2

Paul dotarł do farmy O’Keefe’ów tuż przed zakończeniem lekcji, ale oczywiście nie odważył się pokazać Helen, tylko zaczekał na najbliższym rozstaju na inne dzieci z Kiward Station. Marama ucieszyła się na jego widok, uśmiechnęła i bez zadawania jakichkolwiek pytań wsiadła za nim na kucyka.

Tonga przyglądał się temu z zaciętą miną. Irytowało go to, że Paul miał własnego konia, a on musiał pokonywać daleką drogę do szkoły piechotą albo mieszkać w czasie roku szkolnego w gościnie u innego plemienia. Z reguły wolał to pierwsze rozwiązanie, bo lubił trzymać rękę na pulsie i nie chciał nawet na chwilę tracić z oczu swojego największego wroga. Ale najbardziej bolała go sympatia, jaką Paulowi okazywała Marama. Odbierał jej przyjazny do niego stosunek jako zdradę. Poglądu tego nie podzielał jednak nikt z dorosłych w jego plemieniu. Dla Maorysów Paul był mlecznym bratem Maramy, którego wręcz powinna kochać. Nie traktowali pakeha jako wrogów, a zwłaszcza ich dzieci. Ale Tonga patrzył na sprawę inaczej. Ostatnio zaczął pożądać wielu rzeczy, które posiadali Paul i inni biali. On też chciałby mieć konie, książki i kolorowe zabawki i mieszkać w takim domu, jak dwór w Kiward Station. Jego rodzina i jego plemię, w tym Marama, zupełnie tego nie rozumieli, ale Tonga czuł się po prostu oszukany.

– Powiem pannie Helen, że byłeś na wagarach! – krzyknął za nimi, gdy Paul oddalał się kłusem. Ale chłopak tylko się roześmiał. Tonga zazgrzytał zębami ze złości. Rzeczywiście nie pójdzie ze skargą. Nie wypadało, żeby syn wodza zachowywał się jak donosiciel. Niewielka kara, jaką zapewne otrzymałby Paul, nie była warta takiego poniżenia.

– Gdzie byłeś? – zapytała Marama swoim śpiewnym głosem, gdy oddalili się od Tongi na wystarczającą odległość. – Pani Helen cię szukała.

– Odkrywałem tajemnice! – odparł Paul z powagą. – Nie uwierzysz, co odkryłem!

– Znalazłeś skarb? – zapytała Marama łagodnym tonem. Powiedziała to tak, jakby nie miało to dla niej większego znaczenia. Jak pozostałych Maorysów, niewiele obchodziły ją rzeczy, które pakeha uważali za wartościowe. Gdyby ktoś zaoferował Maramie grudkę złota lub jadeit, prawdopodobnie wybrałaby zielony kamyk.

– Nie, przecież mówię, że odkryłem tajemnicę! Chodzi o Rubena i Fleur. Oni to ze sobą robią! – Paul zamilkł, oczekując reakcji Maramy. Ale ona zachowała spokój.

– Ach, to. Ale ja wiem, że oni się kochają! Wszyscy to wiedzą! – stwierdziła swobodnym tonem. Prawdopodobnie uznała za oczywiste, że zakochanych łączy również fizyczna bliskość. Wśród maoryskich plemion panowała spora swoboda obyczajowa. Jeśli jakaś para kochała się na uboczu, nikt nie zwracał na to uwagi. Dopiero gdy kobieta i mężczyzna robili sobie wspólne posłanie w domu służącym wszystkim członkom plemienia za sypialnię, zaczynano uważać ich za małżeństwo. Odbywało się to bez żadnych fajerwerków i zwykle bez większego zaangażowania ze strony rodziców. Nie urządzano też raczej żadnych uroczystości weselnych.

– Ale oni nie mogą się ożenić! – zatryumfował Paul. – Bo mój dziadek i ojciec Rubena od dawna się nienawidzą.

Marama się roześmiała się.

– Ale przecież to nie pan Gerald ma się żenić z panem Howardem, tylko Ruben z Fleur!

Paul głośno wciągnął powietrze.

– Nic nie rozumiesz! Tu chodzi o honor rodziny! Fleur zdradza swoich przodków…

Marama zmarszczyła brwi.

– Co do tego mają przodkowie? Oni przecież czuwają nad nami i chcą dla nas jak najlepiej. Nie można ich zdradzić. Tak mi się przynajmniej wydaje. W każdym razie jeszcze nigdy nie słyszałam o czymś takim. Poza tym na razie nikt nie mówił o ślubie.

– Na razie! – stwierdził zjadliwie Paul. – Ale jak tylko opowiem dziadkowi o Rubenie i Fleur, to się zacznie mówić! Możesz mi wierzyć!

