37.
SZCZECIN WARSZEWO

– To niemożliwe – zaprotestowała Marta. Czuła, że nogi zaczynają jej drżeć. – Ojciec Adama nie żyje…

Pies nie przestawał się wyrywać i powarkiwać. Próbowała go uspokoić, jednocześnie robiąc kilka kroków w tył.

– Poczekaj, Marto. – Wiktor uniósł powoli dłonie, chcąc ją zatrzymać. – Masz rację… To znaczy, tak właśnie mieliście wszyscy myśleć, ale…

– Kim pan jest? – zapytała Marta i dodała: – Przed domem stoi policja. Jeśli pan…

– Wiem, że tam stoją, dlatego podjechaliśmy od tyłu. – Wiktor wskazał kciukiem za plecy. – Jestem z przyjacielem.

Marta spojrzała na samochód. Stary dieslowski silnik wciąż klekotał głośno, wprawiając reflektory w delikatne drżenie.

– Wracam do domu – oznajmiła stanowczo. Nie zdążyła się jednak odwrócić, kiedy Wiktor rzekł:

– Wiem, kto uprowadził Agnieszkę.

Zamarła. Znów na niego spojrzała. Tym razem poczuła, jakby ktoś wbił jej w skronie długie, zimne szpilki.

– Co?

– Wiem, kto uprowadził Agnieszkę. Chcę pomóc.

Marta rozejrzała się wokoło w poszukiwaniu któregoś z sąsiadów. Ulica świeciła pustkami. Nie wiedziała, jak powinna się zachować. A co, jeśli ten człowiek mówił prawdę?

– Chcę pomóc – powtórzył. – Po to przyjechałem. Mieszkam w Stanach. Kiedy dowiedziałem się, że porwano Agnieszkę, wsiadłem w samolot. Rozumiem, że trudno ci w to wszystko uwierzyć, ale to prawda. Mogę wejść? Wszystko ci wyjaśnię.

Marta stanowczo zaprzeczyła ruchem głowy.

– Pójdę po tych policjantów… – zaczęła.

– W porządku – przerwał. – Ale najpierw chciałbym wszystko ci wyjaśnić. Zaufaj mi.

Wahała się jeszcze przez chwilę, w końcu, ku własnemu zdziwieniu, pokiwała głową.

– Mogę wejść?

Głos uwiązł jej w gardle. Serce odgrywało szaleńczy rytm, krew tętniła w skroniach. Załzawionymi oczami obserwowała, jak obcy mężczyzna przekłada nogę przez ogrodzenie.

– Mam swoje lata, ale chyba dam radę – powiedział, próbując nadać całej sytuacji odrobinę komizmu.

Kiedy mężczyzna stanął po drugiej stronie płotu, pies rozszczekał się na dobre. Marta zakryła mały pysk dłonią. Dopiero teraz mogła przyjrzeć się człowiekowi, który podawał się za jej teścia. Zmęczona, poorana zmarszczkami twarz. Zaczesane do góry, przerzedzone siwe włosy. I to spojrzenie… Czuła na sobie jego ciężar.

Idąc w kierunku domu, kilkakrotnie obejrzała się przez ramię, jakby w obawie, że nieznajomy się na nią rzuci. „Będę krzyczeć – pomyślała. – Będę się drzeć jak jeszcze nigdy w życiu!”. Kiedy weszli do środka, Marta natychmiast podeszła do okna wychodzącego na ulicę i odchyliła firankę.

– Wciąż stoją przed domem – oznajmiła, dając do zrozumienia, że w każdej chwili może zaalarmować siedzących w samochodzie policjantów.

– W porządku – powiedział Wiktor.

– Niech pan mówi – ponagliła go Marta.

– Proszę, mów mi po imieniu. Wiktor.

– Po prostu się wytłumacz. – Przeszła obok niego i podeszła do aneksu kuchennego.

Usiadł na jednym z wysokich krzeseł. Sięgnęła po stojący na blacie karton soku jabłkowego. Nalała go do szklanki i przesunęła w jego stronę.

– Dziękuję – rzekł, obejmując naczynie oburącz.

– Gdzie jest Agnieszka? – zapytała, nie zamierzając tracić więcej czasu.

– W Szwecji.

Zmarszczyła brwi. Usta zaczęły jej drżeć.

– Wiem, że to dla ciebie szok – dodał natychmiast. – Ale pozwól, że zacznę od początku. Chciałbym powiedzieć, że nigdy nie przestałem żałować, że zostawiłem Adama i…

– Chryste, nie mam teraz na to czasu! – Głos jej się łamał. – Co Agnieszka robi w Szwecji?!

