50.

Dobiegający z głośników głos recepcjonistki poinformował, że prom wpłynie do portu o dwudziestej. Merk zerknął na zegarek. Zostało jeszcze prawie czterdzieści minut. Kabiny musieli opuścić wcześniej, więc Wolański z Adamskim poszli po bagaże. On sam postanowił wykorzystać ten czas i zapalić. Przeszedł przez wiatrołap i wyszedł na pokład zewnętrzny. Przy barierce tłoczyło się kilkunastu pasażerów. Minął ich i ruszył w poszukiwaniu odrobiny prywatności. Wolną przestrzeń znalazł kilkadziesiąt metrów dalej, na rufie statku. Wiatr wiał tu tak mocno, że Merk miał wrażenie, że zaraz urwie mu głowę. Postawił kołnierz, zerkając na banderę, która owinęła się wokół pałąka, przypominającego teraz pochodnię czekającą, aż ktoś łaskawie ją zapali. Spojrzał na granatowoczarną toń. Fale rozbijały się o białą burtę statku z łoskotem, podobnie jak myśli w jego głowie. Miał ambiwalentne odczucia. Gdzieś w głębi jego umysłu ponownie rozbrzmiał znienawidzony podszept: „I po co ci to wszystko? Przecież to już dawno nie twoja sprawa. Jeżeli w ogóle kiedykolwiek to była twoja sprawa”. Trudno się było z nim nie zgodzić, a odpowiedzi na to pytanie Merk poszukiwał od dawna. A ta na pewno nie była jednoznaczna. Po części chciał zrobić coś dla tej dziewczyny. Wnuczka Wiktora była praktycznie w wieku jego córki. Nie wiedzieć czemu, wciąż naiwnie wierzył, że jeżeli uda mu się ją uratować, łaskawy Bóg, kierując się zasadą wzajemności, zdecyduje się pomóc Natalii. Sprawi, że jego córka się obudzi, wyrwie ją ze szponów nałogu i … I co? Natalia odzyska wewnętrzny spokój i znowu będą rodziną? A może chodziło o Joannę? Kobietę, którą kochał tak jak później żadną inną? Nawet do Bożeny nie żywił tak silnego uczucia, choć przez te wszystkie lata wmawiał sobie, że jest inaczej. Być może chciał to zrobić dla niej, chociaż go odrzuciła i wybrała Wiktora. A może sam Wiktor był powodem? Może Olgierd wciąż poświęcał się dla człowieka, którego już dawno przestał nazywać przyjacielem?

Merk włożył papierosa do ust i sięgnął po zapalniczkę. Bezskutecznie próbował zrobić z niej użytek, bo wiatr natychmiast tłumił płomień.

– Niech to szlag! – zaklął, starając się osłonić zapalniczkę dłońmi.

Nagle usłyszał charakterystyczny metaliczny dźwięk i ujrzał czyjeś dłonie przy swojej twarzy. Ktoś podsunął mu zapalniczkę. Płomień dostrzegł dopiero wtedy, gdy koniec papierosa zaczął się żarzyć.

– Najlepsze są żarowe – powiedział Wiktor. Odpalił własnego papierosa i schował zapalniczkę do kieszeni. – Żaden wiatr im niestraszny, dlatego nazywają je sztormowymi. Taki stary palacz jak ty już dawno powinien sobie taką sprawić.

Merk zaciągnął się zachłannie. Papieros podskoczył kilkakrotnie przyklejony do dolnej wargi. Po obu stronach promu widoczny był ląd. Portowe światła wyglądały z daleka jak lampki choinkowe.

– W moim przypadku to kiepski pomysł. Nieustannie je gubię.

Wiktor się uśmiechnął. Horyzont spowijała mgła.

– Taa, pamiętam. Zresztą nie tylko zapalniczki gubiłeś. Pamiętasz, jak zwinęliśmy samochód mojemu ojcu? Pojechaliśmy na imprezę do Stargardu. Ty prowadziłeś, bo ja i Jan mieliśmy już w czubie. Wszystko było dobrze aż do powrotu. Okazało się, że zgubiłeś te pieprzone kluczyki. Myślałem, że ojciec mi wtedy nogi z dupy powyrywa.

Przez dłuższą chwilę palili w milczeniu. W końcu Wiktor oparł się o barierkę i odezwał się ponownie:

– Możesz mi nie wierzyć, Olgierd, ale nigdy nie przestałem tego żałować. – Patrzył na dawnego przyjaciela, który nie zamierzał nawet zaszczycić go spojrzeniem. – Nigdy nie mogłem sobie darować tego, że zostawiłem Aśkę i Adama. Ja…Kurwa, nie wiem, co sobie wtedy myślałem. Chciałem wrócić, ale ona… wiesz, jaka była Aśka, Olgierd. Nie chciała mnie już widzieć. A potem wdepnąłem w to bagno. Przez całe życie miałem poczucie, że to moja pokuta. Że tylko w ten sposób jestem w stanie odkupić swoje winy. Gdyby nie ty i Jan, już byłbym trupem.

Znowu milczeli. Merk zdusił papierosa w metalowej popielniczce przytwierdzonej do barierki.