Marama westchnęła. Miała nadzieję, że nie będzie jej wtedy w wielkim domu, bo wciąż się bała, gdy pan Gerald się gniewał. Lubiła panienkę Gwyn, i Fleur właściwie też. Nie rozumiała, co Paul ma przeciwko niej. Ale pan Gerald… Marama postanowiła, że od razu uda się do swojej osady i tam pomoże przy gotowaniu, zamiast pomagać matce w Kiward Station. Może uda jej się przynajmniej ułagodzić Tongę. Patrzył na nią z taką złością, gdy wsiadała na konia Paula. A Marama nie znosiła, gdy ktoś był na nią zły.

Gwyneira czekała na syna w westybulu, który tymczasem przekształciła w rodzaj biura. W końcu prawie żaden gość nie zostawiał tutaj swojej wizytówki, by następnie czekać, aż gospodarze zostaną powiadomieni o jego obecności. Pokój można więc było wykorzystać inaczej. Nie bała się także reakcji teścia na swój pomysł. Gerald dawał jej wolną rękę co do niemal wszystkich decyzji dotyczących domu i nie sprzeciwiał się także wtedy, gdy mieszała się do spraw farmy. Właściwie doskonale im się współpracowało. I Gerald, i Gwyneira byli urodzonymi farmerami i hodowcami, a gdy kilka lat temu Gerald kupił trochę krów, wyklarował się wyraźny podział obowiązków. On zajmował się bydłem, a Gwyneira hodowlą owiec i koni. Mimo że Gerald był często zbyt pijany, żeby móc szybko podejmować decyzje w skomplikowanych sprawach, nie wspominano o tym ani słowem. Po prostu pracownicy farmy zwracali się do Gwyn, jeśli uważali, że w danym momencie rozmowa z właścicielem posiadłości nie byłaby wskazana, i zawsze uzyskiwali od niej jasne odpowiedzi. Ogólnie Gwyneira pogodziła się ze swoim losem, a przede wszystkim z Geraldem. Szczególnie odkąd znała historię o nim i o Howardzie, nie potrafiła już nienawidzić go tak zaciekle, jak przez pierwsze kilka lat po narodzinach Paula. Od dawna domyślała się, że nigdy nie kochał Barbary Butler. Jej ambicje, jej wyobrażenia o życiu w wielkopańskim dworze czy wychowywanie syna na dżentelmena mogły go zafascynować, ale ostatecznie raczej go zraziły. Gerald nie miał arystokratycznej natury, był karciarzem, rębajłą i poszukiwaczem przygód, przede wszystkim zaś zdolnym farmerem i człowiekiem interesu. Nigdy nie był i nigdy nie pragnął być taktownym „dżentelmenem”, z którym Barbara zawarła małżeństwo z rozsądku po tym, jak musiała zrezygnować ze swojej prawdziwej miłości. Gdy spotkał Gwyneirę, musiał uświadomić sobie, jakiej kobiety tak naprawdę pragnął. I bez wątpienia do szewskiej pasji doprowadzała go nieporadność Lucasa w stosunkach z małżonką. Gwyneira była niemal pewna, że Gerald musiał odczuwać wobec niej jakiś rodzaj miłości, gdy zabierał ją do Kiward Station, i że tamtej straszliwej grudniowej nocy nie tylko wyładował swoją złość na nieporadność Lucasa, ale także sprzeciw wobec tego, że od lat dla kobiety, której pożąda, jest niczym więcej jak „ojcem”.

Z czasem Gwyn doszła również do wniosku, że Gerald żałuje swojego uczynku, nawet jeśli słowo „przepraszam” nie mogło przejść mu przez usta. Nieumiarkowanie w piciu oraz rezerwa i pobłażliwość w stosunku do niej, a także do Paula, mówiły same za siebie.

Teraz uniosła głowę znad dokumentów dotyczących hodowli owiec i spojrzała na syna, który wpadł do pokoju.

– Halo, Paul! Dokąd się tak śpieszysz? – zapytała z uśmiechem. Ale jak zwykle nie potrafiła poczuć prawdziwej i szczerej radości z jego powrotu do domu. Zawarcie pokoju z Geraldem to jedna sprawa, ale sprawa z Paulem to zupełnie coś innego. Po prostu nie potrafiła go pokochać. Nie potrafiła kochać go tak naturalnie i bezwarunkowo, jak kochała Fleur. Jeśli chciała poczuć coś do Paula, musiała włączać swój umysł. Dobrze wyglądał z tymi swoimi niesfornymi brązowymi włosami o kasztanowym połysku. Po Gwyneirze odziedziczył ich kolor, ale nie strukturę. Zamiast kręconych loków miał gęstą czuprynę. Gerald do dziś wyróżniał się gęstymi włosami. Twarz Paula przypominała Lucasa, ale jego rysy były mniej miękkie, bardziej zdecydowane, a spojrzenie brązowych oczu było bezpośrednie i często ostre, a nie miękkie i rozmarzone. Był bystry, ale wykazywał talenty matematyczne, a nie artystyczne. Z pewnością będzie z niego dobry kupiec. I był bardzo zręczny. Gerald nie mógł wymarzyć sobie lepszego dziedzica dla swojej farmy. Ale Gwyneira zauważyła, że chłopiec nie ma wyczucia do zwierząt, a także do pracowników Kiward Station. Takie spostrzeżenia prędko jednak wyrzucała z głowy. Chciała dostrzegać w Paulu tylko to, co dobre, pragnęła go kochać, kiedy jednak na niego patrzyła, odczuwała to samo, co gdy patrzyła na przykład na Tongę. Miły chłopiec, bystry i z pewnością nadający się do swoich przyszłych zadań. To nie była ta głęboka i porywająca miłość, jaką odczuwała wobec Fleur.

