Nie odpowiadam na jej pytanie. Nie znam odpowiedzi. Nie potrafię odnaleźć właściwych słów. Myślę tylko o tym, że prawda mnie w końcu dopadła, że kłamstwo nigdy nie jest doskonałe. Jej twarz nosi ślady tego, co przeżyła, ale jest piękna. Dostrzegam w niej też coś nieubłaganego, ostrego i zdecydowanego, co wprawia mnie w zakłopotanie. Rodzaj bezkompromisowości, której nie odnajduję nawet u siebie. To najwidoczniej wyłącznie jej cecha. Za wszelką cenę staram się unikać jej wzroku.
Nie mam nic do powiedzenia, więc podchodzę do okna, z którego widać szkiery. Wpatruję się w ciemność. Nie mamy pojęcia, gdzie są nasi wrogowie.
– Kto wie, że tutaj jesteście? – pytam, nie odwracając się od okna.
Moje własne odbicie w szybie miesza się z jej odbiciem. Włosy ma krótkie, byle jak przystrzyżone i źle ufarbowane. Amatorskie przebranie i dlatego widać, że jej włosy mają taki sam ciemny odcień, jak kiedyś moje, a jej skóra jest moją skórą.
Kręci głową, odsuwa z czoła kosmyk włosów, wzrok ma rozbiegany. Obserwowanie jej nerwowych gestów sprawia mi ból. Tak zachowują się ludzie ścigani, ogarnięci paranoją. Czy znam lepiej jakiekolwiek inne zachowanie?
– Nikt – odpowiada. – Nikt nie wie, że tu jesteśmy.
Odwracam się do niej. Nie czas teraz na takie filozofowanie.
– Naprawdę? Przecież was znalazłem. Twój dziadek też wiedział, gdzie jesteście. Skup się i pomyśl. Kto wie, że tu jesteś?
Moje słowa brzmią zbyt twardo. Używam tonu, którym posługujemy się w czasie przesłuchań. Twarz jej tężeje, głos robi się spokojny, ale daje się w nim wyczuć jakiś żar.
– A kim pan, do cholery, jest, żeby zadawać mi takie pytania? Nawet nie wiem, jak się pan nazywa.
Jej słowa sprawiają mi taki ból, że prawie się cofam. A więc nadal nie wie, kim jestem.
– Przepraszam, nie chciałem być nieuprzejmy. Ale nie mamy zbyt wiele czasu. Wszystko wyjaśnię, ale teraz musicie mi uwierzyć, że jestem specjalistą od takich problemów. Poza tym gdybym nie chciał wam pomóc, wszyscy już bylibyście martwi.
Widzę, że spogląda na swoją rudowłosą przyjaciółkę. Wymieniają między sobą spojrzenia, tamta kiwa ostrożnie głową.
– Zgoda – odpowiada Klara. – Jeszcze tylko mój przyjaciel wie, że tu jestem. Przywiózł mnie swoją łodzią, a potem odpłynął. Wróci o świcie, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. To on opowiedział o mnie dziadkowi.
– Komu jeszcze?
– Nikomu więcej. Jestem tego pewna.
– Przykro mi, ale nie mogę w tym momencie ufać nikomu.
– Ja mu ufam. Tak samo jak ufam sobie.
– Mimo że opowiedział o tobie dziadkowi?
Klara nie odpowiada. Jej koleżanka chrząka znacząco. Wodzi wzrokiem po pokoju, kręci głową, unosi ręce.
– A pani? – pytam. – Komu pani o tym opowiedziała?
Znam wszystkie te znaczące gesty i miny. Język ciała jest bardzo wymowny. To on nas zdradza.
– Wspomniałam o tym mojemu szefowi – odpowiada. – Jest adwokatem, a Klara to nasza klientka. Mogę zagwarantować, że nikomu innemu o tym nie powie, bo inaczej zostałby usunięty z palestry.
– Pani Gabriella Seichelman, prawda? Pracuje pani w kancelarii adwokackiej Lindblad & Wiman w Sztokholmie?
– Skąd pan to wie?
