Rozdział czternasty
Do pomocy w ustaleniu miejsca pobytu Marka Vincenta nadinspektor Gervaise przydzieliła detektywa Douga Wilsona i posterunkowego Neila Stamforda. Temu ostatniemu Gerry zleciła prowadzenie rozmów telefonicznych w centrum koordynacyjnym na dole. Doug Wilson przepytywał znajomych Edgewortha w White Rose i klubie strzeleckim. Sama Gerry siadła przed komputerem, wyłamała palce, aż strzeliły jej kostki i ustawiła monitor pod odpowiednim kątem. Od czego powinna zacząć? Dobre pytanie. Musiała jak najszybciej zebrać wszelkie dostępne informacje na temat Marka Vincenta, żeby mogli ustalić, czy mają do czynienia z zabójcą, czy podążają fałszywym tropem. Nadkomisarz Banks zatelefonował do niej z Leeds, żeby przekazać, że twarz Marka przypomina tę z rysunku Raya, a on sam mógł mieć motyw do popełnienia tej zbrodni.
Mimo wytężonych starań posterunkowy Stamford nie zdołał ustalić miejsca zamieszkania Marka Vincenta. Gerry liczyła się z taką możliwością i zakładała, że Vincent działa pod fałszywym nazwiskiem. Może jako Gord? Razem ze Stamfordem mieli wyjaśnić, czy tak właśnie jest i jakiego nazwiska używa.
Banks przekazał jej to, czego się dowiedział o losach Vincenta po zamordowaniu jego siostry. Wykorzystując te informacje, ustaliła, że mężczyzna urodził się 24 kwietnia 1953 roku, a w 1964 roku uczęszczał do szkoły gimnazjum realnego Armley Park. Niedługo po tragicznej śmierci siostry jego rodzice się rozeszli, a on trafił do wujostwa pod Castleford, gdzie kontynuował naukę w lokalnej szkole realnej.
Wojsko zaczął od szkolenia podstawowego w Catterick, gdzie się okazało, że jest doskonałym strzelcem. Potem podjął służbę jako szeregowy w 1. Batalionie. Niedługo po swoich osiemnastych urodzinach został przeniesiony do Irlandii Północnej, ale o tym okresie niewiele udało się ustalić. Gerry odkryła też, że symbolem pułku były skrzydła ze spadochronem pośrodku i wielu żołnierzy tatuowało je sobie na ramieniu albo na klatce piersiowej, czasem ze słowami PUŁK SPADOCHRONOWY ułożonymi w półkole od góry albo pod spodem. Banks powiedział jej, że Michael Charlton, jeden z członków gangu, widział ten tatuaż na piersi Vincenta przed niespełna rokiem.
Gerry notowała najważniejsze ustalenia. Zamierzała sprawdzić później kilka rzeczy telefonicznie. Wojsko niechętnie udzielało informacji, ona miała jednak swoje źródło. Ciotka Jane była majorem w wojskowym odpowiedniku działu kadr i służyła w Catterick, a ponieważ już wcześniej jej pomagała, teraz też zapewne podrzuci brakujące informacje. Gerry liczyła się z tym, że będzie ją to kosztowało obiad w dobrej restauracji, ponieważ ciotka Jane lubiła smacznie zjeść, ale wiedziała, że taka inwestycja się opłaci, a przy okazji miło spędzi czas.
Później Mark Vincent wypłynął jako kapral podczas wojny o Falklandy i miał wówczas dwadzieścia dziewięć lat, po czym znów zniknął i pojawił się ponownie w 1988 roku, gdy awansowano go do stopnia sierżanta, to jednak nie trwało długo i potem znów służył jako kapral. W 2000 roku, gdy miał czterdzieści siedem lat, trafił do Kosowa. Wszystko wskazywało na to, że jego kariera w armii do wybitnych nie należała, a informacje na temat przejścia do cywila były tak skąpe, że bezużyteczne. Czytając między wierszami, Gerry zgadywała, że powodem zwolnienia ze służby było w najlepszym wypadku niegodne zachowanie, w najgorszym zaś udział w masakrze niewinnych kobiet i dzieci. Liczyła, że czegoś więcej dowie się od ciotki Jane.
Przez kilka miesięcy w 2003 roku Vincent przebywał jeszcze w Basrze i to właśnie tam, w Iraku, ostatecznie się pożegnał z wojskiem w wieku pięćdziesięciu lat. Po tej dacie długie okresy bez choćby jednej wzmianki na jego temat mówiły Gerry więcej niż skąpe informacje. Wyglądało na to, że po rozstaniu z wojskiem Vincent wkroczył na drogę przestępczą. Między 2008 a 2010 rokiem odbywał krótką karę więzienia za włamanie, potem jeszcze jedną, tym razem dłuższą, za podpalenie. W 2012 roku na zlecenie właściciela upadającego przedsiębiorstwa podpalił wtedy siedzibę jego firmy w zamian za udział w wyłudzonym w ten sposób odszkodowaniu. Był też podejrzewany o przemycanie młodych dziewcząt z Bałkanów do domów publicznych, ale policja nie miała wystarczających dowodów, żeby postawić go za to przed sądem. Z więzienia wyszedł w styczniu 2016 roku niedługo po tym, jak Frank Dowson został skazany za zamordowanie Wendy Vincent.
Jenny Fuller potrafiłaby zapewne wyciągnąć jakieś wnioski, gdyby Gerry zebrała więcej informacji na temat biografii Vincenta. Jednak to, co najważniejsze, Gerry już miała. Jeśli wszystko pójdzie jak trzeba, to ciotka Jane powie jej coś więcej o przebiegu służby wojskowej Marka Vincenta, a dokumentację dochodzeń w sprawie popełnionych przez niego przestępstw z pewnością znajdzie w archiwum policji West Yorkshire. Na jej prośbę Banks zgodził się namówić komisarza Blackstone’a, żeby pogrzebał w tamtejszych archiwach. Gerry zaczynała myśleć, że szef tak samo jak ona uważa, że Mark Vincent jest tym, którego szukają, i że przebywa gdzieś w ich zasięgu.