Miała tylko nadzieję, że Paul tego nie zauważy, i zawsze starała się być wobec niego miła i cierpliwa. Teraz też chętnie wybaczyła mu, że zamierzał minąć ją bez powitania.

– Paul, czy coś się stało? – zapytała z troską. – Pokłóciłeś się z kimś w szkole? – Gwyn wiedziała, że Helen ma trudności z Paulem, wiedziała także o jego ciągłych utarczkach z Rubenem i Tongą.

– Nie, nic się nie stało, mamo. Muszę porozmawiać z dziadkiem. Gdzie on jest? – Paul nie zawracał sobie głowy uprzejmościami.

Gwyn spojrzała na wielki stojący zegar, który zajmował prawie całą ścianę westybulu. Do kolacji została godzina. Gerald z pewnością częstuje się już aperitifem.

– Tam, gdzie zwykle jest o tej porze – stwierdziła. – W salonie. A ty doskonale wiesz, że o tej porze lepiej się do niego z niczym nie zwracać. A szczególnie gdy ktoś jest taki brudny i nieuczesany jak ty. Lepiej posłuchaj mojej rady i najpierw idź do swojego pokoju i przebierz się, zanim pokażesz mu się na oczy.

Gerald od dawna nie traktował już obowiązku przebierania się do kolacji zbyt poważnie, a Gwyneira zmieniała suknię tylko wtedy, gdy wracała ze stajni. Tego dnia miała zamiar wystąpić na kolacji w tej samej popołudniowej sukni, którą nosiła przez cały dzień. Ale wobec dzieci Gerald potrafił być surowy. Ściślej mówiąc, o tej porze dnia tylko szukał powodu, żeby móc kogoś zbesztać. Godzina przed wspólną kolacją była pod tym względem najbardziej niebezpieczna. Kiedy podawano kolację, poziom upojenia alkoholowego Geralda był już tak wysoki, że nie był w stanie nawet porządnie się rozgniewać.

Paul się zastanowił. Gdyby od razu poszedł do Geralda z nowiną, ten z pewnością wybuchnie gniewem, ale nieobecność „winnej” popsuje cały efekt. Zdecydowanie lepiej było naskarżyć dziadkowi na Fleur w jej obecności, wtedy Paul miał szanse być świadkiem nieuchronnej sprzeczki. Poza tym matka miała rację. Jeśli Gerald rzeczywiście jest w złym humorze, to może nawet nie pozwoli mu dojść do słowa, tylko to na nim wyładuje swoją złość.

Chłopiec zdecydował więc, że rzeczywiście lepiej zrobi, jeśli najpierw pójdzie do swojego pokoju. Na kolacji zjawi się porządnie ubrany, a Fleur z pewnością się spóźni, a do tego wpadnie do jadalni w stroju do jazdy konnej. Wtedy on pozwoli jej tylko wydukać jakieś przeprosiny i wyskoczy ze swoją bombową nowiną! Zadowolony z siebie Paul wszedł po schodach. Mieszkał w pokoju po swoim ojcu, który był teraz zawalony nie przyborami malarskimi i książkami, lecz zabawkami i sprzętem wędkarskim. Chłopiec starannie przygotował się do kolacji. Nie mógł się jej doczekać.

Fleurette nie składała obietnic bez pokrycia. Jej suka Gracie rzeczywiście w mgnieniu oka zebrała zaginione owce, gdy tylko znaleźli je z Rubenem. A nie było to trudne, ponieważ młode tryki ruszyły w stronę gór, na pastwiska maciorek matek. Otoczone z jednej strony przez Gracie, a z drugiej przez Minette, bez oporu zawróciły jednak w kierunku farmy. Gracie nie znała się na żartach i natychmiast zapędzała każdego brykającego tryka z powrotem do stada. A było ono niewielkie i łatwe do nadzorowania. Dzięki temu Fleurette mogła zamknąć bramkę okólnika z trykami na długo przed zapadnięciem ciemności, a przede wszystkim na długo przed powrotem Howarda z folwarku, gdzie zajmował się resztką swoich krów. Powinien je już dawno sprzedać, ale wbrew radom George’a Greenwooda upierał się przy hodowli bydła jako drugiej gałęzi działalności farmy. Ale farma O’Keefe Station nie dysponowała odpowiednimi pastwiskami dla bydła, można na niej było hodować tylko owce albo kozy.