Nie odpowiadam. To nieistotne. Nie mamy czasu.
– Oni wiedzą, że tu jesteście.
Odwracam się do Klary.
– Ci, którzy cię ścigają, wiedzą, że tu jesteś. To, że na razie wstrzymują się z atakiem, to kwestia taktyki. Czekają, aż zrobi się ciemno albo ustanie burza. Myślę, że na morzu radzą sobie gorzej niż twój dziadek.
Zerkam w stronę okna. Sam nie wiem po co. Zwykły odruch. Prześladowcy są zawsze niewidoczni.
– Jak to możliwe? – pyta pełnym zwątpienia głosem Klara.
– Ja was znalazłem – wyjaśniam. – Tamci ludzie są tacy sami jak ja. Informacja o tym, gdzie jesteście, trafiła na niejedno biurko. Udało mi się ustalić, kim jest twoja przyjaciółka.
Mówiąc to, wskazuję na Gabriellę.
– Jeśli ja wiem, oni też wiedzą. I uwierz mi, potrafią wydobywać od ludzi potrzebne informacje. Nawet od adwokatów. Zwłaszcza od nich.
Czuję, jak rośnie we mnie napięcie, zmuszam się, żeby nad nim zapanować. Wciskam je głęboko, na samo dno żołądka. Nawet jeśli żadna z nich nikomu nie powiedziała, dokąd się wybierają, to i tak wiem, że nasi wrogowie już tu są. Podpowiada mi to szósty zmysł. Zapach. Wibracje w powietrzu, które nie mają nic wspólnego z burzą.
– Trzymajcie się z dala od okna – ostrzegam.
Kucam przed Klarą i unoszę jej głowę. Zmuszam się do zrobienia czegoś, przed czym się do tej chwili wzbraniałem. Patrzę jej prosto w oczy. W blasku ognia, który bije od piecyka, są bardziej niż niebieskie. Jest w nich jakaś oczywistość, coś w rodzaju kategorycznego żądania. Takie oczy nadają się do ideałów, nie do kompromisów. Zapamiętałem tylko oczy, nic więcej.
– Klaro – mówię.
Po raz pierwszy zwracam się do niej po imieniu.
– To bardzo ważne, żebyś była ze mną szczera i powiedziała całą prawdę. Ty, ja, my wszyscy znajdujemy się w wielkim niebezpieczeństwie. Może uda nam się znaleźć sposób na uratowanie życia, ale musisz mi o wszystkim opowiedzieć.
Patrzy na mnie jasnym wzrokiem, ale widzę, że mnie nie poznaje. Za to jej niespokojne dłonie świadczą o tym, jak bardzo jest zdenerwowana. Te drgania i nerwowe tiki.
– A niby dlaczego mam panu zaufać?
– Bo przybywam z bardzo daleka, żeby ci pomóc. W grę wchodzi wiele ważnych interesów, a tylko mnie na tobie zależy.
– Dlaczego? Dlaczego panu na mnie zależy?
Wstrzymuję oddech. Nie mamy czasu na takie rozmowy.
– Znałem twoją mamę. Dawno temu coś poszło nie tak i dlatego teraz chcę to naprawić. Nie wiem, czy mi się uda. Muszę jednak coś zrobić, żeby odkupić moje winy.
Klara się nie odzywa. Wzrok ma rozbiegany, porusza dłońmi. Jej przyjaciółka usiadła obok mnie i wzięła ją za rękę. Kątem oka widzę, że dziadek Klary patrzy przez okno.
– Poproś dziadka, żeby odszedł od okna – mówię.
Wypowiada kilka słów po szwedzku i znowu odwraca się do mnie.
– Czy macie tu jakiś komputer? – pytam.
Obie kobiety wymieniają szybkie, ledwo zauważalne spojrzenia. Klara kiwa głową.
– Mamy – odpowiada.
– Gdzie jest? – pytam. – Sprawdzałyście jego zawartość?
W jej niebieskich oczach pojawia się nagle coś nowego. Jakaś twardość i obojętność. Rzeczywiście, nie ma powodu mi ufać. Mimo to sprawia mi to ból.
