W salonie posiadłości Blue Valley Benny Griessel powiedział Szakalowi:
– Pana klient był pracownikiem spółdzielni KWV w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku, w okresie, gdy spółdzielnia KWV przeżywała trudności z powodu sankcji i gdy w swoich piwnicach miała ogromną nadwyżkę wina. Pański klient zaplanował pozbycie się tego wina i zarobienie sporej sumy, która potem trafiła do jego kieszeni. Sumy, która pozwoliła mu na zakup tej plantacji – ponieważ dysponując tylko swoją pensją, nie mógłby sobie na to pozwolić. Według moich informacji w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku winnica Blue Valley kosztowała przynajmniej sześć milionów randów.
– Odziedziczyłem pieniądze – rzucił ze złością Venske. – Po krewnym ze strony mojej żony.
– Dietrich, nie – próbował reagować prawnik.
– Przyjęliśmy to do wiadomości – powiedział Vaughn Cupido. My, czyli pięciu członków zespołu Sokołów.
– Problem w tym, panie Venske, że przejmiemy całą dokumentację, i jestem prawie pewny, że nie znajdziemy żadnych dowodów na taki spadek, ponieważ to pan stał za całą operacją, czyli Projektem Champ. Prawdę mówiąc, kilka godzin temu rozmawiałem z mężczyzną, który jest gotowy zeznać w sądzie, że stał pan obok niego, kiedy butelkowano tego szampana. Dziewięćset tysięcy butelek podrobionego szampana – Griessel zerknął do swoich notatek: – Francuskiego szampana. Moët & Chandon. I to Dom Pérignon. Dziewięćset tysięcy butelek. To dosyć sporo. I był tam z panem obywatel amerykański z Las Vegas, który chciał tego szampana do swoich hoteli.
– Bzdura – oburzył się Szakal.
Venske milczał.
– Dziewięćset tysięcy butelek – powtórzył Griessel. – To wielkie pieniądze, nawet jeśli sprzeda się go za jedną dziesiątą ceny szampana w tamtych czasach. Suma ta wystarczyła na zapłacenie za szampana, butelki, etykiety i przemycenie towaru do Las Vegas, jak również na zapłacenie stu pięćdziesięciu tysięcy randów człowiekowi, który butelkował szampana, i na zakup plantacji takiej jak Blue Valley.
Teraz milczeli już obaj, winiarz i prawnik.
– Ale na tym sprawa się nie zakończyła, panie Venske, bo po dwudziestu latach wraca, by się na panu zemścić. Jest pan teraz wielkim hodowcą winorośli, a największa część pańskiego dochodu pochodzi z Ameryki… – Griessel ponownie zerknął do notatek. – Pańskie czerwone wino zostało okrzyknięte przez Amerykanina, Roberta Parkera, najlepszym winem z Afryki. Zgadza się?
Zero reakcji.
Griessel kontynuował:
– Więc kiedy jakiś facet przychodzi do pana i mówi, że poinformuje amerykańską gazetę o panu i Projekcie Champ, jeśli nie da mu pan pieniędzy, zwabia go pan na swoją plantację i dusi go pan pod drzewem jakarandy.
– Dosyć tego – przerwał mu van Straaten. – Nie macie żadnych dowodów.
– Owszem, mamy – odparł Griessel, bacznie przyglądając się Venskemu. – Mamy świadka, który mówi, że w poniedziałek, dwudziestego czwartego listopada, opowiedział Ernstowi Richterowi o Projekcie Champ. Czy ta data coś panu mówi, panie Venske? Mamy dowody na to, że uduszono go pod tym drzewem. Mamy dowody również na to, że związano go pańskim sznurem do belowania, zawinięto w pańską folię, a na jego ciele znaleziono ślady należącego do pana triazolu.
– To niczego nie dowodzi – stwierdził Venske. – To mógł zrobić ktokolwiek.
– Nic nie mów – ostrzegł go Szakal.
– Mamy też dowody na to, że Ernst Richter posiadał tajny telefon komórkowy, z którego zadzwonił do pana na numer pańskiego salonu degustacyjnego tuż przed siedemnastą w poniedziałek, dwudziestego czwartego listopada. Musiał zostawić panu jakąś interesującą wiadomość, ponieważ kwadrans po siedemnastej zadzwonił pan na ten numer ze swojej komórki i wasza rozmowa trwała jedenaście minut. To całkiem sporo jak na rozmowę z kimś, kogo zupełnie się nie zna.
W języku ciała Venskego zaszła jakaś subtelna zmiana.
– Ale to jeszcze nie koniec, panie Venske. Tego dnia, kiedy Richter zaginął, tego dnia, kiedy go zabito, rozmawiał pan z nim jeszcze trzy razy, dzwoniąc na ten sam numer komórkowy. Połączenia odbyły się o szesnastej czterdzieści dwie, siedemnastej osiemnaście i o dziewiętnastej trzydzieści cztery. Nasi informatycy mówią, że ten telefon komórkowy znajdował się tutaj, w pobliżu Stellenbosch, aż do jakiegoś czasu po dwudziestej trzeciej tamtego wieczoru. A potem pojawił się aż w Blouberg. Tuż po północy został całkowicie wyłączony i nikt potem już go nie uruchamiał. Nasi informatycy pracują teraz nad pańskim numerem. Najprawdopodobniej odkryjemy, że rejestrował się w sieci na tej samej trasie. Stellenbosch, Blouberg i ponownie Stellenbosch. Będzie pan w stanie to wyjaśnić?