Fleurette sprawdziła położenie słońca. Nie było jeszcze późno, ale gdyby pomogła Rubenowi przy naprawie płotu, tak jak obiecała, nie dojechałaby na kolację bez spóźnienia. Co miało też swoje dobre strony. Dziadek zwykle zaraz po posiłku udawał się z ostatnią szklaneczką whisky do swoich pokoi, a mama i Kiri na pewno zostawiłyby dla niej coś do jedzenia. Ale Fleur nie lubiła, gdy z jej powodu służba musiała wykonywać jakąkolwiek dodatkową pracę. Poza tym nie miała ochoty spotkać Howarda, a już najgorzej by było, gdyby wróciła do domu w samym środku kolacji. Z drugiej strony nie mogła zostawić Rubena samego z płotem. Wtedy kolejnego dnia tryki z pewnością znowu wydostałyby się na wolność i powędrowały w góry.

Fleurette z ulgą przyjęła pojawienie się matki Rubena. Helen przyjechała na swoim grzecznym mule, przewidująco obładowawszy go najpierw narzędziami i drewnem do naprawy płotu.

Helen mrugnęła do Fleur.

– Jedź spokojnie do domu, Fleur, poradzimy sobie z tym – powiedziała z sympatią. – To bardzo miło, że pomogłaś Rubenowi w sprowadzeniu owiec z powrotem. Nie zasłużyłaś sobie na to, żeby jeszcze pogniewali się na ciebie w domu. A na pewno tak będzie, jeśli się spóźnisz.

Fleurette z wdzięcznością skinęła głową.

– Jutro znowu przyjadę do szkoły, panno Helen! – odparła. Była to wymówka, której wciąż używała, żeby móc codziennie być razem z Rubenem. Fleurette skończyła już naukę. Potrafiła dobrze rachować, czytać i pisać, przeczytała najważniejsze dzieła klasyków, choć nie w oryginale, jak Ruben. Fleur uważała znajomość greki czy łaciny za coś absolutnie zbędnego. Helen nie mogła więc nauczyć jej już niczego więcej. Po śmierci Lucasa Gwyneira przekazała szkole Helen pokaźny zbiór jego książek o botanice i zoologii. Fleur przeglądała je z wielkim zainteresowaniem, podczas gdy Ruben poświęcał się swoim studiom. W przyszłym roku będzie musiał pojechać do Dunedin, jeśli rzeczywiście chce studiować. Helen nawet nie chciała myśleć o tym, jak miałaby przekonać Howarda do planów syna. Poza tym nie mieli pieniędzy na studia i Ruben będzie musiał skorzystać z hojnej pomocy George’a Greenwooda. Przynajmniej dopóki nie wyróżni się tam na tyle, by móc uzyskać stypendium. W każdym razie studia w Dunedin oznaczały dla Fleur i Rubena rozstanie. Dla Helen ich uczucie było równie oczywiste jak dla Maramy i nawet rozmawiała już na ten temat z Gwyneirą. Właściwie obie matki nie miały nic przeciwko związkowi swoich dzieci, choć oczywiście bały się reakcji panów Wardena i O’Keefe’a. Zgodziły się, że mogą poczekać z tą sprawą jeszcze kilka lat. Ruben niedawno skończył siedemnaście lat, a Fleur nie miała jeszcze szesnastu. Helen i Gwyn jednomyślnie stwierdziły, że są jeszcze zbyt młodzi, żeby wiązać się na poważnie.

Ruben pomógł Fleurette założyć klaczy siodło, które wcześniej zdjęli, żeby móc we dwójkę jechać na jej grzbiecie. Zanim wsiadła na konia, ukradkiem ją pocałował.

– Kocham cię, do jutra – powiedział cicho.

– Tylko do jutra? – zapytała za śmiechem.

– Nie, aż po nieboskłon. Aż do gwiazd! – delikatnie pogłaskał jej dłoń, a ona uśmiechnęła się promiennie, odjeżdżając z farmy. Ruben patrzył za nią, aż ostatni błysk jej złotorudych włosów i równie barwnego ogona dereszowatej klaczy zlał się z pożogą zapadającego zmierzchu. Z zadumy wyrwał go dopiero głos Helen.

– Chodź już, Rubenie, płot sam się nie naprawi. Chyba wolisz skończyć, zanim ojciec wróci do domu?

Fleurette szybko popędziła konia i pewnie zdążyłaby punktualnie na kolację w Kiward Station. Ale w stajni nie zastała nikogo, komu mogłaby przekazać Minette do rozsiodłania, musiała więc sama się nią zająć. Gdy klacz była już rozczesana, napojona i odprowadzona do boksu pełnego siana, najprawdopodobniej podano już pierwsze danie. Fleurette westchnęła. Oczywiście mogłaby ukradkiem zakraść się do domu i w ogóle nie pokazać się na kolacji. Ale bała się, że Paul widział, jak wjeżdża na teren posiadłości. Widziała jakieś poruszenie w jego oknie, a on na pewno by ją zdradził. Postanowiła więc stawić czoła nieuniknionemu. W każdym razie dostanie coś do jedzenia. Po całym dniu spędzonym wysoko na pastwiskach bardzo zgłodniała. Postanowiła podejść do sprawy z optymizmem i z uśmiechem na ustach wkroczyła do jadalni.

