Płynę. Biorę oddech, później drugi i trzeci. Zamykam oczy i całkowicie się wyłączam. Żadnych myśli, żadnych wspomnień.
To dzień, w którym pływam. Oddech, później drugi i trzeci. Jestem jak torpeda pozbawiona ładunku albo ślepy nabój.
Zmieniam rytm, płynę bez oddechu przez cztery uderzenia ramionami. Potem pięć, sześć.
Po drugiej stronie basenu robię nawrót, przez moment dotykam stopami kafelków. Odbijam się i czuję przypływ nowych sił. Czuję to w stawach, w udach. Zostaję pod wodą dłużej, niż powinienem. Najpierw przez pół basenu, potem dłużej. Pokonuję barierę, poza którą energię odrzutu pochłania opór. I jeszcze dalej.
Zanurzam się, daję odpocząć nogom i rękom. Wypuszczam powietrze. Czuję ucisk w skroniach, słyszę bąbelki wypuszczane przez nos i usta. Powoli opadam na dno, dotykam go piersiami. Płuca kurczą się, spragnione powietrza.
Ale to nie pomaga. Nawet to. Myśli. Wspomnienia. Odmawiam modlitwę. Jedyną, jaką znam. Nic nie pomaga.
Kiedy jest już po wszystkim, kładę się na brzegu basenu. Hiperwentylacja. Oczy mi błyszczą z braku tlenu i wyczerpania. Przez wiązki nerwowe przemykają mi jakieś gwiazdki. Trzy godziny temu dowiedziałem się, jak nazywa się moja córka. Od trzech godzin nie mogę się już ukrywać przed przeszłością.
Siedzę w mojej maździe i czekam, aż coś na nią spadnie z nieba. Cokolwiek. Dłonie na kierownicy zaciskam z taką siłą, że aż zbielały mi kostki. Czuję, że jeśli ją puszczę, to natychmiast się rozkleję. Dochodzę do wniosku, że moc, która sprawia, że człowiek nie chce o czymś wiedzieć, jest naprawdę potężna, czasem nie do pokonania. Mój wstyd jest tak silny, że wciska mnie w fotel.
Siedziałem w Langley przed ekranem monitora i czytałem informacje na temat mojej córki, jej życia w Paryżu i Brukseli. Przeczytałem wszystko, do czego miałem dostęp. Niewiele tego było. Nic o nas, o przeszłości, o rodzinie. Zero informacji o tym dlaczego. Ani słowa o cieniach przeszłości. Znalazłem za to coś o jej arabskim facecie i broni z tłumikiem. W naszej bazie są pliki, do których nie mam dostępu. Hasła i dokumenty są chronione. Tajemnica na tajemnicy.
W schowku w moim samochodzie leży cienki beżowy skoroszyt, którego jeszcze nie otworzyłem. Jest moją jedyną szansą na uratowanie nie tylko jej, ale i siebie samego. To moja opowieść o jej przyszłości.
Idę po skutej lodem trawie i wsłuchuję się w chrzęst butów. Reflektory oświetlają granitową fasadę, pomalowane na biało drewno, wklęsłe kolumny imitujące styl kolonialny nad schodami z łupków. To prefabrykowany amerykański sen. Potiomkinowskie domy dla dolnego szczebla klasy średniej, którego na więcej nie stać. Symbol sukcesu, sprawiający wrażenie, że rozpadnie się pod wpływem pierwszego silniejszego podmuchu wiatru.
Stoję u podnóża schodów i wpatruję się w ciemne okna. W ręku trzymam beżowy skoroszyt. Jeszcze do niedawna byłem martwy jak złamana gałąź w nurcie historii. Uginałem się pod ciężarem przeciwności losu. Ale to już przeszłość. Ogarnia mnie dziwny spokój. Naciskam dzwonek.
Susan otwiera zaskakująco szybko, chociaż zbliża się północ. Nadal ma na sobie ubranie, w którym chodzi do pracy, spódnicę i bluzkę. Jest równie anonimowa jak każdy inny szef średniego szczebla zarządzania. Twarz ma spiętą, niezgłębioną, wyraźnie maluje się na niej napięcie. Ta twarz nie pasuje do tego domu. Może przed chwilą wróciła z biura?
Susan nalega, żebyśmy pojechali jej samochodem. Jedziemy więc w milczeniu szerokimi ulicami przedmieść, mijamy opadłe z liści klony, boiska do futbolu i baseballu, domy z pogaszonymi światłami i pozamykane budynki kompleksu McMansion, które uginają się pod ciężarem świątecznych ozdób.
Droga jest pusta, jedziemy w milczeniu, zahipnotyzowani dźwiękiem opon sunących po asfalcie. Ktoś dzwoni do radia i obwinia za wszystko prezydenta, muzułmanów, Sąd Najwyższy. Susan wciska jakiś przycisk na tablicy rozdzielczej i głosy w odbiorniku milkną. Jedziemy drogą 245 na południe, w kierunku Waszyngtonu. Susan siedzi wpatrzona w snop światła reflektorów. W jej gestach i zachowaniu wyczuwam coś ambiwalentnego. Może zmaga się z tajemnicami, kłamstwami, prawdą? Przerzuca je z jednej strony na drugą, żeby zachować równowagę?
W końcu zjeżdża z autostrady w kierunku Potomac Park i zatrzymuje się przy pomniku prezydenta Roosevelta. Wysiadamy z samochodu. Dźwięk zatrzaskiwanych drzwi niesie się echem po parku, dociera aż nad wodę. Powoli podchodzimy do pomnika. Sztuczne oświetlenie sprawia, że siedzący na wózku inwalidzkim prezydent przypomina upiora. Oboje trzęsiemy się z zimna, chłód bije od zatoki. Wokół nas stoją inne pomniki, które błyszczą i odbijają się w cichej, czarnej wodzie. Narcyz. Czy my też stajemy się takimi narcyzami?
– No to słucham – mówi w końcu. – O czym chciałeś ze mną porozmawiać?
Susan to drobna kobieta. Stoi przede mną wpatrzona w zatokę. Przychodzi mi na myśl, że uginamy się pod ciężarem wszystkich naszych kompromisów, nierozumnych decyzji. Ona może bardziej niż ja. Objęła kierownicze stanowisko, zanim jeszcze zaczęliśmy zatrudniać kobiety. Po ilu trupach musiała przejść, ilu przeciwników pokonać i rzucić na ofiarny stos, żeby wykorzystać nadarzającą się szansę?
Jestem opanowany, spokojny. Zdumiewa mnie to. Przechodzę do rzeczy.
– Kogo zamordowałem w Bejrucie?