Być może najważniejszym ustaleniem tej kwerendy było odkrycie, że Vincent ma przestępczą przeszłość, co znaczyło, że jego zdjęcie jest dostępne w internetowej bazie danych policji.
Gerry pomyślała, że popołudnie w pracy może uznać za całkiem udane. Odsunęła się od monitora i zanotowała jeszcze kilka uwag.
Okazało się, że Ken Blackstone nadal uwielbia curry, z kolei Banks zauważył, że im jest starszy, tym jego żołądek gorzej znosi pikantne potrawy, pamiętał więc, żeby połknąć tabletkę na trawienie, zanim się wybrał do hinduskiej restauracji przy Burley Road na południowych obrzeżach dzielnicy zamieszkałej głównie przez studentów Uniwersytetu w Leeds. Na początek zamówili po piwie i samosę, potem vindaloo dla Blackstone’a i jagnięcinę korma dla Banksa, do tego aloo gobi, ryż i dużo chleba naan. Za oknem w mokrej jezdni odbijały się lampy uliczne, a przejeżdżające auta wzniecały fontanny wody. Wewnątrz przenikały się zapachy kuminu, kardamonu i kolendry, które szybko sprawiły, że Banks zapomniał o początkowych zastrzeżeniach, na wszelki wypadek jednak poklepał się po kieszeni, żeby sprawdzić, czy na pewno są tam tabletki. Mogły się jeszcze przydać. Blackstone się uśmiechnął.
– Śmiej się, śmiej – powiedział Banks. – Nie mamy żeliwnych żołądków.
– To prawda, nie mamy.
– Na zdrowie. – Stuknęli się szklankami.
– Co cię sprowadza do naszego pięknego miasta? – zapytał Blackstone.
Banks opowiedział mu historię Martina Edgewortha i zamordowanej przed laty przyjaciółki matki panny młodej.
– Czyli Edgeworth nie był sprawcą?
– Myślę, że nie. Został wrobiony.
– I rozwiązaniem sprawy jest to morderstwo sprzed lat?
– Niewykluczone. W każdym razie może nas naprowadzić na właściwy trop. Początkowo byłem sceptyczny. Gerry potrafi się czasem zafiksować na jakimś nowym pomyśle. Ale jest bystra i ma instynkt.
– Jak mogę ci pomóc?
– To wszystko się działo na twoim terenie, jeszcze zanim zacząłeś służbę. Może słyszałeś o Franku Dowsonie.
– Oczywiście. Zgwałcił i zamordował nastoletnią dziewczynę w sześćdziesiątym czwartym. Jedna z uśpionych spraw, które rozwiązaliśmy po latach.
– No właśnie.
– Ale on nie żyje – dodał Blackstone. – Zmarł w więzieniu w marcu ubiegłego roku.
– Wiem o tym. Ale chodzi mi nie o niego, lecz o brata ofiary.
– Brata Wendy Vincent?
– Tak, Marka. Miał wówczas jedenaście lat.
Blackstone odgryzł kawałek samosy i popił go piwem.
– Dlaczego dopiero teraz, po tylu latach?
– Dużo o tym myślałem – powiedział Banks. – To było jedno z moich głównych zastrzeżeń do teorii Gerry. Ale ludzie chowają urazy przez długi czas. Uczucia się zaogniają. Potem wystarczy jeden mały powód, a tutaj powodów było nawet kilka.
– Proces sprawcy?
– To też. – Banks zrelacjonował przebieg rozmowy z Michaelem Charltonem i opowiedział, jak Wendy czekała na Maureen na przystanku autobusowym. – Potem namierzyłem jeszcze jednego członka dawnego gangu. Facet się nazywa Ricky Bramble. Dziś jest szczęśliwym emerytem i zajmuje się swoją działką.
– Powiedział coś ciekawego?
– To, co wcześniej Charlton, że jego siostra rozmawiała z Wendy Vincent na przystanku autobusowym. Tak samo opisał reakcję Marka Vincenta podczas spotkania w pubie i potwierdził, że Vincent miał bzika na punkcie starszej siostry.
– Nikt nie ma bzika na punkcie swojej starszej siostry, możesz mi wierzyć. Wiem, bo mam dwie.
Banks się zaśmiał.
– Wszyscy wiedzieli, że Wendy bardzo się opiekowała swoim młodszym bratem, troszczyła się o niego. Na rodziców nie mógł liczyć, zwłaszcza kiedy pili, a pili często. Wendy wzięła go pod swoje skrzydła. Chroniła go. Wygląda na to, że zachował pamięć o niej przez wszystkie te lata. Bramble powiedział, że nie tylko zaraz po morderstwie, ale też podczas spotkania niecały rok temu Mark opowiadał o miejscach, które odwiedzał razem z Wendy, o kryjówkach, które mieli przed rodzicami, o dobroci, którą mu okazywała na co dzień, jak go rozśmieszała i okazywała mu niemal anielską dobroć. W portfelu nosił jej zdjęcie. Wyobrażał sobie nawet, jak wyglądałaby dzisiaj, gdyby żyła. Raczej upiorne, sam przyznasz. Ricky Bramble potwierdził też, że portret pamięciowy może przedstawiać wygląd Vincenta sprzed roku.
– Czyli brat idealizował ją po śmierci?