– A jak pan myśli, co w nim może być? – pyta Klara. – Powinien pan wiedzieć. Kto, jeśli nie pan? Czy jest jakiś inny powód, dla którego chcielibyście nas zabić?
– Co ja myślę? – powtarzam. – Mogę zacząć od tego, co wiem.
Widzę, że Klara jest coraz bardziej skoncentrowana. Może faktycznie o niczym nie ma pojęcia? Opowiadam więc o tym, czego dowiedziałem się od Susan. Mówię prawdę. A właściwie to, co może być prawdą.
– Przyjaciel Mahmouda Shammosha, Lindman, pracował dla poddostawców zatrudnionych przez amerykański rząd w Afganistanie. To firma pilnująca terrorystów i przesłuchująca ich za pomocą tak zwanych niekonwencjonalnych metod.
Na samą myśl o tym, co mówię, robi mi się niedobrze. Chodzi o dobór słów. Zaczynam jeszcze raz:
– Chcę powiedzieć, że Lindman pracował dla firmy, która działała na pośrednie zlecenie amerykańskich służb wywiadowczych. Nazwaliśmy ją Digital Solutions. Właściwie nie ma w tym niczego dziwnego. To nieodłączna część naszej roboty. Dzięki temu nie zostawiamy śladów. W takich firmach pracują często byli agenci, którzy kiedyś działali w terenie, a potem się wycofali. Działają pod przykrywką stworzonych przez nas spółek. Akurat ta…
Przerywam, żeby się zastanowić, jak sformułować następne zdania. Chcę, by właściwie mnie zrozumiała.
– Digital Solutions miała za zadanie przesłuchiwać namierzonych przez nas terrorystów. Kazaliśmy im posługiwać się bardziej brutalnymi metodami, takimi jak na przykład szczucie psami, pozorowane egzekucje czy podtapianie. To wszystko tortury, chociaż oficjalnie nie używa się tego słowa. Podobnych metod CIA używało w Abu Ghraib. Coś jednak poszło nie tak. Nie wiemy co, ale ludzie z Digital Solutions zaczęli sobie pozwalać na o wiele więcej, niż im było wolno. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero po pewnym czasie. Stosowali elektrowstrząsy, zabijali ludzi. Robili straszne rzeczy. Dopuszczali się nieopisanych okrucieństw.
– Dlaczego? – przerywa Klara. – Jeśli nie mieli na to zgody, dlaczego to robili?
Oczy jej błyszczą. Widzę, że jest zdenerwowana i targają nią wątpliwości. Wzruszam ramionami.
– Nie wiem. Może stosowali takie metody wcześniej i po prostu zdziczeli? Może zdawało im się, że wydobędą ze swoich ofiar więcej informacji? Albo że zrobią to szybciej? Są ludzie, którzy nie potrzebują rozkazów. To zwykli sadyści.
Wspomnienia z Iraku i Afganistanu. Akumulator w samochodzie i pobici irakijscy jeńcy w Kurdystanie. Prowizoryczne pokoje przesłuchań w Bejrucie i Kabulu. Jest wiele podobnych przykładów. Są wyjaśnienia i mnóstwo cierpień. Za wiele z tych czynów należałoby odpowiedzieć przed sądem.
– Z tego, co wiem, gdy tylko dotarło do nas, co ci ludzie wyprawiają, natychmiast zakończyliśmy operację. Stało się to przed kilkoma tygodniami. Niestety, wielu z tych, którzy odpowiadają za takie działania, pracowało w amerykańskich służbach wywiadowczych. Mają kontakty i własne kanały informacji. Wiedzą zbyt dużo o zbyt wielu sprawach i o zbyt wielu ludziach, którzy są na wysokim szczeblu w hierarchii. Zamiast odwołać ich do kraju, postawiono przed nimi inne zadanie: po tym wszystkim, co zrobili, mieli po sobie posprzątać. I właśnie wtedy wszystko się posypało. Sądzimy, że Lindman wszedł w posiadanie pewnych informacji i zamierzał je opublikować. Wiemy, że pracował dla Digital Solutions w Afganistanie. Nie mam pojęcia, dlaczego skontaktował się akurat z Shammoshem. Spytałaś mnie o laptopa. Uważam, że są w nim dowody na to, iż cała ta operacja nie miała podstaw prawnych, i jeśli informacje na jej temat zostaną opublikowane, wyrządzą niepowetowane szkody.