Uniósł dłoń, jakby chciał ją uspokoić.

– Wyjechałem do Szwecji, kiedy Adam miał kilkanaście lat. Poznałem ludzi, których nie powinienem był poznać. Wpadłem w tarapaty. Człowiek, którego uważałem za swojego przyjaciela, wciągnął mnie w brudne interesy. Musiałem współpracować z mafią. – Umilkł, jakby chciał sprawdzić, jakie wrażenie zrobiły na Marcie słowa, które przed chwilą usłyszała. – Próbowałem się z tego wyplątać, ale…

– Co z tym wszystkim ma wspólnego Agnieszka?!

Westchnął.

Nagle usłyszeli pukanie do drzwi tarasowych. Spojrzeli w ich stronę w tym samym momencie. Za szybą stał mężczyzna i uderzał w nią pięściami. Wykrzykiwał coś, ale go nie słyszeli.

– Jan? – Wiktor zmarszczył brwi i poderwał się z krzesła.

I wtedy rozległy się strzały. Seria z karabinu maszynowego. Jan się zachwiał. Szkło zbielało niczym zamarznięte jezioro, a potem kryształowy deszcz posypał się na podłogę. Jan wpadł do środka zaplątany w firankę. Marta darła się wniebogłosy.

– Na ziemię! – krzyknął Wiktor, przeskakując przez kontuar.

Przykrył ją własnym ciałem, kiedy pociski siały wokół spustoszenie. Tynk posypał się im na głowy. Gdy wreszcie strzały ucichły, słyszeli tylko szloch Marty i jego przyspieszony oddech. A potem kroki. Szkło chrzęściło pod podeszwami czyichś butów. Nagle drzwi do domu otworzyły się z impetem i padła kolejna seria przerywana wrzaskami. Kilka mocnych męskich głosów. A później znowu nastała cisza, ale i tym razem nie trwała długo. Usłyszeli czyjś rozpaczliwy krzyk. Po chwili kilka pojedynczych strzałów i znowu odgłos ciężkich butów, jakby przez salon przebiegło co najmniej kilka osób.

Drgnęli, kiedy dostrzegli cień na podłodze.

– Jesteście cali? – zapytał Merk, opierając się o blat. Trzymał się za lewe ramię. Pomiędzy palcami sączyła się krew.

Pierwszy podniósł się Wiktor i natychmiast pomógł wstać Marcie. Kręciło jej się w głowie i dzwoniło w uszach. Jej umysł próbował zrozumieć obraz, który przekazywały oczy. Salon wyglądał jak pobojowisko. Przez otwór, w którym kiedyś było okno, wszedł Wolański z pistoletem w ręku.

– Uciekli! – powiedział, szukając komórki w wewnętrznej kieszeni kurtki.

Marta zerknęła na podłogę. Mężczyzna leżał w powiększającej się kałuży krwi, przykryty welonem firanki. Mimo to Wolański sprawdził mu puls, jakby istniał cień szansy, że tamten może być robocopem. Potem z telefonem przy uchu, wzywając posiłki, przykląkł przy drugim ciele. W końcu pokręcił głową i spojrzał na trzeciego z mężczyzn, siedzącego przy drzwiach. Policjant krztusił się własną krwią. „Chryste!”– pomyślała Marta. To musieli być jej ochroniarze.

– Bartek i moja matka… – wymamrotała, wskazując na sufit.

Merk tylko kiwnął głową i wbiegł po schodach. W połowie drogi dostrzegł kobietę i chłopca.

– Już dobrze. Już wszystko w porządku – powiedział.

Babcia i wnuczek patrzyli na ciała leżące w ich salonie i nie byli w stanie mu uwierzyć.

***

Biernacka szła przez pokój, ostrożnie stawiając każdy krok. Szkło chrzęściło pod obcasami kozaków. Technik robił zdjęcia ciału Jana zawiniętemu w firankę niczym w całun. W ogrodzie stał Wolański. Jego twarz rozświetlały niebieskie rozbłyski rzucane przez migoczące koguty radiowozów. Podeszła do niego, wyciągając papierosa.

– No to się doigrałeś – oznajmiła, nawet na niego nie patrząc.

Za to on posłał jej przelotne spojrzenie.

– Dwa trupy. A na miejscu zdarzenia ty i pijak wyrzucony ze służby. Mówiłam, żebyś się trzymał od Merka z daleka.

