Susan jest czymś zaniepokojona. Wiem, że tak jest, zanim jeszcze otworzy usta. Nie ma w tym niczego dziwnego ani nienaturalnego. Z czasem poznałem wszystkie znaki, niuanse, zmienne spojrzenia, dłonie, które poruszają się bezwiednie, jak przerażone ptaki, albo pozostają nieruchome. Prawie zawsze wiem, co ludzie powiedzą. To jeden z tysięcy sposobów, dzięki którym udaje mi się przeżyć. Kiedy jednak Susan mówi, nie słyszę jej. Widzę tylko jej szary kostium, farbowane na blond włosy, wodniste oczy i ślady jej codziennej pracy. Domyślam się tego po plamach po kawie na jej lśniącym, wytartym kostiumie.
Susan mieszka w Beltsville, Greenbelt, Glenn Dale. To jedno z niezliczonych typowych przedmieść, na których wszyscy mieszkamy. Jeździ fordem, a wszystko, co czyta, objęte jest klauzulą tajności. Jak wielu z nas przestała pić. Wszyscy pijemy albo za dużo, albo wcale. Niedzielne pączki i lurowata kawa w kościele metodystów. Pochwalne słowa na temat chórku, bezsensowne rozmowy o przedszkolu albo urlopach. Susan jest taka pospolita. To typowa Amerykanka, która ma około trzydziestu pięciu lat, dom, kredyt do spłacenia i co dwa lata zmienia samochód. Mąż, dwójka dzieci i ciężka harówka, żeby zarobić na ich naukę w college’u. Wszystko to jednak mieści się w pewnych ramach – a gra toczy się o wielką sprawę. Uważamy bowiem, że codzienność płynie zbyt powoli, zbyt monotonnie, że jest niezbyt ważna, a stawka zbyt mała.
Klimatyzacja chodzi na tak wysokich obrotach, że dostaję gęsiej skórki. W uszach nadal mi dzwoni od wybuchu i każdej strasznej nocy śni mi się białe światło i twoje potargane włosy. Budzę się zlany potem, niespokojny, zaplątany w prześcieradło, z poduszką przyciśniętą w ochronnym geście do brzucha.
– Oboje byli w samochodzie, prawda? – pyta Susan, siadając na krześle w moim maleńkim pokoju.
Kiwam potakująco głową. Zmuszam się, żeby spojrzeć jej w oczy. Nie wolno mi się zawahać, nie mogę mieć rozbieganego wzroku.
– Straszne – mówi Susan. – Naprawdę straszne. Tak mi przykro. Ale takie jest życie i taką mamy pracę. Wszystko ma swoją cenę. Wysoką cenę.
Nie wygląda na kogoś, komu jest naprawdę przykro. To dla niej tak samo obojętne, jak jej samochód, dom czy niedopasowane ubranie. Przestawiam krzesło i wyglądam przez okno. Patrzę na parking i cienkie, zielone drzewa po drugiej stronie ulicy. Trudno się nawet domyślić, że w pobliżu biegnie autostrada. Przez chwilę siedzimy w ciszy. Obserwujemy, jak drobinki kurzu tańczą w promieniach słońca, które wpadają przez okno do pokoju. Wiem jednak, że Susan nie zjawiła się tu po to, żeby złożyć mi kondolencje.
– Po co pojechałeś do Paryża? – pyta w końcu. – Dlaczego nie stawiłeś się w ambasadzie w Damaszku albo w Kairze?
Wzruszam ramionami, patrzę jej prosto w oczy.
– Bo taki był pierwotny plan – wyjaśniam. – Promem z Latakii do Larnaki, samolotem do Aten, nocnym pociągiem do Paryża. Miałem bilety z lotniska De Gaulle’a na lotnisko Dullesa, ale uznałem, że w tych okolicznościach lepiej będzie zameldować się w Paryżu.
– Po tym, co się stało… Czy nie lepiej było zrezygnować z samolotu i zamiast w Paryżu zgłosić się w Damaszku?
Jej głos robi się łagodny i przyjazny. Rzekomo jest tu po to, by się upewnić, czy można mi jeszcze ufać. Oboje wiemy jednak, że to pozory. Zawsze istnieje jakiś podtekst, inny powód, który wynika z jeszcze innego powodu.
– Wszystko wyjaśniłem na debriefingu. Bomba była przeznaczona dla mnie. Stosowałem się do przepisów i postępowałem zgodnie z instrukcjami do czasu, aż byłem pewien, że nikt nie odstrzeli mi głowy na parkingu ambasady.