– Dobry wieczór, dziadku, dobry wieczór, mamo! Odrobinkę się dzisiaj spóźniłam, bo troszkę przeliczyłam się z czasem, kiedy… kiedy…

Jakoś nie potrafiła wymyślić żadnej wymówki. A przecież nie mogła powiedzieć Geraldowi, że cały dzień spędzała owce Howarda O’Keefe’a.

– Kiedy pomagałaś swojemu ukochanemu szukać owiec? – zapytał Paul z sardonicznym uśmiechem.

Gwyneira się oburzyła.

– Paul, co ty opowiadasz? Czy zawsze musisz dokuczać swojej siostrze?

– Robiłaś to czy nie? – zapytał Paul z bezczelną miną.

Fleurette zaczerwieniła się.

– Ja…

– Z kim szukałaś owiec? – zainteresował się Gerald. Był już nieźle pijany. Może nawet nie zrobiłby Fleur żadnej strasznej sceny, ale coś w słowach Paula przyciągnęło jego uwagę.

– Z… Och, z Rubenem. Jemu i pannie Helen uciekło kilka tryków, więc…

– Jemu i jego cwaniakowatemu ojcu, chciałaś powiedzieć! – zadrwił Gerald. – Typowe dla starego Howarda! Zawsze był za głupi albo za skąpy, żeby dobrze ogrodzić zwierzęta. A ten jego wytworny synalek musi prosić dziewczynę, żeby pomogła mu spędzić owce…

Roześmiał się.

Paul zmarszczył czoło. Inaczej wyobrażał sobie przebieg tej rozmowy.

– Fleur robi to z Rubenem! – wyskoczył nagle, po czym nastąpiło kilka sekund pełnej zdumienia ciszy.

A potem najpierw zareagowała Gwyneira.

– Paul, o czym ty w ogóle mówisz! Proszę natychmiast przeprosić i…

– Chwi… chwileczkę! – Gerald przerwał jej niepewnym, ale donośnym głosem. – Co… co ten chłopak powiedział? Że ona… Że ona robi to z tym… Z chłopakiem O’Keefe’a?

Gwyneira miała nadzieję, że Fleurette po prostu zaprzeczy, ale wystarczyło na nią spojrzeć, żeby domyślić się, że w złośliwej uwadze Paula tkwi przynajmniej ziarno prawdy.

– To nie jest tak, jak myślisz, dziadku! – Fleur starała się go uspokoić. – My… Więc my… My oczywiście tego nie robimy, my po prostu…

– Nie? Co więc takiego robicie? – zagrzmiał Gerald.

– Ale ja ich widziałem, ja ich widziałem – zapiał Paul.

Gwyneira ostrym głosem nakazała mu milczenie.

– My… My się kochamy. I chcemy się pobrać – wyrzuciła z siebie Fleur. Teraz przynajmniej miała to za sobą. Nawet jeśli sytuacja nie była najbardziej odpowiednia na takie wyznania.

Gwyneira próbowała rozładować atmosferę.

– Fleur, mój skarbie, ty nawet nie masz szesnastu lat! A Ruben dopiero w przyszłym roku pojedzie na uniwersytet…

– Co chcecie?! – ryknął Gerald. – Pobrać się? Z tym pomiotem O’Keefe’a? Fleurette, czy ty zupełnie postradałaś rozum?

Fleur wzruszyła ramionami. Z pewnością nie można jej było zarzucić braku odwagi.

– O tym się nie da zdecydować, dziadku. Kochamy się. Tak już jest i nic tego nie zmieni.

– Już my się przekonamy, czy nic tego nie zmieni! – Gerald wstał. – Nigdy więcej nie spotkasz się z tym chłopakiem! Nie wolno ci wychodzić z domu! Koniec z tą całą szkołą. I tak się już zastanawiałem, czego ta kobieta O’Keefe’a może cię jeszcze nauczyć! Jadę zaraz do Haldon i porozmawiam sobie z tym O’Keefe’em! Witi! Przynieś moją flintę!

– Geraldzie, przesadzasz! – Gwyneira starała się zachować spokój. Może chociaż uda się jej przekonać Wardena, żeby zrezygnował z szalonego pomysłu rozprawienia się z Rubenem – a może Howardem? – jeszcze tego samego wieczoru. – Ona jest jeszcze dzieckiem i pierwszy raz się zakochała. Nie ma mowy o żadnym ślubie…

– To dziecko odziedziczy część Kiward Station, Gwyneiro! To oczywiste, że stary O’Keefe myśli o ślubie. Ale ja to wszystko ukrócę! A ty masz ją zamknąć. I to migiem! Nic do jedzenia jej się nie należy, ma pościć i żałować za swoje grzechy! – Gerald chwycił flintę, którą przyniósł mu przerażony Witi i zarzucił płaszcz. A potem w pośpiechu wybiegł na zewnątrz.