– Tak – zgodził się Banks. – Coś jak Thomas Hardy swoją pierwszą żonę Emmę. Przez lata praktycznie nie rozmawiali, ale gdy zmarła, napisał piękne wiersze o nich sprzed lat, gdy się w sobie zakochali i wyruszyli w podróż wzdłuż wybrzeża Kornwalii.
Wypowiadając te słowa, Banks pomyślał o Emily Hargreaves. Czy tak samo traktował ją mimo tego, co usłyszał od Julie Drake? Zapewne. Z całą pewnością nie potrafił jej winić za to, co zrobiła przed laty, choć jej decyzja go bolała, a gdy o niej myślał, miał przed oczami młodą i piękną kobietę, pierwszą dziewczynę, którą w życiu pokochał. Co prawda życie potrafi przynieść nieoczekiwane zmiany, ale zdawało mu się, że jego stosunek do Emily raczej się już nie zmieni. Była jedną z tych nielicznych kobiet, którym zawsze się życzy szczęścia, nawet jeśli źródłem tego szczęścia jest ktoś inny.
– W tym momencie Ricky Bramble opowiedział historię o Wendy i Maureen – kontynuował Banks. – Mark Vincent nigdy przedtem jej nie słyszał. Przeżył szok.
Banks przypuszczał, że to wystarczyło, żeby Maureen uznać za zdzirę, która poszła się pieprzyć z jakimś facetem w starym domu, zamiast jechać z przyjaciółką na zakupy, a przyjaciółka zapłaciła za to życiem. W oczach Marka Vincenta jego siostra była ideałem, dlatego Maureen została pariasem. Naprzeciwko anioła postawił dziwkę. Ponieważ Wendy była dla niego symbolem czystości, który hołubił w pamięci przez długie lata, w tej jednej chwili Maureen stała się ladacznicą, zdrajczynią i wręcz zabójczynią. W tej sytuacji kroplą, która przelała czarę, było ogłoszenie o ślubie. Maureen Tindall, matka szczęśliwej, bogatej i odnoszącej sukcesy modelki wydaje córkę za mąż za byłego żołnierza, ale nie pierwszego lepszego rezerwistę, tylko prawdziwego bohatera. Wszystko, czego Mark Vincent nigdy nie miał i nie doświadczył. To musiało boleć.
Banks sięgnął do swojej teczki.
– Gerry ustaliła, że Vincent był karany po przejściu do cywila. – Powiedział Blackstone’owi o wyrokach za włamanie i podpalenie oraz nieudowodnionym handlu żywym towarem we wschodniej Europie. – Ponieważ przestępstwa popełnił na twoim terenie, mam nadzieję, że masz coś na jego temat w archiwum. Interesuje mnie przede wszystkim dobra fotografia.
Blackstone przejrzał dokumenty.
– Jestem pewien, że mamy – powiedział. – Fotografujemy każdego, komu stawiamy zarzuty. Zdjęcie powinno też trafić do krajowej bazy razem z DNA i odciskami palców. Ale to z pewnością wiesz.
– Miałem nadzieję, że znajdziesz coś trochę lepszego od fotki z archiwum.
– Spróbować nie zaszkodzi, możemy coś mieć. W końcu tym razem nie pytasz o sprawę sprzed pół wieku, dla odmiany. Archiwum spraw z ostatnich lat mamy całkiem w porządku, a ja nawet nieźle się w nim orientuję.
Banks nabrał trochę kormy na kawałek chleba naan.
– W to nie wątpię – powiedział, kiedy przełknął. Pieczenie czuł od przełyku do żołądka, chociaż kelner zapewniał go, że sos jest łagodny. Popił chłodnym piwem.
– Na kiedy potrzebujesz tych informacji?
– Może być na jutro rano.
Blackstone żartobliwie zasalutował.
– Nie ma problemu, szefie. Jutro przydzielę temat jednemu z moich chłopców. Będziesz chciał skan, JPEG-a czy wysłać kuriera?
– Zdumiewająco szeroki wybór. Co jest najszybsze?
– Chyba format JPEG. Można przesłać mailem.
– To niech będzie.
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.
Banks wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Dziękuję, Ken. Jestem twoim dłużnikiem.
– Dodam do listy.
Przez chwilę jedli i pili w milczeniu, po czym Blackstone zamówił jeszcze po szklaneczce. Banks stanowczo potrzebował drugiego piwa, czuł silne pieczenie w żołądku. Nachos, które jadł ostatnio, wywołały taki sam skutek. Zastanawiał się, czy coś z nim jest nie tak. Może ma raka albo coś podobnego. Albo to serce. Czy przypadkiem zawał nie zaczyna się od uczucia zgagi? Może powinien zrobić badania. Z drugiej strony to mogła być zwyczajna niestrawność. Faktycznie, pieczenie zaczęło ustępować, jakby w reakcji na te myśli. Później weźmie jeszcze jedną tabletkę na nadkwasotę.
– No to teraz mi opowiedz o sprawach sercowych – powiedział Blackstone.
– Jakich sprawach sercowych?
– Wróbelki ćwierkają, że twoja profilerka wróciła. Jenny Fuller.
– Czy już żadna tajemnica się nie uchowa?
– Informacje szybko się rozchodzą, chłopie. Więc to prawda?
– Że wróciła? Tak. Nie było jej wiele lat, Ken. Dużo wody upłynęło.
– Och, tylko nie próbuj mnie spławić truizmami.
– Nie próbuję. Po prostu nie ma o czym mówić.
– Ale musisz wiedzieć, czy masz szansę.
– Nie wiem, Ken. Naprawdę nie wiem. Nie wiem nawet, czy chcę tę szansę mieć.
– Ale rozmawialiście o tym, prawda? Widzę, że tak. Sam wiesz, że od tego się zaczyna.