– Tak już mam, że przyciągam niewłaściwych ludzi. – Zerknął na nią i natrafił na jej chłodny wzrok.

Zrozumiała aluzję. Wypuściła dym prosto w jego twarz.

– Możesz mi łaskawie powiedzieć, co się tu wydarzyło, do kurwy nędzy?

Delikatnie wyciągnął papierosa z jej ust i wcisnął go pomiędzy własne wargi. Patrzyła na niego odrobinę zdezorientowana. Zaciągnął się, mrużąc oczy, i po chwili na powrót umieścił go w kąciku czerwonych ust prokurator. Biernacka natychmiast rozejrzała się nerwowo. Technicy na szczęście byli zbyt zaaferowani swoją pracą, aby wychwycić ten gest.

– Co ty wyprawiasz? – syknęła, robiąc krok w jego stronę.

– Mieli pieprzone kałachy – powiedział Wolański.

Biernacka raz jeszcze zerknęła na leżące nieopodal ciało, a potem powiodła wzrokiem po podziurawionych ścianach pokoju, który wyglądał, jakby do środka wpadły zastępy szaleńców z wiertarkami udarowymi.

– Tyle zdążyłam zauważyć. Pytam, kim byli…

– Widziałem tylko odjeżdżający czarny samochód. Prawdopodobnie bmw. Nie widziałem numerów rejestracyjnych…

***

Dochodziła pierwsza, kiedy dotarli na komendę. Na miejscu dowiedzieli się, że bilans ofiar uległ zmianie. Drugi z policjantów strzegących domu zmarł w drodze do szpitala. Wszystkie dostępne patrole poszukiwały czarnego bmw, podobnie jak operatorzy miejskiego monitoringu. Na razie nie mieli nic.

Rana Merka okazała się powierzchowna. Kula w zasadzie drasnęła prawe ramię. Niechętnie dał się opatrzyć i teraz z gorącym kubkiem w dłoni stał na korytarzu razem z Wolańskim i Makowską. Wiktor Makowski w towarzystwie Adamskiego siedział w pokoju przesłuchań. Bartka i matkę Marty psycholożka odprowadziła do innego pokoju. Chciała zabrać i ją, ale Marta się uparła, że nigdzie nie pójdzie, dopóki nie dowie się, co ma do powiedzenia jej „zmartwychwstały” teść.

Gdy usłyszeli stukot obcasów, cała trójka spojrzała w kierunku zbliżającej się szczupłej kobiety odzianej w granatowy kostium. Biernacka zatrzymała się tuż przy Merku. Były komisarz poczuł intensywny zapach jej perfum.

– Fakt, że nie masz jeszcze kajdanek na rękach, potraktuj jako przejaw mojej dobrej woli – powiedziała prokurator. – Nigdzie się nie ruszaj, Merk. Najpierw przesłuchamy Makowskiego, ale ty i Wolański jesteście następni w kolejce. – Powiedziawszy to, zerknęła w stronę Borysa, a potem zwróciła się do Marty. – Dlaczego nie poszła pani z psycholożką? – zapytała.

Makowska chciała coś odpowiedzieć, ale Wolański ją uprzedził, posyłając jej porozumiewawcze spojrzenie.

– Mieczkowska kazała nam poczekać – skłamał. – Zaraz tu będzie.

Biernacka bez słowa wślizgnęła się do pokoju przesłuchań. Wolański zerknął na Merka, a potem podążył za nią jak cień.

Olgierd ujął Martę pod rękę i pchnął delikatnie w kierunku pomieszczenia przylegającego do pokoju przesłuchań. Była lekko zaskoczona, ale nie oponowała. Siedzący w środku funkcjonariusze oderwali spojrzenia od szerokiej szyby. Widok Merka wyraźnie ich zaskoczył. Skinął delikatnie głową, czekając na ich reakcję. Liczył się z tym, że mogą kazać im wyjść. Zamiast tego funkcjonariusze odpowiedzieli tym samym gestem. Nie protestowali, więc wskazał Makowskiej puste krzesło, a sam oparł się o ścianę.

Wszyscy wpatrywali się w siedzącego przy stole Wiktora. Właśnie kończył odpowiadać na pytanie Adamskiego, który intensywnie bazgrał w swoim notatniku. Marta pamiętała go doskonale. To on towarzyszył Wolańskiemu podczas jej pierwszego przesłuchania. Zaraz potem inicjatywę przejęła Biernacka. Adamski włączył kamerę stojącą na statywie i mała dioda zaczęła świecić czerwonym, pulsującym światłem.