Fleurette chciała za nim pobiec.

– Muszę ostrzec Rubena! – wyrzuciła z siebie.

Gwyneira pokręciła głową.

– Skąd weźmiesz konia? Wszystkie ujeżdżone są w stajni, a żeby wsiąść bez siodła na któregoś z tych młodych i ruszyć w busz… Nie, na to ci nie pozwolę, Fleur, złamałabyś kark i sobie, i koniowi. Pomijając już to, że Gerald i tak odesłałby cię z powrotem. Niech mężczyźni załatwią to między sobą! Jestem pewna, że nikomu nic się nie stanie. Jeśli Gerald spotka starego O’Keefe’a, trochę na siebie pokrzyczą i najwyżej poobijają sobie nosy…

– A jeśli spotka Rubena? – zapytała pobladła Fleur.

– To go zabije! – ucieszył się Paul.

I to był błąd. Teraz na nim skupiła się uwaga matki i córki.

– Ty mały zdradziecki bękarcie! – krzyknęła Fleur. – Wiesz chociaż, co narobiłeś, ty podły szczurze? Jeśli Ruben zginie, to…

– Uspokój się, Fleurette, twój przyjaciel jakoś to przeżyje – Gwyneira starała się pocieszyć córkę, choć sama była przestraszona. Znała wybuchowy temperament Geralda, a poza tym był pijany. Liczyła na ugodowy charakter Rubena. Syn Helen na pewno nie da się sprowokować. – A ty, Paul, maszeruj do swojego pokoju. I nie pokazuj mi się przynajmniej do pojutrza. Nie wolno ci wychodzić z domu…

– Fleur też, Fleur też! – Paul nie potrafił się powstrzymać.

– To zupełnie coś innego, Paul – powiedziała Gwyneira surowym tonem i po raz kolejny nie była w stanie wykrzesać z siebie choćby iskierki sympatii dla dziecka, które sama sprowadziła na ten świat. – Dziadek ukarał Fleur, bo uważa, że zakochała się w nieodpowiednim chłopcu. A ja ukarałam ciebie za to, że jesteś złośliwy, że śledzisz innych i potem na nich donosisz. I na dodatek jeszcze się z tego cieszysz! Dżentelmeni tak się nie zachowują, Paulu Wardenie. Tak zachowują się tylko potwory! – już w momencie gdy wypowiadała te słowa, Gwyneira uświadomiła sobie, że Paul nigdy jej ich nie wybaczy. Ale nie potrafiła się powstrzymać. Wciąż jeszcze odczuwała nienawiść do tego dziecka, które narzucono jej siłą, które przyczyniło się do odejścia i śmierci Lucasa i które teraz robiło wszystko, żeby zniszczyć życie także Fleur, burząc jednocześnie chwiejną harmonię w rodzinie Helen.

Paul popatrzył na matkę i zbladł, widząc pustą otchłań w jej oczach. To nie był zwyczajny wybuch złości, jakie zdarzały się Fleurette. Gwyneira mówiła szczerze. Paul się rozpłakał, choć już ponad rok temu obiecał sobie, że będzie mężczyzną i nie będzie płakać.

– Długo mam czekać? Idź już! – Gwyneira nienawidziła za to samej siebie, ale nie potrafiła inaczej. – Idź do swojego pokoju!

Paul wybiegł bez słowa. Fleurette patrzyła na matkę zdumiona.

– Byłaś bardzo surowa – zauważyła trzeźwo.

Gwyneira drżącymi palcami chwyciła kieliszek z winem, ale potem zmieniła zdanie, podeszła do szafki i nalała sobie brandy. – Też chcesz, Fleurette? Chyba obie potrzebujemy czegoś na uspokojenie. I tak pozostaje nam tylko czekanie. Gerald w końcu wróci, chyba że po drodze spadnie z konia i skręci sobie kark.

Szybko wypiła kieliszek alkoholu.

– A jeśli chodzi o Paula… To jest mi przykro.

Gerald Warden pędził przez busz, jakby gonił go diabeł. Wściekłość na Rubena O’Keefe’a wręcz go rozsadzała. Do tej pory w ogóle nie dostrzegał we Fleurette kobiety. Wciąż była dla niego dzieckiem, małą córeczką Gwyneiry, miłą, ale niezbyt interesującą. Ale teraz rzeczywiście wyrosła, teraz tak samo dumnie odrzucała głowę, jak kiedyś siedemnastoletnia Gwyn, teraz odpowiadała z taką samą pewnością siebie. I Ruben, ten mały gówniarz, ośmielił się do niej zbliżyć! Do Wardenówny! Do jego własności!