– Jeszcze się nie zaaklimatyzowała po powrocie, nie czuje pewnego gruntu pod stopami. No i się obawia, że nasz czas już minął.
– Co za pierdoły! Wątpię, czy akurat stopy interesują cię w niej najbardziej, chociaż kto wie? Różnie to bywa. Ale na twoim miejscu bym się pośpieszył, przyjacielu, bo jeśli nie, to ktoś cię ubiegnie. Z tego, co słyszałem, ona nadal jest całkiem w dechę babeczka.
– Całkiem w dechę babeczka? Chryste, Ken, całe lata nie słyszałem, żeby ktoś tak mówił. Ostatni raz chyba w szkole średniej. Całkiem w dechę babeczka!
– W porządku, poniosło mnie. Ale nie bądź głupcem i nie rezygnuj, zapamiętaj sobie moje słowa. Chyba że jesteś zbyt zajęty flirtowaniem z tą swoją poetką.
– Ona nie jest moją poetką i wcale z nią nie flirtuję.
– Gdyby nam czasu stało i miejsca na świecie... – zacytował Blackstone.
Banks się zaśmiał.
– No proszę, to kto tu jest wielbicielem poezji? – Zdał sobie sprawę, że czasem się zatraca w ponurych myślach i wspomnieniach, a ktoś taki jak Ken sprawiał, że znów mógł być sobą. Banks bardzo poważnie podchodził do życia i do pracy, ale umiał też się z siebie śmiać. Kusiło go, żeby opowiedzieć Blackstone’owi o Emily i o tym, co usłyszał od Julie Drake w ostatnią sobotę, ale emocje zdawały się jeszcze zbyt świeże, myśli zbyt intymne. Chyba nie mógłby jeszcze o tym rozmawiać. Może nawet nigdy się na taką rozmowę nie zdobędzie.
– To jeden z niewielu wierszy, które znam – wyznał Blackstone. – Kilka razy nawet recytowałem go na randkach, ale nigdy nie działał.
Skończyli jeść, zapłacili rachunek i jeszcze przez chwilę siedzieli nad drinkami. Wreszcie Blackstone powiedział:
– Oczywiście nie wracasz dziś do domu. Weźmiemy taksówkę, pojedziemy do mnie i napijemy się jeszcze przed snem. Właśnie kupiłem płytę, która może cię zainteresować. The Thomson Fields Marii Schneider. Dobry jazz. Znasz?
– Nie.
– Spodoba ci się. Chodźmy, bo robi się późno. Nie wiem jak ty, ale ja nie jestem już sową jak kiedyś. Rano, zanim wyruszysz w drogę powrotną, pojedziesz ze mną na komendę i zobaczymy, co da się znaleźć na temat twojego Marka Vincenta.
Banks dopił piwo.
– Brzmi jak całkiem dobry plan – powiedział.
Gerry jechała autostradą A1 na spotkanie z ciotką Jane. Było już ciemno, ale na drodze jeszcze się nie skończył wzmożony ruch wieczornych godzin szczytu. Wycieraczki pracowały na najwyższych obrotach, inaczej nie nadążyłyby zbierać z szyby błota pryskającego spod kół ciężarówek jadących przed nią. Zwalniając z powodu robót drogowych na północ od Scotch Corner, Gerry pomyślała, że prawdopodobnie przyjemniej jechałoby się drogą A167 przez Northallerton. Chociaż przestało padać, co bardzo ją cieszyło, po bokach drogi widziała światła odbijające się w tafli wody, tam gdzie powinny być pola. Robiło się niebezpiecznie. Ziemia była tak nasiąknięta, że nie przyjmowała już wody. Jeden ulewny deszcz, a wały i zabezpieczenia nie wytrzymają. Niżej położone tereny zostałyby wówczas zalane, trzeba by ewakuować całe ulice, a może nawet ginęliby ludzie.
Wjechała do wioski Hurworth-on-Tees i zaparkowała przy kościele naprzeciwko Bay Horse, gdzie się umówiła z ciotką Jane. Wiedziała, że to droga restauracja. Była tam kiedyś z potencjalnym chłopakiem, który usiłował jej zaimponować. Posiłek, owszem, okazał się imponujący, ale zalotnik niestety nie. Koleżanki zawsze jej powtarzały, że za bardzo wybrzydza, gdy chodzi o chłopaków, i żadnemu nie daje dość czasu, żeby naprawdę go poznać, ona jednak nie była zdesperowana i nie zamierzała się zadowalać drugim sortem. Z jej doświadczenia wynikało, że nie potrzeba wiele czasu, żeby rozpoznać drugi sort, ponieważ był drugi nie bez powodu.
Ciotka Jane czekała już przy stoliku, który Gerry zarezerwowała w ciepłej, skąpanej w miękkim świetle sali restauracyjnej. Pozostali klienci rozmawiali ściszonym głosem, a kelnerzy nie wprowadzali niepotrzebnego zamieszania. Gerry miała nadzieję, że się dowie czegoś interesującego. Była rozczarowana zdjęciem z policyjnego archiwum online. Owszem, przypominało mężczyznę narysowanego przez Raya Cabbota, ale podobieństwo nie było wielkie.
