89

Stał przed szopą w pełnym słońcu. Rozmawiał wciąż z Cupidem, kiedy robotnik wrócił z wysokim mężczyzną w okularach.

– Co pan robi na terenie mojej nieruchomości?

Griessel uniósł dłoń, by pokazać, że zaraz mu wszystko wyjaśni, i powiedział do Cupida:

– Przyszedł właściciel. Trafisz tu? Blue Valley. To zaraz obok, wzdłuż rzeki.

– Pytałem, co pan robi na terenie mojej nieruchomości? – powtórzył wysoki mężczyzna, w jego głosie i języku ciała dało się wyczuć agresję i oburzenie. Wielki właściciel ziemski trząsł się z oburzenia. Griessel zauważył teraz, że jest po sześćdziesiątce, postawny mężczyzna z nosem zakrzywionym jak dziób ptaka, okularami i gęstym wąsem przysłaniającym nieco drobne usta. Skórę miał zniszczoną słońcem.

– Już tam jedziemy – oznajmił Cupido. – Świetna robota, Benna.

Griessel się rozłączył. Stojący przed nim mężczyzna przyjął groźną pozę, wypychając klatkę piersiową do przodu.

– Jestem z policji, proszę pana. – Griessel wyciągnął do niego rękę na powitanie. – Benny Griessel.

Mężczyzna zignorował jego rękę.

– Nie ma pan czego tu szukać.

Stojący kilka kroków dalej robotnik skinął potakująco na słowa swojego pracodawcy.

– Jest pan właścicielem tej plantacji?

– Tak, i ma pan się wynosić z mojego terenu.

– Prowadzę dochodzenie w sprawie zabójstwa i właśnie zidentyfikowałem miejsce, gdzie mogło do niego dojść. Jak się pan nazywa?

– A gdzie ma pan pozwolenie na to, żeby tu węszyć?

Dosyć często spotykał się z takim zachowaniem. Najlepszym sposobem na poradzenie sobie z taką sytuacją jest zachowanie spokoju i opanowania. Musiał chronić dochodzenie przed atakami, które mogą skończyć się w sądzie.

– Pozwolenie na to dają mi artykuły dwudziesty piąty i dwudziesty szósty kodeksu postępowania karnego. Artykuł dwudziesty piąty paragraf trzeci głosi, że w trakcie dochodzenia można wkroczyć na dany teren, jeśli istnieją uzasadnione przesłanki, by uznać, że procedura uzyskania nakazu i wiążące się z nią opóźnienie może zaszkodzić dochodzeniu. Pytam raz jeszcze, jak pan się nazywa?

Jego słowa wywołały pożądany efekt. Mężczyzna cofnął się trochę, a jego ramiona nieco opadły.

– Dietrich Venske.

– Panie Venske, mam powody, by podejrzewać, że na terenie pańskiej posiadłości zabito Ernsta Richtera. Moi koledzy już tu jadą. Otoczymy to miejsce kordonem i uzyskamy nakaz rewizji. Mam nadzieję, że możemy liczyć na pańską współpracę.

– Ernst Richter? A kim jest Ernst Richter? – spytał z kompletnym obrzydzeniem, jakby to nazwisko osobiście go obrażało. Prychnął potem niczym byk i dodał: – To jakieś bzdury. Dzwonię do mojego adwokata.

Przybyli tylko Cupido, Ndabeni i technicy; reszta ekipy Sokołów kontynuowała przeszukiwanie Klein Zegen.

– To ma sens – orzekł Cupido. – Zaatakował pan Richtera na ziemi należącej do sąsiada, by nie zostawić śladów na własnej plantacji.

Griessel skinął jedynie głową i poprowadził jego i Vusiego do szyldu opartego o ścianę w środku szopy tuż przy wejściu do niej.

– To jest człowiek, do którego Richter dzwonił ze swojego tajnego telefonu. Ten sam, który zarzekał się, że nigdy nawet nie słyszał o Richterze.

– A niech mnie – odezwał się Cupido.

– Zabieram się stąd, Vaughn. Zamierzam go przesłuchać.

– Dobra. Weź ze sobą wujka Frankiego.

Jechali jeszcze przez Stellenbosch, kiedy zadzwonił do nich kapitan Philip van Wyk z centrum informatycznego policji.

– Wybaczcie, że trwało to tak długo. Sprawa Kraaifontein zajęła nam sporo czasu, ale mam dobre wieści. Znaleźliśmy Martinusa Grundlingha w bazie RICA. To kolejna podróbka dokumentu tożsamości i meldunku, jakiej dopuścił się Richter. Kupił dzięki temu telefon w czerwcu zeszłego roku, tuż po tym, jak jego poprzedni tajny telefon zniknął z sieci.

– Dzięki, Philip – powiedział Benny.

– Czekamy jeszcze tylko na pozwolenie z sądu, by nanieść ten numer na naszą siatkę połączeń.