Gerald uspokoił się nieco dopiero wtedy, gdy dotarł do farmy O’Keefe’ów i porównał skromne ogrodzenia, zabudowania gospodarcze, a przede wszystkim dom ze swoją posiadłością. Howard chyba nie myślał poważnie, że on pozwoliłby swojej wnuczce żyć w takim otoczeniu.

W oknie domu paliło się światło. Koń Howarda i muł stały na padoku przed domem. Ten bękart jest więc w domu. A jego niewydarzony synalek pewnie też, bo Gerald dostrzegł przy stole w chacie sylwetki trzech osób. Niedbale przywiązał wodze swojego konia do słupka i wyjął flintę z futerału. Jakiś pies rozszczekał się, gdy podchodził do domu, ale w środku nikt nie zareagował.

Gerald gwałtownym ruchem otworzył drzwi. Tak jak się spodziewał, Howard, Helen i ich syn siedzieli przy stole, na którym właśnie postawiono gorącą kolację. Wszyscy troje przestraszeni popatrzyli na drzwi, nie wiedząc, co robić. Gerald wykorzystał element zaskoczenia, wpadł do środka i rzucając się na Rubena, przewrócił stół.

– Karty na stół, chłoptasiu! Co ty wyprawiasz z moją wnuczką?

Ruben wił się w uścisku.

– Panie Warden… czy nie moglibyśmy… porozmawiać jak rozsądni ludzie?

Gerald aż spąsowiał. Tak samo w podobnej sytuacji zareagowałby jego własny niewydarzony syn Lucas. Uderzył. Po jego lewym haku Ruben przeleciał przez pół izby. Helen krzyknęła. W tym samym momencie na Geralda rzucił się Howard. Ale nie do końca skutecznie. Stary O’Keefe dopiero co wrócił z pubu w Haldon. Też nie był trzeźwy. Gerald bez problemu sparował uderzenie O’Keefe’a i ponownie skoncentrował się na Rubenie, który próbował podnieść się z krwawiącym nosem.

– Panie Warden, bardzo proszę…

Howard złapał Geralda mocnym uściskiem, zanim ten mógł ponownie zaatakować jego syna.

– Dobrze już! Porozmawiajmy jak rozsądni ludzie! – wysyczał. – Warden, co się takiego stało, że wpadasz tutaj i rzucasz się na mojego syna?

Gerald spróbował się odwrócić, żeby na niego spojrzeć.

– Co się stało? Ten twój przeklęty gówniarz uwiódł moją wnuczkę!

– Co takiego? – Howard puścił Geralda i zwrócił się do Rubena. – Natychmiast powiedz, że to nieprawda!

Twarz Rubena wszystko zdradzała, tak jak wcześniej mina Fleur.

– Oczywiście, że jej nie uwiodłem! – stwierdził. – Tylko…

– Tylko co? Troszeczkę rozdziewiczyłeś? – zagrzmiał Gerald.

Ruben był blady jak płótno.

– Bardzo proszę, żeby nie mówił pan w ten sposób o Fleur! – powiedział spokojnie. – Panie Warden, kocham pańską wnuczkę i ożenię się z nią.

– Co takiego? – ryknął Howard. – Rozumiem, że ta mała wiedźma zawróciła ci w głowie…

– Nigdy nie ożenisz się z Fleur, ty mały pucybucie! – wrzasnął Gerald.

– Panie Warden! Może postaramy się używać mniej drastycznych sformułowań – odezwała się Helen.

– I tak ożenię się z Fleur, bez względu na to co obaj macie przeciwko temu… – Ruben mówił ze spokojem i z pełnym przekonaniem.

Howard ruszył w kierunku syna i chwycił go za koszulę, tak jak przed chwilą Gerald.

– Teraz już się zamknij! A ty, Warden, wyjdź! Natychmiast. I pilnuj tej swojej małej dziwki. Nie chcę jej tu więcej widzieć, rozumiesz? Wytłumacz jej to, bo inaczej sam to zrobię, a wtedy już nigdy nikogo nie uwiedzie…

– Fleurette nie jest…

– Panie Warden! – Helen stanęła między mężczyznami. – Proszę już iść. Howard wcale tak nie myśli. A jeśli chodzi o Rubena… Wszyscy tutaj bardzo szanujemy Fleurette. Może dzieci parę razy się pocałowały, ale…

– Nigdy więcej nie tkniesz Fleurette! – Gerald zamierzył się, żeby kolejny raz uderzyć Rubena, ale zrezygnował, widząc, jak chłopak bezradnie zwisa w uścisku ojca.

– Nigdy więcej jej nie tknie, to ci mogę obiecać. A teraz wynoś się! Już ja z nim porozmawiam, Warden, możesz być spokojny.

Helen pomyślała, że chyba nie chce, żeby Gerald wyszedł. Słowa Howarda zabrzmiały tak groźnie, że dopiero teraz zaczęła tak naprawdę bać się o Rubena. Howard był zły już przed pojawieniem się Geralda. Po powrocie do domu musiał spędzić młode tryki, ponieważ płot naprawiony przez Helen i Rubena nie oparł się wolnościowym dążeniom młodych owiec. Na szczęście mógł je zapędzić do stajni, żeby znowu nie uciekły w góry. W każdym razie ta dodatkowa praca zdecydowanie nie poprawiła mu humoru. Gdy Gerald wyszedł z chaty, Howard popatrzył na Rubena morderczym wzrokiem.

