To samo lotnisko, ale inne czasy. Drewno i szkło, a w środku Starbucks. Pewność siebie, której nie było widać ćwierć wieku wcześniej. Welcome to the capital of Scandinavia. Uśmiechnięci ludzie. To już nie pogrzeb, chociaż jest tak samo ciemno jak wtedy. Wsiadam do volvo i wyjeżdżam na autostradę, słyszę nad sobą huk samolotowych silników. Zmienił się nawet kształt samochodów. Nie są już tak kanciaste, tylko opływowe, mają zaokrąglone linie i przyciemniane szyby. Jestem w Szwecji, zamierzam się poruszać moimi dawnymi śladami. Niewykluczone jednak, że udam się dalej.
Jadę tym samym asfaltem przez ten sam gęsty las, przejeżdżam po tych samych mostach wśród wilgotnych pól. Wszystko jest tu takie samo, jak zapamiętałem, tylko ja jestem inny. To tutaj poniosę ostateczne konsekwencje swoich czynów. Podporządkuję sobie historię, nie stanę się jej niewolnikiem, narzędziem, cyfrą na nieskończonej matrycy zmiennych.
Jechałem tą drogą tylko jeden raz, przed dwudziestu pięciu laty, a mimo to ją zapamiętałem. Nie muszę nawet zerkać na GPS. Zaraz pewnie spadnie śnieg, więc zatrzymuję się i zamawiam kawę, żeby nie zasnąć. Jestem na stacji Shella, z ust wydobywa mi się para wodna, bułeczki cynamonowe są większe i słodsze. Kawa nie smakuje już jak lura, jest wymieszana ze spienionym mlekiem. Połowę wylewam do nowoczesnego pojemnika na śmieci, do którego wolno wrzucić tylko ten konkretny rodzaj odpadów. Na pojemniku znajdują się pisemne instrukcje dotyczące recyklingu. Wsiadam do samochodu i odjeżdżam prawie pustą o tej porze drogą. Z trudem zachowuję dozwoloną prędkość. Niecierpliwość, strach, brak czasu. Jestem ścigany, jakbym był jakimś przestępcą. Zaczynam wszystkiego żałować. Zastanawiam się, czy jest coś, czego nie żałuję.
Gdzieś na wysokości Norrköping zjeżdżam z autostrady na lokalną drogę. Pochłania mnie ciemność, która jest tak gęsta, że muszę zwolnić. Światła reflektorów z trudem przebijają się przez mrok. Każdy samochód, który mijam, to prawdziwa eksplozja wstrząsająca moim światem w chwili, gdy się mijamy. Nie powinno mnie to dziwić, ponieważ widywałem to już wcześniej. Ale moja historia jest nieprawdziwa, pełna konstrukcji, tłumaczeń i usprawiedliwień. Nawet moje wspomnienia dotyczące ciemności nie zgadzają się z rzeczywistością.
Tym razem skręcam przed Arkösund. Unikam tego, co oczywiste, co samo się narzuca. Nie jestem pewien, ile wiedzą o mnie moi wrogowie. Las robi się coraz rzadszy, potem jego miejsce zajmują skały i poskręcane krzaki. W świetle reflektorów błyszczą czarne okna w pustych o tej porze roku domkach letniskowych. Wiatr śpiewa w zetknięciu z karoserią, wycieraczki usuwają z szyby deszcz albo płatki śniegu. Gdyby zegar na desce rozdzielczej nie wskazywał, że jest późne popołudnie, mógłbym pomyśleć, że to środek nocy. W końcu kończy się asfalt i wjeżdżam na szutrową drogę, która prowadzi do pomostu. Powinna być do niego zacumowana łódź, uderzająca pod wpływem wiatru o drewniane pale.
Zwalniam i zatrzymuję samochód koło suchych trzcin. Naciągam kaptur na głowę i wysiadam. Pogoda jest naprawdę paskudna. Pochylam się nad bagażnikiem i otwieram zamek błyskawiczny torby, która leżała w środku i czekała, aż ją wyjmę. Ponownie sprawdzam stan pozbawionego numerów seryjnych szwajcarskiego karabinu automatycznego. Sprawdzam też magazynek. Wszystko jest w należytym porządku, więc zaczynam się ubierać – zakładam ciepłe spodnie, czapkę i wodoszczelne rękawiczki – i wyjmuję GPS, zawierający między innymi aplikację z mapą morską. Mam już w nim wytyczoną trasę.
Gumowa łódź znajduje się dokładnie tam, gdzie miała na mnie czekać. Leży wyciągnięta na ląd, w krzakach, dziesięć metrów od pomostu. Susan zadziałała szybko. Dobrze się spisała.
Kładę swoje rzeczy na dnie, a GPS mocuję przed sobą, przy drążku sterowniczym. Ściągam łódź na brzeg, śnieg drażni mnie w oczy. Wiatr hula nade mną i nad całą zatoką. Nawet tutaj fale są nocą spienione. Potem będzie jeszcze gorzej.
Patrzę na elektroniczną mapę i dokonuję korekt we wprowadzonej wcześniej trasie, żeby nie wypłynąć na otwarte morze. Dopiero za drugim razem udaje mi się wejść do łódki, która kręci się na wietrze. Zdejmuję rękawiczkę i wsuwam rękę pod kurtkę. Zmarzniętymi palcami szukam zamka błyskawicznego. Rozsuwam go i czuję w palcach srebrny wisiorek. Ma już tyle lat. Na chwilę nachodzi mnie pokusa, żeby go wyjąć i jeszcze raz nań spojrzeć. Dawno tego nie robiłem. Niestety, jest zbyt ciemno, a na dodatek wieje porywisty wiatr. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby go zgubić. To mój talizman. Zapinam kurtkę i odbijam od brzegu. Na morzu panuje taka sama ciemność jak na lądzie. Widzę tylko wyświetlacz GPS, na którym pojawiają się kolejne odcinki trasy.