– Philip, sprawdźcie też, czy z numeru Grundlingha dzwoniono do Petera McLeana.

– Zajmiemy się tym. Zadzwonię, jeśli coś znajdziemy.

Zatrzymali się przed domem w Kuils River. Schludna podmiejska okolica zamieszkiwana przez klasę średnią. Na trawniku trzej mali chłopcy i jedna dziewczynka, dzieci od czterech do siedmiu lat, biegali ze śmiechem za piłką i krzyczeli. Przez rozsunięte zasłony w oknie salonu dostrzegli lampki migoczące na choince. Na podjeździe, za dwoma innymi samochodami, stał zielony bus marki Fiat z napisem „VBC, Vintage Bottling Company. Objazdowe butelkowanie i etykietowanie”.

Fillander i Griessel wysiedli i przeszli przez podjazd do drzwi wejściowych. Dzieci przestały biegać i zaczęły im się przyglądać. Najstarszy chłopiec popędził do drzwi wejściowych.

– Oupa – zawołał piskliwie podekscytowany – przyjechało jakichś dwóch wujków.

Ale to ouma wyszła na dwór z tacą z ciastkami. Była atrakcyjną Koloredką, gdzieś pod sześćdziesiątkę, i powitała ich z uśmiechem.

– Dzień dobry. Panowie do Petera?

– Tak, proszę pani – odpowiedział Fillander.

– Zawołam go.

Spojrzała na grupkę dzieci. – Chodźcie, ouma zrobiła essies i rulle.

Jej słowa wywołały wielkie podekscytowanie i dzieci pobiegły do niej.

– Nie, nie, najpierw musicie umyć ręce. – Po tych słowach zawołała do wnętrza domu: – Peter! Jacyś ludzie do ciebie.

Pojawił się w wejściu, rzucił na nich okiem – jeden Kolored i jeden biały – i coś zmieniło się w jego wyrazie twarzy: jakby coś do niego dotarło.

– Porozmawiajmy tam, przy samochodzie – zasugerował cicho.

Wszyscy trzej wyszli na ulicę, gdzie stał samochód Sokołów. Kobieta zawołała, stojąc przy drzwiach frontowych:

– Wszystko w porządku, kochanie?

– W najlepszym porządeczku – odkrzyknął jej Peter McLean.

– Nieźle sobie pan poradził podczas rozmowy telefonicznej – zaczął Griessel. Problem w tym, że nie miał niczego poza trwającym dziewięćdziesiąt cztery sekundy połączeniem telefonicznym, szyldem reklamowym i podejrzeniem. Będzie musiał go podpuszczać. I to tak sprytnie, jak ten fokken dziennikarz z „The Son”.

McLean stał obok samochodu ze skrzyżowanymi ramionami. Miał około sześćdziesięciu lat, krótkie, siwe włosy, mocne ramiona i klatkę piersiową sugerujące, że całe życie pracował fizycznie. Fillander oparł się o wóz Sokołów.

Benny postanowił zaryzykować.

– Znaleźliśmy też drugi telefon Richtera – powiedział.

Zero reakcji.

– Będziemy w stanie sprawdzić, czy dzwonił z niego do pana.

Stoickie milczenie.

– Zdobędziemy pozwolenie na pozyskanie wyciągów bankowych z pańskiego konta.

McLean jedynie im się przyglądał. Będzie musiał bardziej zaryzykować. Griessel się zawahał, bo jeśli się mylił, mężczyzna się zorientuje, że on porusza się nieco po omacku.

– Wiemy o panu i Francoisie du Toit.

Na twarzy McLeana dało się ponownie zarejestrować maleńką zmianę. Griessel wiedział, że zmierza we właściwym kierunku.

– W tej chwili przeszukujemy właśnie Klein Zegen. Wszystko jak leci, po kolei.

McLean spojrzał na prawo, gdzieś w dal, potem kolejno na Griessela i Fillandera, a następnie obrócił się w kierunku domu i zacisnął usta.

Kiedy w końcu przemówił, zwracał się do Fillandera, jakby ze strony koloredzkiego policjanta mógł liczyć na większą sympatię.

– Oto jak ja to widzę – powiedział. – Porozmawiamy tu, przy samochodzie. Nie zakujecie mnie w kajdanki i nie zabierzecie mnie od niej. Pozwolicie mi spędzić Boże Narodzenie z moimi dziećmi i wnukami. W drugi dzień Bożego Narodzenia sam oddam się w wasze ręce.

– Zabił pan Richtera? – spytał zdumiony Fillander.

– Nie. Ale nie jestem też niewinny.

Peter McLean poprosił ich najpierw, by okazali zrozumienie. Ostatnich kilka lat było trudne dla firm butelkujących wino, ponieważ winiarzom zaczęło bardziej się opłacać eksportowanie wina w ilościach hurtowych i butelkowanie ich za granicą, kiedy w Europie wzrósł popyt na wino. Od 2011 roku musi zwalniać ludzi. I to nawet takich, którzy pracowali dla niego od lat. Ludzi, którzy mają rodziny, dzieci w szkole, kredyty na domy oraz samochody.