– A więc zbliżyłeś się do małej Wardenówny – stwierdził. – I wciąż roisz sobie wielkie plany, co? Spotkałem właśnie w pubie tego maoryskiego chłopaka, a on, wyobraź sobie, pogratulował mi, że przyjęli cię na uniwersytet w Dunedin! Na wydział prawa! Tak, ty jeszcze tego nie wiesz, bo taką korespondencję prowadzisz za pośrednictwem swojego ukochanego wujka George’a! Ale ja ci to wybiję z głowy, mój chłopcze! Licz się ze mną, Rubenie O’Keefe, liczyć już przecież umiesz. A jeśli chodzi o studiowanie prawa, to zaraz nauczę cię jednego prawa. Oko za oko, ząb za ząb. Najpierw dostaniesz za owce!

Uderzył Rubena.

– A to za tę dziewuchę! – Prawy hak. – To za wujka George’a! – Lewy hak. Ruben osunął się na podłogę.

– A to za studia prawnicze! – Howard kopnął go w żebra. Ruben jęknął.

– A to za to, że uważasz się za kogoś lepszego! – Kolejne mocne kopnięcie, tym razem w okolice nerek. Ruben się skulił. Helen starała się odciągnąć od niego Howarda.

– A to dla ciebie, za to, że zawsze spiskujesz z tym gówniarzem! – pięść Howarda wylądowała na twarzy Helen. Przewróciła się, ale wciąż starała się osłaniać syna.

Ale Howard zaczął się opamiętywać. Otrzeźwił go widok krwi na wardze Helen.

– Nie jesteście tego warci… Wy… – wystękał i chwiejnym krokiem ruszył w stronę kuchennej szafki, w której Helen trzymała butelkę whisky. Takiej porządnej, drogiej. Częstowała nią tylko gości, przede wszystkim George’a Greenwooda, któremu zawsze po rozmowie z Howardem dobrze robiła odrobina alkoholu. Teraz Howard pił ją łapczywymi haustami prosto z butelki, a potem odłożył butelkę z powrotem do szafki. Ale gdy już miał zamknąć drzwiczki, zmienił zdanie i wziął ją ze sobą.

– Będę spać w stajni! – oznajmił. – Nie chcę na was patrzeć…

Helen odetchnęła, gdy wyszedł na zewnątrz.

– Ruben… Bardzo cię boli? Czy nic ci się nie stało?

– Wszystko w porządku, mamo – wyszeptał Ruben, ale jego wygląd świadczył o czymś zupełnie innym. Rany tłuczone nad jego okiem i ustami krwawiły, z nosa płynęło coraz więcej krwi i nawet nie miał siły usiąść. Lewe oko zaczęło puchnąć. Helen pomogła mu wstać.

– Chodź, położysz się do łóżka. Opatrzę cię – zaproponowała. Ale Ruben potrząsnął głową.

– Nie chcę kłaść się w jego łóżku! – odparł stanowczo i powlókł się do wąskiej pryczy obok kominka, na której sypiał w porze zimowej. Latem już od dawna sypiał w stajni, żeby nie przeszkadzać rodzicom.

Cały się trząsł, gdy Helen wróciła z miską wody i szmatką, żeby obmyć mu twarz.

– To nic, mamo… Mój Boże, mam nadzieję, że Fleur nic się nie stało.

Helen delikatnie osuszyła mu wargi z krwi.

– Fleur nic nie będzie. Ale jak on się dowiedział? Do diabła, powinnam była lepiej pilnować Paula!

– W końcu i tak by się dowiedział – powiedział Ruben. – I wtedy… Ale ja jutro stąd odejdę, mamo. Możesz być pewna. Nie zostanę w jego domu ani jednego dnia dłużej… – Pokazał w kierunku, w którym poszedł Howard.

– Jutro będziesz ledwie żywy – odparła Helen. – I nie powinniśmy podejmować żadnych pochopnych decyzji. George Greenwood…

– Wujek George nic tutaj nie pomoże, mamo. Nie pojadę do Dunedin. Pojadę do Otago. Tam jest złoto. A ja… Ja je znajdę i potem zabiorę stąd Fleur. I ciebie też. On… Nigdy więcej cię nie uderzy!

Helen nic nie odpowiedziała. Posmarowała rany syna maścią gojącą i siedziała przy nim, aż zasnął. Przypomniała sobie wszystkie te noce, które spędziła przy nim, kiedy był chory albo obudził się przestraszony złym snem i po prostu chciał, żeby była blisko. Ruben sprawiał, że była szczęśliwa. Ale Howard zniszczył i to. Tej nocy Helen nie spała.

Całą noc przepłakała.