– Gotowe – oznajmił, z powrotem zajmując swoje miejsce.

Biernacka odsunęła krzesło, usiadła, odpaliła papierosa.

– Jest pan ojcem Adama Makowskiego – powiedziała, przysuwając do siebie stojącą na stole popielniczkę. – Dziadkiem uprowadzonej.

– Tak.

Adamski położył przed nią jego paszport. Prokurator wsunęła na nos okulary. Przerzuciła kilka stron, zatrzymując się dłużej na ostatniej. Wlepiła w Makowskiego spojrzenie ciemnych oczu. Wyglądał na spokojnego.

– Zdjęcie się zgadza, ale nazwisko już nie – oświadczyła Biernacka, zamykając paszport.

Dokument wrócił do Adamskiego.

– Bo to nie jest moje prawdziwe nazwisko.

Biernacka wypuściła kolejną porcję dymu. Żarzący się czubek papierosa kilkakrotnie uderzył w kant popielniczki.

– No proszę. Robi się coraz ciekawiej. Za posługiwanie się fałszywym dokumentem grozi do pięciu lat.

– I myśli pani, że robi to na mnie jakiekolwiek wrażenie?

Pytanie wisiało w powietrzu przez dłuższą chwilę. Biernacka postanowiła zostawić je bez odpowiedzi. Zadała inne:

– Kto do was strzelał?

– Ludzie z Warszawy. Ci sami, którzy zabili mojego syna.

– To Adam nie zginął w wypadku?

– Tak zamierza to pani rozgrywać? Naprawdę?

Chwila ciszy. Kolejna smużka dymu uleciała pod sufit. Ciemne brwi Biernackiej powędrowały ku górze.

– To oni uprowadzili dziewczynę?

– Jeśli tak, to tylko na zlecenie.

– Czyje?

– Człowieka, który nazywa się Felipe Luciano.

– To przed nim się pan ukrywał?

– Tak.

– Luciano to włoskie nazwisko. – Biernacka bardziej oznajmiła, niż zapytała, ale mimo to Makowski przytaknął skinieniem głowy.

– To znaczy, że dziewczyna jest we Włoszech?

– Nie.

– A więc gdzie?

– W Szwecji.

W pomieszczeniu obok dłoń Marty Makowskiej bezwiednie powędrowała do ust. Łzy nabiegły jej do oczu. Ten człowiek potwierdził to, co zdążył powiedzieć jej w domu, zanim rozpętało się piekło. Merk przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą. W głowie usłyszał głos Jana. Przypomniał sobie, jak mówił, że pewne rzeczy Wiktor chce mu wyjaśnić osobiście. Po kilkunastu godzinach Guzowski już nie żył i zanosiło się na to, że wyznania Makowskiego Olgierd wysłucha przez szklaną szybę.

– Dlaczego właśnie tam? – spytała prokurator.

– Bo tam jest Luciano. W Neapolu był skończony. Policja szukała go za zabójstwo lokalnego polityka. Schronienie znalazł w Sztokholmie, u mojego dawnego przyjaciela Mikaela Jönssona.

Biernacka strzepała popiół do popielniczki. Czekała. Czuła się co najmniej lekko zdezorientowana. Korciło ją, aby zadać kolejne pytanie, ale ostatecznie milczała. Poznanie odpowiedzi było jedynie kwestią czasu. Musiała być cierpliwa. Z przesłuchaniem było jak z dominem. Właśnie pchnęła pierwszy klocek. Reszta powinna potoczyć się samoistnie. Podstawowa zasada brzmiała: daj przesłuchanemu szansę swobodnego wypowiedzenia się. Na dopytywanie przyjdzie jeszcze czas. Makowski, jakby czytając jej w myślach, sięgnął pod połę kurtki. Wyciągnął pomiętą kartkę, rozprostował ją i przesunął po blacie w kierunku prokurator. Papieros spoczął w popielniczce, kiedy Biernacka ponownie nasuwała na nos okulary w czarnej oprawce. Wolański stanął jej nad głową jak anioł stróż. Oboje wpatrywali się w czarno-białe ksero fotografii. Męska twarz. Puste, martwe spojrzenie. Delikatnie rozchylone usta, na których wycięto dwie prostopadłe linie.

– Wiecie, co to jest? – zapytał Makowski.

– Nie mogę się doczekać, aż nas pan oświeci – odparła Biernacka, odrywając wzrok od kartki i składając z powrotem. Papieros wrócił do ust.

