, że nie zna Richtera. To nad nim wciąż rozmyślam.
– Wierzysz mu?
– Tak. Problem w tym, że tamto połączenie trwało dziewięćdziesiąt cztery sekundy. Półtorej minuty. To nie wydaje się długo, ale sprawdziłem to przed chwilą z zegarkiem w ręce. – Griessel chwycił swoją komórkę. – Zadzwonię teraz do ciebie. Odegraj to ze mną i zobaczymy, ile to potrwa. Jesteś Vaughn Cupido, ale nie wiesz, kto dzwoni, nie rozpoznajesz mojego głosu. Odpowiadaj tak, jakbyś normalnie to zrobił, otrzymując taki telefon.
– W porządku.
Griessel wybrał numer Cupida. Telefon zadzwonił. Kiedy Cupido odebrał słowami: „Halo, mówi Vaughn” – sprawdził zegarek i spytał:
– Dzień dobry, czy mogę rozmawiać z Pietiem?
– Pietiem? Jakim Pietiem?
– Pietiem Pieterse.
– Wybacz, pêllie, myślę, że masz zły numer.
– Nie ma tam Pietiego Pietersego?
– Nie, dzwonisz do siedziby Sokołów.
– Aha. W porządku. Przepraszam. Do widzenia.
Ponownie spojrzał na zegarek.
– Dwadzieścia sześć sekund.
– Facet mógł rozmawiać przez drugi telefon i nie rozłączyć się z tym niewłaściwym numerem.
– Co zwykle robisz, kiedy zadzwonisz pod zły numer? Co robisz od razu po tym?
– Dzwonię pod właściwy numer.
– Właśnie – odparł Griessel. – Ale następne połączenie, jakie Richter wykonał z tego tajnego telefonu, nastąpiło dopiero dwa dni później. I był to zupełnie inny numer.
– To dziwne – stwierdził Cupido. – A co dokładnie powiedział McLean?
Griessel przekazał mu wszystko, co pamiętał.
– Mówił prawdę według ciebie? Nie udawał?
– Jeśli to nie była prawda, należy mu się Oscar.
– I to raczej taki, który nie ma nic wspólnego z Pistoriusem.
Griessel się uśmiechnął, po raz pierwszy od wielu dni.
– Nie, nie tego miałem na myśli.
– Może to był najpierw numer kogoś innego. Może jakiś klient podał zły numer do ich bazy danych. Może Richter zapomniał, że to tajny telefon, i chciał skontaktować się z działem usług ogrodniczych w ABC.
– VBC.
– Wszystko jedno. Takie jest życie. Idźmy dalej.
– Może wyciągniemy coś z ludzi z posterunku Stellenbosch. Vusi podał wszystkie numery naszym informatykom. Stwierdzili, że może będą mieć coś pojutrze. To kupa roboty.
Ale obaj wiedzieli, że mają niewielkie szanse dojść dokądś tą drogą. Było wielu baronów narkotykowych i członków gangów z zastrzeżonymi i nieznanymi numerami telefonów komórkowych. Obaj nie palili się zbyt do powrotu do swoich domów, do tej niedzielnej samotności. Przerwali dyskusję i uzupełnianie akt sprawy, kiedy było już dobrze po szesnastej.
Wracając do domu, Griessel zadzwonił do doktora.
– Nadal jesteś trzeźwy?
– Tak.
– Zadzwonię do niej. Ale musisz być cierpliwy, bo wyrządziłeś już sporo szkód.
– W porządku, doktorze.
Potem pojechał do centrum. O siedemnastej w niedzielę w kościele na rogu Kloof Nek i Eaton odbywało się spotkanie Anonimowych Alkoholików. Grupa Zielonych Drzwi, jak sami siebie nazywali. Było to niedaleko jego domu. Poszli tam z Alexą kilka razy. Może dzisiaj ona też tam się wybierze.
Nie było jej.
Wstał jako pierwszy. Poszedł do przodu. Powiedział:
– Nazywam się Benny Griessel i jestem alkoholikiem.
– Witaj, Benny – odpowiedzieli.
– Wiem, że jestem bezbronny w obliczu alkoholu. Wiem, że moje życie wymknęło się spod kontroli. Mam za sobą jeden dzień bez picia.
Na stole w kuchni czekało gotowe danie z Wooliesa: luksusowy pstrąg w cieście francuskim, z odręcznie zapisaną instrukcją, jak długo należy go piec.
I trzy całuski.
Skąd wiedziała, że nie ma go w domu? Skąd wiedziała, kiedy ma tam przyjechać?
Trzy całuski. To lepiej niż wczoraj. Dostrzegł w tym promyk nadziei.
Poszedł po gitarę basową. Włączył płytę CD Fresh Cream zespołu Cream, żeby zagrać równocześnie z niezrównanym Jackiem Bruce’em.