Ciotka Jane wstała z krzesła, żeby ją przywitać, pokazując swoje metr osiemdziesiąt siedem wzrostu. Gerry uważała się za wysoką przy nieco ponad stu osiemdziesięciu dwóch centymetrach i faktycznie, w pracy tylko Winsome Jackman nie była niższa, teraz jednak poczuła się niska. Ciotka Jane miała szerokie ramiona i pełną figurę, była wysportowana i silna, ale nie brakowało jej przy tym kobiecości. Gerry zauważyła, że kilku mężczyzn zerknęło na nią z uznaniem, gdy się podniosła. Ciotka wyglądała też dobre dziesięć lat młodziej niż na swoje pięćdziesiąt lat. Blond włosy upięła wysoko, przez co wydawała się jeszcze wyższa. Posągowa – ten przymiotnik przyszedł Gerry do głowy. Ubrana była nie w mundur, lecz prostą czarną sukienkę z niewielkim dekoltem i czerwoną kamizelkę zapinaną na guziki. Bransolety wokół jej nadgarstków dźwięczały jak dzwonki na wietrze, na szyi miała pojedynczy sznur pereł, a koła kolczyków były takiej wielkości jak trzeba. Gerry zachwycała się jej elegancją tak samo jak przed laty.
Jane nie była jej prawdziwą ciotką, nie łączyły ich więzy krwi. Przyjaźniła się z matką Gerry jeszcze w czasach szkolnych i przyjaźń przetrwała. Gdy Gerry chodziła do szkoły, nie widywała jej często, ponieważ, jak się później okazało, ciotka służyła zarówno w Afganistanie, jak i w Iraku, ale każda jej wizyta była jak Boże Narodzenie. Energia i entuzjazm, które ciotka Jane okazywała właściwie bez przerwy, wszystkim się udzielały. Przyjaciółki były w tym samym wieku, ale w oczach Gerry ciotka Jane była zawsze bardziej energiczna, weselsza i o wiele, wiele fajniejsza od matki. Dzisiaj Gerry zdawała sobie sprawę, że niesprawiedliwie oceniała swoją matkę, ale jako dziecko była bardzo podatna na wpływy. Ciotka Jane nauczyła ją kilku chwytów sztuk walki, które wykorzystała przeciwko chłopcom ciągnącym ją w szkole za włosy; ciotka Jane zabrała ją na przejażdżkę motocyklem i obiecała, że nigdy nie powie o tym jej matce. Ciotka Jane pomogła jej wybrać kolory, w których wyglądała najkorzystniej, a potem pokazała jej, jak używać szminki, tuszu do rzęs i kredki do oczu, jeszcze zanim otrzymała od rodziców oficjalne pozwolenie na stosowanie makijażu. Potem oczywiście ciotka Jane znów znikała w Afganistanie tak samo nagle, jak się pojawiała. Jednak rana nogi odniesiona podczas eksplozji improwizowanego ładunku wybuchowego położyła kres jej czynnej służbie – utykała jak Terry Gilchrist – armia zaś znalazła dla niej odpowiednią pracę za biurkiem, a ona chyba się cieszyła, że działania bojowe ma już za sobą.
– Za rzadko cię widuję – odezwała się ciotka Jane, gdy usiadły przy stoliku. – Stanowczo za rzadko. Dlaczego mnie nie odwiedzasz? Nie masz przecież daleko, skoro teraz jesteś w Eastvale.
– Wiem, przepraszam – odpowiedziała Gerry. – Wiesz, jak to jest. Nie dość, że nowa, to jeszcze dziewczyna... a praca ciężka.
Ciotka Jane się uśmiechnęła.
– Mnie nie musisz tego tłumaczyć – zapewniła. – Po prostu tęsknię za moją starą przyjaciółką Geraldine, to wszystko. Musisz częściej mnie odwiedzać.
– Chciałabym – powiedziała Gerry. Ciotka Jane była jedyną oprócz matki osobą, którą nazywała ją pełnym imieniem.
– Co u Tess... znaczy twojej matki? Z nią też się nie widziałam całe wieki.
– Wszystko dobrze.
– Nadal wykłada na politechnice?
– Teraz to uniwersytet – sprostowała Gerry. – Wszystkie politechniki przemianowano. Już kilka lat temu. Ale tak, wciąż pracuje.
– Ojciec nadal pisze testamenty?
Gerry się zaśmiała.
– Tak, on też pracuje.
– To dobrze. Aidan wciąż się w tobie podkochuje.
Gerry poczuła, że się czerwieni. Aidan był synem ciotki Jane. Jako nastolatkowie krótko ze sobą chodzili.
– Sądziłam, że się ożenił.
– Tak, tak, ożenił się – potwierdziła ciotka Jane. – Z Mariettą. Miła dziewczyna. Ale to mu nie przeszkadza tęsknić za tobą.
– Och, przestań! – poprosiła Gerry. – Zawstydzasz mnie.
– Zawsze łatwo było cię zawstydzić. Zajrzymy do menu? Napijesz się?
Jane miała już przed sobą szklankę czerwonego wina, a na stole stała otwarta butelka.
– Kropelkę – poprosiła Gerry. – Prowadzę.
Jenny nalała wina. Trochę więcej niż kropelkę, ale Gerry nic nie powiedziała.
– Gdybyś się zastanawiała, ja nie – powiedziała Jane. – To znaczy nie prowadzę. Jeden z przywilejów wysokiej szarży.
Stuknęły się kieliszkami i Jane włożyła okulary, żeby przejrzeć menu. Zdecydowały się na taką samą przystawkę, na mule duszone w białym winie z dodatkiem czosnku, ale różne dania główne: Gerry wybrała smażonego halibuta z czarnymi marchewkami oraz zestawem kremów, keczupów i sosów, Jane zaś wolała krwisty stek z sezonowanej przez dwadzieścia osiem dni polędwicy wołowej z ręcznie krojonymi frytkami, krążkami cebulowymi i warzywami. Złożyły zamówienie i wróciły do rozmowy.
– Pytałaś o Marka Vincenta – zaczęła Jane. – Mogę wiedzieć dlaczego?