Na dworze nadal szaleje burza. Być może trochę ucichła. Wiatr wieje chyba z mniejszą siłą, tumany śniegu uderzają słabiej w okna. Ale fale nadal przelewają się przez skały.
– Nie muszę chyba wyjaśniać, co się stanie, jeśli te informacje zostaną upublicznione. Jakie to będzie miało konsekwencje. Akurat teraz, gdy Amerykanie szykują się do opuszczenia Afganistanu. Jeśli te rzeczy wyjdą na jaw, wybuchnie chaos.
– Ale przecież pan nie wie, co znajduje się w laptopie? – pyta Klara.
– Ktoś mnie poinformował, co zawiera.
– Powiedział pan, że może wybuchnąć chaos.
– Tak, jeśli te informacje zostaną upublicznione.
Klara przestała mrugać. Ustały jej nerwowe gesty i tiki. Uspokoiła się.
– A może taki chaos byłby uzasadniony? – pyta.
– Czy właśnie tego chciał twój przyjaciel Mahmoud?
Nie zdążyłem nawet zareagować, gdy z całych sił uderzyła mnie pięścią w lewe oko. Czuję piekący ból, oczy wypełniają mi się łzami. Unoszę ramię i chwytam ją za rękę, zanim wymierzy kolejny cios. Jest niewiarygodnie silna.
– Klaro, uspokój się! Co ty wyprawiasz?
Jej przyjaciółka zrywa się z podłogi i chwyta ją za ramiona. Stary człowiek głaska ją po głowie, szepcze coś do niej.
– Niech pan nie wypowiada jego imienia! – mówi Klara. – Jeśli pan jeszcze raz o nim wspomni, zabiję pana. Zginął przez was, przez pana i całą waszą bandę. To wy jesteście winni. Bandyci! Zbrodniarze! Nie ma pan prawa wypowiadać jego imienia. Zrozumiano?
Klara syczy. Jej głos przypomina głos zwierzęcia. Oczy ma pełne nienawiści. Odwracam głowę, żeby na nią nie patrzeć. Unoszę ręce w przepraszającym geście.
– Wybacz – mówię. – Rozumiem, że jesteś mocno zdenerwowana.
– To nie ma nic wspólnego ze zdenerwowaniem – syczy Klara. – Niech pan to w końcu zrozumie! Chodzi po prostu o to, że go zamordowaliście. Zabiliście Mahmouda na moich oczach, gdy trzymałam go za rękę. Umarł w kałuży taniego, paskudnego wina w jakimś obskurnym sklepie. A ja go tam zostawiłam. Rozumie pan? Zdenerwowanie? Fuck off!
Nigdy nie przeklinałaś. Konsekwencje mojej zdrady nigdy nie miną.
– Chcę ci tylko pomóc.
– Mam gdzieś Afganistan. Olewam to. Zwisa mi, ilu zginie Amerykanów, ile szkół albo szpitali nie powstanie. Mam to gdzieś! Czy w ten sposób wrócimy do momentu sprzed jego śmierci? Zastrzeliliście go jak psa. Czy to w jego przypadku coś zmieni? Albo w moim?
Kręcę przecząco głową.
– Możesz zmniejszyć ogół cierpienia.
Klara przez chwilę milczy. Mierzymy się wzrokiem. Czynię nadludzki wysiłek, żeby nie spuścić oczu. W końcu Klara mówi spokojnym głosem:
– Ale ja właśnie chcę je stale zwiększać. W tej chwili mam ochotę wysadzić całe to gówno w powietrze. Chciałabym widzieć, jak umieracie. Rozumie pan?