Susan opiera się o krzesło i bębni lekko obrączką o stalowe oparcie. Przez pewien czas słychać tylko ten dźwięk i szum klimatyzacji.
– Przeceniasz Syryjczyków i ich sojuszników – mówi Susan. – Stać ich tylko na podłożenie bomby pod samochodem w Damaszku.
– Być może – odpowiadam. – Ale chciałem być po prostu pewien.
Susan kiwa głową, wygląda więc na to, że moje wyjaśnienia jej wystarczą. Do niczego nie może się przyczepić. Brak śladów. Mimo to wbija we mnie wzrok.
– Dopadniemy ich – mówi powoli. – Wiesz o tym. W Damaszku, Kairze albo Bejrucie. Tą sprawą zajmują się teraz wszystkie nasze biura na Bliskim Wschodzie. Trochę to potrwa, ale znajdziemy winnego. Możesz być pewien.
Potwierdzam skinieniem głowy. Myśl o zemście dopiero we mnie kiełkuje. Susan nachyla się w moją stronę. Inne spojrzenie, inny ton głosu.
– A informacja pozyskana od kontaktu operacyjnego? Chodzi mi o Firasa, miał wgląd w sprawy związane z syryjskim przetargiem na samoloty. Dostawy broni dla Syryjczyków? Czy te informacje przekazałeś w raporcie tylko mnie? Nie wspominałeś o nich na debriefingu? Albo gdzie indziej?
Kręcę głową.
– Umieściłem je tylko w raporcie dla ciebie – odpowiadam.
– Być może to błędny trop. Może ktoś go podsunął. Ale nie będziemy wzniecać niepokoju.
– Jestem świadom konsekwencji. Wszystko zostanie w raporcie.
Susan opiera się przez chwilę na krześle. Śledzi mój wzrok skierowany za okno. W końcu wstaje.
– Wszystko w porządku? – pyta.
Ton głosu, który się nie zmienia, niezależnie od liczby ofiar, o których mówi.
– Tak – odpowiadam.
– Weź sobie wolne do końca tygodnia. Idź popływać, zrób sobie drinka.
Widzę, jak przed wyjściem z pokoju Susan uderza dłonią o framugę drzwi. Wygląda mi to na gest zachęty. Jakby chciała mnie podtrzymać na duchu. Coś w rodzaju sympatii. Wie, że lubię pływać. Nie ma takiej rzeczy, której by o mnie nie wiedzieli.
Woda w miejskim basenie jest zbyt ciepła, ale i tak wolę go od basenu w Langley. Kiedy po każdym czwartym nawrocie się wynurzam, żeby nabrać powietrza, słyszę uczniów jakiejś szkoły. Mówią podniesionym tonem, ich głosy odbijają się niczym echo radaru od śmierdzących chlorem, wyłożonych kafelkami ścian. Robię kolejny nawrót, a potem jeszcze jeden. Kiedyś naprawdę dobrze pływałem. Miałem realną szansę na występ na olimpiadzie, miejsce w drużynie było w zasięgu ręki. Niestety, motywacji wystarczyło mi tylko do czasu rozpoczęcia studiów na Uniwersytecie Michigan. Ale wcale tego nie żałuję. Niczego nie żałuję. Gdybyśmy rozważali wszystko w kategorii „żalu”, nie zdołalibyśmy przeżyć. A przecież tak naprawdę w życiu chodzi tylko o przeżycie.
Wiem, że wiele rzeczy opiera się na kłamstwie. Ale przecież rzeczywistość nie jest doskonała: bez kłamstw od razu by się zawaliła. Kłamstwa to filary podtrzymujące most, pozwalają ci przejechać z jednego brzegu na drugi. Prawda nie istnieje.
Ale zanim wyszedłem z biura, poprosiłem o raport. Wiedziałem, że będzie objęty klauzulą tajności, co uniemożliwi mi dostęp do niego. Nigdy nie wolno nam czytać o sprawach, które nas dotyczą. Wiedziałem też, że jeśli mi go udostępnią, na pewno będzie zawierał kłamstwa. Niestety, moja prośba została odrzucona. Przyjąłem to z ulgą. Wolę nie wiedzieć, niż być okłamywanym.
Siedzę w brudnej przebieralni. Nogi mi drżą po godzinach spędzonych w basenie. Nagle czuję, jak zalewa mnie paraliżująca fala poczucia winy. Kiedy pływałem w basenie, trzymała się z dala ode mnie. W wodzie przez krótki czas nic mi nie grozi. Niestety, kiedy poczucie bezpieczeństwa mija, słyszę dźwięk zapuszczanego silnika i widzę maleńkie dziecko zasypane okruchami szkła i betonu.