Gerry pochyliła się do przodu i ściszyła głos. Umawiając się na to spotkanie, zdawała sobie sprawę, że jeśli chce poznać szczegóły, to sama też musi je zdradzić, ale też wiedziała, że ciotce Jane może ufać jak nikomu na świecie. A nawet jeszcze bardziej.
– Jest podejrzanym w sprawie, nad którą pracujemy.
Jane zmrużyła oczy.
– Tyle wiedziałam bez pytania – powiedziała. – Co to za sprawa? Tylko nie próbuj się wymigać.
– Morderstwo. Masowe morderstwo.
– Czerwony ślub?
– Ciii – syknęła Gerry, nerwowo się rozglądając na boki. – Tak.
Jane uzupełniła swój kieliszek i zaproponowała, że doleje też Gerry, ta jednak odmówiła.
– Pracujesz nad tą sprawą? Ekscytujące! Ale wydawało mi się, że dopadliście już sprawcę. Na ile pewne jest to podejrzenie?
– Na razie trudno powiedzieć. Dlatego chciałam porozmawiać z tobą.
– Wiesz, że nie mogę ci przekazać szczegółów? Bezpieczeństwo państwa i inne takie. Armia strzeże swoich tajemnic. Nie lubimy być rozliczani za nasze działania. Nie lubimy informować ludzi o tym, co robimy. Zawsze mamy w rękawie kartę zwalniającą z więzienia.
Gerry się zaśmiała.
– Wiem – stwierdziła. – Chciałabym więc usłyszeć to, co możesz mi powiedzieć o jego karierze wojskowej.
– Och, mogę ci powiedzieć naprawdę wiele. Dobrze się rozejrzałam po twoim telefonie, nawet rozmawiałam z ludźmi, którzy go znali. Jeśli ci to pomoże, zrobię to, ale pod warunkiem, że nikt nigdy nie pozna źródła tych informacji.
– Mogę to obiecać – zapewniła Gerry. – Może łatwiej ci będzie podjąć decyzję, jeśli powiem, że chcę tylko zyskać potwierdzenie, że podążamy właściwym tropem. Jestem tego całkiem pewna, ale nie mamy jeszcze twardych dowodów.
Jane zakręciła winem w kieliszku.
– Dobrze więc, mogę odpowiedzieć na twoje pytania. Mark Vincent nie był wyjątkowym przypadkiem. Owszem, miał problemy, ale kto ich nie ma?
– Czy wojsko poradziło sobie z tymi problemami? I co to były za problemy?
Jane westchnęła.
– Musisz zrozumieć, kochanie, że jesteśmy raczej tolerancyjni dla swoich. Jak wiesz, mamy wewnętrzny system dyscypliny, zasady i regulaminy. Mają nas chronić przed światem zewnętrznym, ale też służą nam do utrzymywania porządku we własnych szeregach, także przy użyciu kar. Mówiąc całkiem wprost, wszystko to, co ogłoszenia rekrutacyjne oraz przyjazne strony internetowe obiecują na temat kariery i czego tam jeszcze w wojsku, przestaje się liczyć podczas wojny. Ponieważ podczas wojny zadaniem żołnierza jest zabijać ludzi, a my wiele mu wybaczymy, jeśli się z tego zadania wywiązuje wyjątkowo dobrze.
– A Mark Vincent się wywiązywał?
– Przez większą część jego kariery wojskowej toczyliśmy z kimś wojnę. Jak wielu innych żołnierzy z podobnym przebiegiem służby Mark Vincent był świadkiem zdarzeń, których żaden człowiek nie powinien oglądać, a jednak wytrzymał. Nie sądzisz, że to wymaga poświęcenia i może wyrwać człowiekowi kawałek duszy? Kazaliśmy mu robić rzeczy, do których nikogo przyzwoitego nie powinno się przymuszać. Różne rzeczy można o nas powiedzieć, ale nie jesteśmy automatami. My też mamy sumienie, ludzkie uczucia, nawet współczucie. Przynajmniej na początku wojskowej kariery. Niektórzy z nas tracą je z upływem lat. Tak mogło być z Markiem Vincentem.
Podano mule i obydwie na chwilę przerwały rozmowę, rozkoszując się posiłkiem.
– Jaką opinię miał Mark Vincent? – zapytała Gerry.
Jane na chwilę zatrzymała w powietrzu rękę z widelcem.
– Mark Vincent trafił do nas jako niezrównoważony emocjonalnie młody człowiek. Miał w sobie dużo złości, a my nauczyliśmy go kanalizować złość i agresję. Jeśli się nad tym dobrze zastanowić, nie jest to nic nadzwyczajnego w wojsku. Większość z nas potrafi kierować agresję przeciwko wrogowi, gdybyś jednak zapytała, czy moim zdaniem jest typem człowieka, który potrafiłby ją zwrócić przeciwko komuś, kto jego zdaniem go zdradził albo kto go rozgniewał, to musiałabym odpowiedzieć, że tak. Ale to tylko opinia, którą opieram na kilkugodzinnej lekturze jego akt osobowych i rozmowach z kilkoma ludźmi na jego temat. No i oczywiście nie jestem psychologiem.
– Nie martw się, nie zamierzam cię cytować – przypomniała Gerry. – Czy był szkolony jako snajper?
Jane chwilę się wahała.
– Wojsko niechętnie ujawnia takie rzeczy, ale tak – przyznała w końcu. – Był doskonałym strzelcem i gotów był bez skrupułów zabijać obcych ludzi z dużej odległości. Grzechem byłoby go nie przeszkolić. I nie wykorzystać.
– Czy miał problemy psychiczne?