– To znak camorry, neapolitańskiej mafii, która w ten sposób karze swoich wrogów. Nacinają znak krzyża na ustach ludzi, którzy złamali święte prawo milczenia. Człowiek, na którego patrzycie, nazywał się Graziano Brasi i był bossem jednego z klanów. Sama fotografia jest wiadomością dla mnie. Obietnicą, że skończę tak samo.

– Intrygujące, ale co to wszystko ma wspólnego z dziewczyną? – Wolański najwyraźniej nie miał w sobie aż tyle cierpliwości. Stał teraz wsparty o kant stołu, wpatrując się w Makowskiego wyczekująco.

– Mogę zapalić? – Wiktor zbagatelizował pytanie komisarza i patrzył tęsknie w stronę paczki papierosów.

Biernacka pchnęła ją w jego kierunku. Wyłuskał jednego i wcisnął go w kącik ust. Prokurator podsunęła mu pod nos płomień zapalniczki. Wolański przyglądał się temu z dezaprobatą. Papieros podczas przesłuchania był nagrodą. W ocenie komisarza Makowski jeszcze na nią nie zasłużył. Wiktor zaciągnął się dymem i odchylił na krześle. Wolański przewrócił oczami, ale Makowski tego nie zauważył, bo cały czas spoglądał w twarz siedzącej przed nim kobiety.

– Tu nie chodzi o dziewczynę – powiedział wreszcie. – Tylko o mnie. Agnieszka to przynęta. Jestem pewien, że wywieziono ją do Sztokholmu, bo tam ukrywa się teraz ten włoski skurwysyn. Jeżeli naprawdę chcecie ją odbić, to, czy wam się to podoba, czy nie, musicie zabrać mnie ze sobą…

***

Po wszystkim Adamski wyłączył kamerę. Biernacka i Wolański opuścili pokój przesłuchań. Drzwi nie zdążyły się jednak zamknąć, kiedy ktoś naparł na nie z impetem. Adamski i Makowski spojrzeli w ich kierunku. Spodziewali się ujrzeć prokurator, która być może zapomniała o jakiejś ważnej kwestii, ale ich oczom ukazał się inny widok. Do pokoju wpadła Marta i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę Wiktora. Zdążyła zadać kilka ciosów, zanim Adamski zareagował.

– To twoja wina, ty gnoju! – krzyczała, lejąc Makowskiego po twarzy. – To przez ciebie zginął Adam! To przez ciebie Agnieszka… – Potem były już tylko płacz i potok słów, których nie można było zrozumieć.

Makowski nie próbował się bronić przed atakiem, choć niewątpliwie mógł unieść ręce w czymś na podobieństwo gardy. Jego głowa odskoczyła dwa razy po uderzeniach z otwartej dłoni, a potem patrzył nieruchomo na szalejącą kobietę, której stopy nie dotykały już podłogi. To Adamski chwycił Martę w pasie i cofał się w stronę wyjścia.

– Niech się pani uspokoi!

Drzwi otworzyły się raz jeszcze i z odsieczą przybyło dwóch innych funkcjonariuszy. Kiedy udało się wreszcie wyprowadzić Makowską, w pokoju ponownie pojawili się Biernacka i Wolański.

– Spokojnie – mruknął Makowski. – Ona ma rację. To wszystko moja wina…

***

– Jakim cudem ta kobieta wszystko słyszała?! – Biernacka wparowała do pomieszczenia obok, żądając odpowiedzi od dwóch stojących na baczność mundurowych. Funkcjonariusze nie odpowiedzieli. Unikali kontaktu wzrokowego jak wystraszone dzieci. Prokurator wpatrywała się w nich przez kilkanaście sekund, w końcu obróciła się na pięcie i opuściła pokój, mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa.

Na korytarzu czekał na nią Wolański, opierając się o ścianę. Kiedy wyszła, ruszył za nią.

– Gdzie jest Merk? – zapytała, nawet na niego nie patrząc.

– Poszedł na papierosa.

Przystanęła.

– Wołaj go tu natychmiast, bo zaraz mnie szlag trafi!

Wolański poczuł kropelki śliny na swoim nosie.

– Macie mi obaj w tej chwili wyjaśnić, w jaki sposób znaleźliście się w tamtym domu!

– Posłuchaj. – Borys uniósł dłonie. – Gdyby nie Merk, trupów mogło być więcej.

– O czym ty mówisz?!

Wolański westchnął ciężko.

– To długa historia.

– To zacznij mówić, do cholery!

– Merk chyba zrobi to lepiej.