Potem siedzę przed telewizorem i popijam drinka, Rusty Nail. Mój pokój jest nieprzytulny. W kącie stoi kilka kartonów. Są w nim same bezwartościowe rzeczy. Siedzę na nowej kanapie i oglądam w telewizji powtórkę meczu bejsbolowego, który w ogóle mnie nie obchodzi. Mieszkanie – nowoczesne pudełko z garażem w bezpiecznej odległości od uspokajającego szumu autostrady – pachnie farbami i klimatyzacją. Napinam mięśnie ramion. Przepłynąłem dziesięć kilometrów, dwa razy więcej niż zwykle.
Mecz kończy się w chwili, gdy nalewam sobie trzeciego drinka. Zmieniam kanał na inny. Akurat leci program z Johnnym Carsonem, ale żarty Richarda Pryora z Ronalda Reagana wcale mnie nie bawią. Nie interesują mnie. Wszystko jest takie banalne, takie powolne.
Od kiedy tu wróciłem, wszystko idzie zbyt wolno. A przecież jestem człowiekiem czynu. Strategie, analizy, ciągłe politykowanie w Langley, w Pentagonie, w D.C. Tymczasem moje obecne życie toczy się zbyt wolno. Dajcie mi inny paszport, inny język, inne życie. Wyślijcie mnie do Damaszku, Bejrutu, Kairu. Umiem nawiązywać kontakty, pielęgnować je przy szklaneczce słodkiej whisky albo dobrym cygarze. Potrafię przyrządzić tabbouleh2, co ma przypomnieć zaproszonym gościom, że wychowałem się w Aleppo. Nawet wtedy, gdy na granicy dochodzi do konfliktów, na balkonie mam zawsze najlepsze libańskie wino.
Na balkonie, w czasie romantycznego zachodu słońca, gdy powietrze przepełnia zapach jaśminu, a z dołu dochodzą strzępy rozmów prowadzonych przy kolacji przez dyplomatów, gangsterów i polityków, wymieniam się informacjami, które pomagają mi przetrwać. Przeprowadzam transakcje, dzięki którym zginie ktoś inny. Wynik jest zawsze remisowy. Idealna sytuacja to taka, gdy panuje status quo.
Nasi przełożeni od niedawna chcą, żebyśmy po powrocie spotykali się z terapeutami. Jakby sam debriefing nie wystarczył. Dochodzi do tego już pierwszego dnia, gdy mamy jeszcze świeżą opaleniznę, która odcina się wyraźnie na tle rtęciówek, telefonów, kopiarek i teleksów, gdy organizm odczuwa jeszcze skutki zmiany czasu i klimatu, gdy w mózgu nadal kołaczą się arabskie, rosyjskie i portugalskie słowa. Siedzimy więc i męczymy się na obowiązkowych sesjach, opowiadamy o tym, jak się czujemy po długich miesiącach przebywania w innym świecie, kraju i kulturze, z dala od autostrady prowadzącej do głównej siedziby „Firmy”, z dala od najbliższego KFC w drodze do domu i od nudy przepełniającej naszą codzienność.
Nie mówimy im oczywiście o tym, co chcieliby od nas usłyszeć. No bo jak tu opowiadać o tym, co robimy? Co powiedzieć? Że prowadziłem życie arabskiego biznesmena w Damaszku i handlowałem bronią? O banalnych tajemnicach i niewielkim wpływie wywieranym przez nas za pieniądze podatników, i oczekiwaniu na coś, co być może warte jest wysokiej ceny, jaką gotowi jesteśmy zapłacić? Albo o tym, że gdy już coś zwietrzyłem, zastygłem nagle jak przerażony zając na środku ruchliwej drogi i wszystko straciłem?
Mam o tym wszystkim opowiadać? Przecież nawet sam przed sobą się do tego nie przyznaję. Jak już zacznę o tym wszystkim mówić, to nigdy nie skończę. Jeśli zacznę myśleć, zginę.
Wiem za to, jak przeżyć, więc tylko się uśmiecham i zerkam na zegarek. Kiedy sesja się kończy, wstaję, zakładam anonimową granatową marynarkę i wjeżdżam na autostradę. Jadę do anonimowego pudełka, które na pewno nie jest moim domem. Czekam na stosowną chwilę i mam nadzieję, że kwarantanna dobiegnie kiedyś końca. Że któregoś dnia na moim biurku pojawi się teczka, a w niej dokumenty z moją nową tożsamością, bilety lotnicze i numer konta bankowego, żebym mógł zacząć nowe życie. Jedyną rzeczą, dla której żyję, jest kolejny ruch.