– Oczywiście, że miał. Pokaż mi żołnierza, który ich nie ma. Czasem problemy psychiczne bywają zaletą w służbie wojskowej. Oczywiście mamy psychiatrów i tak dalej, ale urazów psychicznych nie da się opatrzyć w szpitalu polowym tak samo jak ran postrzałowych czy po wybuchu improwizowanych ładunków. No i nasi psychiatrzy nie dostają dość czasu, żeby zaburzoną psychikę naprawić. Lata terapii? Nie ma mowy! Wielu żołnierzy nawet nie dostaje diagnozy. Na przykład ofiary stresu pourazowego.
– Czy Vincent cierpiał na zespół stresu pourazowego?
– Trudne pytanie. Myślę, że tak, a przynajmniej miał niektóre objawy. Nigdy nie postawiono mu diagnozy, bo nigdy nie spędził wystarczająco dużo czasu u psychiatry, ale opierając się na tym, co przeczytałam i co przekazali mi ludzie, powiedziałabym, że tak. W jednym z raportów znalazłam informację, że cierpiał na bóle głowy i bezsenność oraz miał problemy z kontrolowaniem emocji i nawiązywaniem trwałych kontaktów z innymi. Nadużywał też środków odurzających, co często towarzyszy zespołowi stresu pourazowego, ale też się zdarza podczas walki, co widać choćby w Czasie Apokalipsy.
Gerry nie oglądała Czasu Apokalipsy, nie chciała jednak się do tego przyznać przed ciotką Jane.
– Narkotyki? – zapytała
– W przypadku Marka Vincenta doktor podejrzewał przede wszystkim nadużywanie alkoholu, ale narkotyków nie da się wykluczyć. Powinnaś pamiętać, że większość tych spraw wyszła na jaw pod koniec jego służby wojskowej, tuż przed zwolnieniem do cywila. Nie został poddany kompleksowej ocenie psychiatrycznej.
– Między wierszami wyczytałam, że nie odszedł w glorii chwały – powiedziała Gerry.
– Poniekąd to prawda – potwierdziła Jane. – Ale wolimy się rozstawać w dobrej atmosferze, jeśli tylko da się to osiągnąć. Jestem pewna, że stosujecie taką samą politykę wobec policjantów. Nikt nie lubi krzykliwych tytułów w prasie, a Mark Vincent z całą pewnością odsłużył dość czasu, żeby się z nami taktownie pożegnać.
– Nie protestował?
– Nie. Przyjął pakiet, jak mówią w biznesie.
– Czy zwolnienie z wojska wiązało się z masakrą cywilów?
– Nic nie wiem o żadnej masakrze.
– Kosowo?
Ciotka Jane przez chwilę milczała.
– Nie od razu takie sprawy wychodzą na jaw, potem potrzeba czasu, żeby zbadać zarzuty i zakończyć śledztwo, tak samo jak u was w policji.
– Więc był winny?
Ciotka Jane tylko się uśmiechnęła.
– Myślę też, że nawiązał tam kontakty, które następnie wykorzystał w handlu żywym towarem – kontynuowała Gerry. – Zwłaszcza młodymi dziewczętami do domów publicznych.
– No cóż, nie będę zaprzeczała, że to się zdarza. Żołnierze kontaktują się czasem z elementem przestępczym.
– Wiem, że został awansowany do stopnia sierżanta. Jak mogło do tego dojść?
– A jak zwykle dochodzi do takich rzeczy? Złudne pozory. Ludzki błąd. Potrafił namawiać ludzi do działania, a to jedna z cech, których się wymaga od sierżanta. Zdolności przywódcze. Niestety, jak odkryliśmy zbyt późno, namawiał ludzi do działań, które przynosiły korzyść jemu samemu, nie wojsku jako całości. Pamiętaj, że nigdy nie miałam z nim osobistego kontaktu, wypowiadam się więc przede wszystkim jako zewnętrzny obserwator, opierając się na oficjalnych raportach oraz nieoficjalnych rozmowach z ludźmi, ale potrafię słuchać i wyciągać wnioski, dlatego powiedziałabym, że Vincent był czarującym manipulatorem, jeśli czegoś chciał. Łatwo też wpadał w złość.
– Jak to się przejawiało?
– Awantury w barach i tym podobne. Generalnie bójki. Ale znów trzeba pamiętać, że to nic niezwykłego dla żołnierza. Odnosił też sukcesy w boksie. W ringu był zdyscyplinowany i opanowany.
Skończyły mule i na stole wylądowały dania główne. Jedząc krwisty stek, Jane skończyła wino. Gerry wypiła tylko kilka łyków ze swojego pierwszego kieliszka. Przede wszystkim dlatego, że prowadziła auto, ale też dlatego, że bogaty bukiet czerwonego wina nie pasował ani do muli, ani do halibuta.
– W jakim był stanie, gdy się rozstawał z wojskiem?
– Nie mam pojęcia. Nie wiem też, co robił potem. Może mi opowiesz?
– Drobna przestępczość – powiedziała Gerry. – Napady, podpalenie, więzienie, prawdopodobnie też kontakt z ludźmi zajmującymi się handlem żywym towarem, o których wspominałam wcześniej.
– Wcale mnie to nie zaskakuje. Czegoś takiego mogłabym się spodziewać po lekturze jego akt. Ale przynajmniej armia dała mu kompas, którym mógł się kierować, ukształtowała zręby jego życia. Bez nich byłby zgubiony. Wiele razy widziałam ten typ ludzi. Trafiają do nas najczęściej dlatego, że kazali im rodzice albo policjanci, dając wybór między więzieniem a wojskiem. Gdy od nas wychodzą, zazwyczaj w końcu trafiają do więzienia.
– Sądziłam, że wojsko ma robić mężczyzn z chłopców.