– Od emerytury dzielą mnie tylko cztery lata. Od trzech lat nie miałem podwyżki, a moje oszczędności są niewielkie.

I wtedy w styczniu pojawia się Ernst Richter i składa Peterowi McLeanowi ofertę. Zleca mu napełnienie dziesięciu tysięcy butelek wina; zapłaci pełną cenę i dorzuci jeszcze bonus w wysokości stu tysięcy randów. Warunkiem było to, że McLean ma nie zadawać pytań o pochodzenie, przeznaczenie ani gatunek wina.

– Powiedziałem, że się zgadzam, ale zażądałem gotówki, pięćdziesiąt tysięcy od razu, a drugie pięćdziesiąt, kiedy wykonam zlecenie. Wybrałem gotówkę, bo nie chciałem uwzględniać tego w księgach rachunkowych. Spotkałem się z nim dwa dni później w Stellenbosch, a on przekazał mi pierwsze pięćdziesiąt tysięcy. Spytał mnie wtedy, gdzie znajdzie winiarza, który wyprodukuje mu specjalne czerwone wino i nie będzie zadawać żadnych pytań. Odpowiedziałem, że będę musiał się zastanowić i oddzwonię do niego potem. Podał mi swój numer, a ja odjechałem, rozmyślając nad tym. Pracuję w branży winiarskiej od czterdziestu dwóch lat i kiedy jeździ się od plantacji do plantacji, żeby butelkować wino lub sprzedawać swoje usługi, słyszy się różne historie. Wtedy minął zaledwie miesiąc, odkąd du Toit senior zginął wraz ze swoim synem w wypadku samochodowym. Wiedziałem, że młody Francois chce przejąć winnicę, i wiedziałem o jego zbiorach, ponieważ pojechałem na jego plantację, by poinformować go, że jeśli jest zainteresowany butelkowaniem swojego wina, to my zapewnimy najlepszą i najbardziej opłacalną usługę. Zadzwoniłem więc potem do Richtera i poleciłem, by porozmawiał z młodym du Toitem.

Oddzwonił do mnie po tygodniu, by mi podziękować. Powiedział, że du Toit wchodzi w to i że będziemy butelkować wino w czerwcu lub lipcu. I tak właśnie było. Tej zimy napełniliśmy, zakorkowaliśmy, zaplombowaliśmy i opatrzyliśmy etykietami dziesięć tysięcy butelek. Było to podrobione francuskie wino. 2010 Château Lafite Rothschild. Dziesięć tysięcy butelek. Richter zarobił pewnie na tym prawdziwą fortunę.

McLean przestał mówić. Jego wzrok ponownie powędrował w kierunku domu.

– A co było potem? – spytał Fillander.

– Potem dostałem swoje drugie pięćdziesiąt tysięcy i myślałem, że na tym to się zakończy. Ale tak się nie stało. Niemal dwa lata później Richter znów do mnie zadzwonił ni stąd, ni zowąd. Chciał pieniędzy.

– To była ta rozmowa w maju? – spytał Griessel.

– Tak.

– A potem?

– Groził, że jeśli nie dam mu pieniędzy, powie mojemu szefowi o tej akcji butelkowania z dwa tysiące dwunastego roku. Spytałem, ile chce, bo jeśli straciłbym pracę… Zażądał stu tysięcy randów. Powiedziałem, że nie mam takiej kwoty i że mogę dać mu dziesięć tysięcy, bo tylko tyle mam. Po tych słowach się rozłączył.

– Wiedział pan o jego firmie, Alibi?

– Nie, nic. Nie czytuję gazet.

– Kiedy znów odezwał się do pana? – Griessel był pewny, że odbyli więcej rozmów.

– W poniedziałek, dwudziestego czwartego listopada. Wszedłem do naszej głównej siedziby w Devon Valley, a mój szef mnie wzywa i pyta, czy wiem coś na temat francuskiego wina, które zabutelkowano w lipcu dwa tysiące dwunastego roku. Okropnie się wtedy przestraszyłem, odpowiedziałem, że nie, i spytałem, o co chodzi. Wyjaśnił, że dzwonił do niego jakiś facet, podobno z SARS-u, który prowadzi dochodzenie, i że on, mój szef, powinien porozmawiać z Peterem McLeanem. Odpowiedziałem, że nic mi o tym nie wiadomo. Ale i tak martwiłem się cały dzień. Po południu tego samego dnia Richter znów do mnie zadzwonił i spytał, czy teraz jestem gotowy zapłacić. Powtórzyłem, że naprawdę nie mam pieniędzy. Ale mam za to dla niego pewną historię.

– Jaką historię?

– Taką, dzięki której może zdobyć pieniądze.