Razem wyszli z windy w Huguenot Chambers na Queen Victoria Street i adwokat Susan Peires zwróciła się do Francoisa du Toit:
– Powiedział pan, że pańska matka jest drobnej postury?
Zatrzymał się i spojrzał na nią.
– Zgadza się.
– I ma sześćdziesiąt jeden lat?
– Tak.
– W takim razie nie byłaby w stanie zrobić tego sama, prawda?
– Ja też… Tak wiele rzeczy przychodzi do głowy, kiedy jest się zdenerwowanym. Robotnicy zrobiliby dla niej wszystko. Jest dla nich jak matka. Gdyby poszła do któregoś i wyjaśniła, że… Sam nie wiem. Może gdyby powiedziała, że ważą się ich losy i przyszłość ich dzieci.
Peires przyjęła to do wiadomości i skinęła głową.
– Jedziemy. Gdzie pan zaparkował?
Wskazał miejsce ręką.
– Jeżdżę czerwonym jaguarem. Niech pan zaczeka, aż wyjadę i wtedy pojadę za panem.
– Dobrze. – Obrócił się i odszedł, wyjął z kieszeni telefon i włączył go po raz pierwszy od rana.
Peires szła w kierunku schodów prowadzących na podziemny parking, na którym stał jej samochód. Rozmyślała już nad matką i robotnikami i nagle zaczęła sceptycznie podchodzić do tego wszystkiego, do jego historii.
Zdążyła pokonać pierwszy bieg schodów, kiedy usłyszała, jak ją zawołał.
– Pani mecenas! – Jego naglący głos brzmiał dziwnie. Zatrzymała się i krzyknęła:
– Tutaj!
Pojawił się u szczytu schodów z telefonem w ręce.
– Chyba powinna pani to zobaczyć.