– Z gówna bata nie ukręcisz, Geraldine. Powinnaś o tym wiedzieć, skoro pracujesz tam, gdzie pracujesz.
– Ale były jakieś incydenty, prawda? Kiedy służył w Iraku.
– Tak, w Basrze. – Jane skończyła stek i odsunęła talerz. Skończyła już wino, ale zdawało się, że alkohol na nią nie działa. – Ale jak sugerowałam wcześniej, ciążyła na nim głównie sprawa z Bałkanów. W Iraku to były głównie drobne przestępstwa. Czarny rynek i tego typu rzeczy.
– A w Kosowie?
– Inne rzeczy. Ale dużo było plotek. Większość się nie potwierdziła.
– Co to były za rzeczy?
– Chodziło o to, że był brutalny wobec kobiet. Określonej grupy kobiet. Krążyły plotki, że kiedyś pobił prostytutkę. Było kilka niewyjaśnionych morderstw. Żadnego z nich nie dało mu się udowodnić, ale z perspektywy czasu... W każdym razie Mark Vincent stał się dla nas obciążeniem. Można by argumentować, że ta decyzja powinna była zapaść wcześniej, ale... Cóż mogę powiedzieć. Z perspektywy czasu wszyscy jesteśmy wizjonerami.
– Jaki miał problem z kobietami?
– Ten sam, co wielu innych mężczyzn. Uważał, że kobiety to zdziry. Z wyjątkiem jego ukochanej siostry. Ta była dla niego aniołem.
– Skąd o tym wiesz?
– Wśród ludzi, z którymi rozmawiałam, był jego dawny znajomy. Twierdził, że Mark Vincent ciągle o niej opowiadał, pokazywał jej zdjęcie. Zdaje się, że siostra zmarła, gdy jeszcze był małym chłopcem. Czy to ważne?
– Tak. Podejrzewamy, że sprawa, którą prowadzimy, może być związana ze śmiercią jego siostry.
– Jak?
Kelner przyniósł kartę deserów. Jane przejrzała ją i wybrała mus serowo-waniliowy, Gerry zaś zdecydowała się tylko na herbatę ziołową. Jane rzuciła jej współczujące spojrzenie.
– Och, Geraldine, Geraldine – jęknęła. – Co my z tobą zrobimy?
Gdy wrócił kelner, Jane zamówiła mus i podwójny koniak. Gerry pomyślała o rachunku i przełknęła.
Gdy kelner odszedł, Gerry opowiedziała ciotce, co się stało z siostrą Marka Vincenta i jaką rolę odegrała w tym Maureen Tindall.
– Oczywiście doszedł do wniosku, że gdyby Maureen przyszła na spotkanie, to jego siostra by nie umarła? – zapytała ciotka.
– Tak przypuszczam.
– Czyli w jego oczach była tak samo odpowiedzialna za śmierć jego siostry jak sam morderca?
– Zdaje się, że tak.
– To wystarczyło, prawda?
– Wiele na to wskazuje. Ale nie mów o tym nikomu, ciociu. To tylko podejrzenie. Nie powinnam o nim mówić.
Jane położyła dłoń na jej ramieniu.
– Nie martw się, moja droga, umiem dochować tajemnicy. Czegoś tu jednak nie rozumiem. Czytałam oczywiście o tym ślubie i jeśli dobrze pamiętam, matka panny młodej przeżyła.
– Tak. Ale zabił jej jedyne dziecko.
– Wielki Boże – wyszeptała Jane. – Jakże mało wiemy o ludziach!
Gerry pomyślała, że to prawda. Przyniesiono deser razem z podwójnym koniakiem i herbatą rumiankową. Ciotka Jane natychmiast zaczęła jeść. Gerry sączyła herbatę, obserwując ją z zafascynowaniem. Chyba nie spotkała nikogo, kto jadłby z tak wielkim apetytem.
– Co zamierzacie zrobić? – zapytała Jane.
– Teraz? Najpierw musimy go znaleźć.
– Zna teren. Przez lata spędził trochę czasu w Catterick.
– No tak.
– I potrafi sobie radzić. Przeszedł wszystkie szkolenia surwiwalu. No wiesz, na przykład był desantowany gdzieś w górskim rejonie Szkocji tylko z batonikiem Mars i kompasem. Tego typu rzeczy. Zaliczył śpiewająco. Gdyby musiał, gotów byłby pewnie zamieszkać w skrzyni na dnie jeziora i jeść żwir na śniadanie.
– Dziękuję za tę uwagę, ciociu Jane. Po wyjściu z wojska spędził sporo czasu w więzieniu, pewnie więc stracił sporo formy.
– Tylko cię informuję, z kim masz do czynienia. Dodaj do tego umiejętność zabijania, którą posiadł w wojsku. Postępuj ostrożnie. I wydaje mi się, że mogłabyś już dać sobie spokój z tym ciotkowaniem.
Gerry się zgodziła, choć wiedziała, że w myślach Jane na zawsze pozostanie dla niej ciotką Jane.
– Mój kierowca pojawi się dopiero za czterdzieści pięć minut, mogę więc wypić jeszcze jeden koniak – oznajmiła Jane, patrząc na Gerry. – A ty umilisz mi oczekiwanie opowiadaniem o pracy w policji. Na pewno nie dasz się skusić na coś mocniejszego od herbaty ziołowej?
– Wezmę kawę bezkofeinową – powiedziała Gerry słabym głosem.
– Zaszalałaś. Byłabym zapomniała – powiedziała Jane, sięgając do swojej torebki. – Mam dla ciebie zdjęcie Marka Vincenta. Nie jest najlepszej jakości, obawiam się, i najświeższe też nie jest, ale niczego lepszego nie udało mi się znaleźć w tak krótkim czasie.