Odpowiedziała mu grobowa cisza.
– Zwabił go pan tutaj obietnicą pieniędzy. Ale nie zamierzał pan mu płacić. Zaszedł go pan od tyłu, kiedy czekał na pana pod drzewem. Udusił go pan sznurem do belowania. Jeśli kogoś dusimy, ofiara wierzga nogami; często się z tym spotykamy. Richterowi spadły tenisówki, kiedy wymachiwał nogami. Pochował go pan bez butów, tak daleko od swojej posiadłości, jak tylko się dało, w miejscu, gdzie piasek nie był ubity, bo chciał pan to zrobić jak najszybciej. Myślę, że zakopał pan buty i ten drugi telefon komórkowy, ten, za pomocą którego się porozumiewaliście, w innym miejscu. Zostawił pan jego audi TT w Plankenbrugu. Zastanawiam się, czy założył pan rękawiczki. W samochodzie znaleźliśmy dwa zestawy odcisków palców, których jeszcze nie zidentyfikowaliśmy. Może postąpił pan nierozważnie, a może nie. Ale to bez znaczenia. Plankenbrug znajduje się dokładnie dziesięć kilometrów i czterysta metrów stąd; sprawdziłem to dzisiaj po południu. To zbyt długi odcinek do przejścia, panie Venske, o tak późnej porze, zwłaszcza dla kogoś, kto chce pozbyć się ciała. Moim zdaniem zadzwonił pan do kogoś, by pana stamtąd zabrał: do nadzorcy albo pracownika, a może do swojej żony. Dowiemy się tego z rejestru połączeń z pana telefonu i porozmawiamy również z tą osobą.
Venske ściągnął okulary i potarł oczy palcami.
– I na koniec jeszcze jedno – oznajmił Benny Griessel. – Mężczyzna, który będzie zeznawać dla nas na temat tamtej operacji butelkowania, powiedział, że w dziewięćdziesiątym drugim roku, a potem jeszcze w dziewięćdziesiątym siódmym, amerykańskie Biuro do spraw Alkoholu, Tytoniu, Broni Palnej oraz Materiałów Wybuchowych prowadziło dochodzenie w sprawie podrobionego szampana. Pisano o tym w południowoafrykańskiej gazecie. Nasz świadek zdradził nam, że przekazał te informacje Ernstowi Richterowi. Myślę, że były również jakieś mejle dotyczące tej sprawy, panie Venske. Wydaje mi się, że Ernst Richter wysłał panu mejl i być może wspomniał w nim o artykule, który w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku ukazał się w „Mail & Guardian”. Moim zdaniem tak pan się przejął tym mejlem, że przekupił pan policjanta z posterunku Stellenbosch, żeby ukradł dla pana laptop Richtera. Sprawdzamy połączenia wykonane z pańskiego telefonu komórkowego, żeby zobaczyć, pod jaki numer zadzwonił pan na posterunek. I w ten właśnie sposób pana załatwimy. Kiedy również i tamta osoba złoży zeznania, żeby ocalić swój tyłek.
Venske walczył ze swoim gniewem. Było to interesujące przedstawienie. Szakal uniósł dłoń, by go powstrzymać, ale Venske pozwolił, by na chwilę z jego twarzy opadła maska, którą się zasłaniał.
– Pierdolcie się – wypalił w gniewie.
– Aresztuj go, Benna – polecił Vaughn Cupido. – Skończyliśmy tu już swoją robotę.
– Benny Griessel? – spytał dziennikarz „The Son” przez telefon. – I nie robisz mnie w konia?
– Zgadza się, Maahir – potwierdził kapitan John Cloete. – Cupido pełnił funkcję MCO, ale to Griessel dokonał przełomu w sprawie. Coś ci się musiało źle obić o uszy. W kwestii czasu śmierci Richtera i tej domniemanej napaści pod wpływem alkoholu. Moim zdaniem, tak nieoficjalnie, to przez zazdrość. Policja też ma swój…
– Cóż, ja… John, wiesz, jak to jest. Ja tylko wykonuję swoją robotę. Jeśli docierają do mnie jakieś wieści, po prostu robię swoje.
– Rozumiem to, ale powinieneś poważnie się zastanowić nad wiarygodnością swojego źródła informacji.
– Zgoda. Przepraszam. Źle to zrozumiałem.
– Nie ma szkody, nie ma winy, Maahir. Wesołych Świąt.
Na stoliku kawowym w salonie Alexy stała mała choinka bożonarodzeniowa. Serce podskoczyło mu w piersi. Zawołał ją, ale nikt mu nie odpowiedział. Nikogo nie było w domu.