– Myślisz, że nie wiem, co ci chodziło po głowie przez te wszystkie lata, Olgierd? – podjął Makowski. – Uważałeś, że w to wszedłem, prawda? Że byłem człowiekiem Luciana. Że gdy wreszcie chciałem się z tego wyrwać, przybiegłem z płaczem do Jana, bo wiedziałem, że on pójdzie prosto do ciebie. Bo do kogóżby innego? Tylko ty, wielki glina, mogłeś mi pomóc. To nieprawda, Olgierd. Słyszysz?! Musisz to wiedzieć! Ten skurwysyn Jönsson mnie wrobił! – Makowski teraz już krzyczał.

Załogant, który zbierał pozostawione na pokładzie filiżanki i śmieci, przyjrzał im się uważnie. Wiktor to zauważył i ściszył głos.

– Mój syn zginął przeze mnie. Od samego początku wiedziałem, że to nie był żaden wypadek. Przepisanie mu hurtowni było błędem. Ale on nigdy w tym nie uczestniczył, Olgierd. Musisz mi uwierzyć. Adam nie miał z mafią nic wspólnego.

Głos Wiktora zaczął się łamać. Merk wreszcie na niego spojrzał.

– Kiedy Jan powiedział mi o śmierci Adama… Ja… Chciałem palnąć sobie w łeb. Ale nigdy nie wystarczyło mi odwagi. Po pijaku wlazłem na dach, myśląc, że łatwiej będzie po prostu zrobić o jeden krok za dużo, ale…. – Przerwał. Łzy pociekły mu po policzkach. – Nie mogę cofnąć czasu, Olgierd. Odpokutuję swoje w piekle. Ale wcześniej muszę ją uratować. Mam wnuczkę, której nigdy nie poznałem. Ja…

Merk westchnął.

– Idź po bagaż, Wiktor. Za kilkanaście minut będziemy musieli zejść do samochodu – powiedział i odszedł.

Przechodząc przez wiatrołap, spojrzał raz jeszcze w stronę rufy. Po grupie pasażerów nie było już śladu. Został tylko pogrążony w swoich myślach Wiktor. Szara postać, ledwo widoczna na tle popielatego nieba. Olgierd zdał sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widział go płaczącego.

***

Agnieszka nie wiedziała, jak długo jechali. Na pewno zdążyli pokonać co najmniej kilkadziesiąt kilometrów. Ostatnie kilka przez gęsty las, po drodze pełnej dziur, wybojów i korzeni wyrastających z ziemi. Reflektory wyławiały z mroku krętą drogę i niekończące się pasma drzew. Od czasu do czasu wpatrywały się w nich lśniące ślepia jakiegoś zwierzęcia, które zaraz potem czmychało w przestrachu. Alessandro obejmował ją ramieniem, zupełnie jakby byli parą siedzącą w sali kinowej. Czuła jego intensywny zapach, pot zmieszany z wodą toaletową, ciepły oddech i kosmyk wilgotnych włosów na swoim policzku. Widziała tylko nogi Björna. Resztę zasłaniało silne ciało Włocha. Niewiele słyszała poza słowami jakiejś piosenki dobiegającej z głośników.

Samochód wreszcie się zatrzymał. Jego światła padały na werandę, drzwi i zasłonięte roletami antywłamaniowymi okna drewnianego domu, niczym na najistotniejszy element teatralnej scenografii. Stał na skraju lasu, skryty wśród sosen i jodeł, które w całości zasłaniały część spadzistego dachu. Silnik SUV-a zgasł nagle i zamarł jak pies, który do tej pory warczał niespokojnie. Poświata rzucana przez reflektory zmatowiała, dacza znowu pogrążyła się w mroku. Zapanowała cisza, zgasło nawet radio. Agnieszka słyszała własne myśli, podobnie jak bicie swojego serca. „To tu was zabiją – powtarzał głos w jej głowie. – Zabiją i zakopią w tym lesie. Coś poszło nie tak. Nie jesteście im już potrzebni”. Lewą dłoń przesunęła delikatnie po kolanie, w stronę klamki. Zrobiła to odruchowo, chociaż wiedziała, że drzwi samochodu są zamknięte. Ciężkie męskie ramię, które wciąż czuła na swoich barkach, pozbawiało ją złudzeń, że jakakolwiek ucieczka jest możliwa. Drzwi od strony kierowcy się otworzyły. Z podsufitki auta rozbłysło blade światło. Wystarczająco jednak intensywne, by Agnieszka zmrużyła przyzwyczajone do mroku oczy. Giovanni wysiadł. Otworzył drzwi po jej stronie i natychmiast chwycił ją za przedramię. Mocno. Zabolało. Dopiero wtedy Alessandro zabrał rękę. Znowu powiedział coś po włosku.

– Wysiadać – rozkazał Giovanni. Mówił cicho, niemal szeptem.

Posłuchała. Alessandro wynurzył się z wnętrza auta zaraz za nią, wlokąc za sobą chłopca. Björn wciąż milczał. Nie uronił nawet jednej łzy.

Prowadzili ich do chaty. Agnieszka zdążyła się obejrzeć. Felipe wciąż siedział w samochodzie, z głową opartą o szybę. Nie patrzył na nich. Wyglądał, jakby spał. Kiedy dotarli na werandę, Giovanni wziął chłopca za rękę, a Alessandro zaczął majstrować przy drzwiach domu. Po chwili stały otworem.

– Wchodźcie. – Giovanni pchnął ich do środka.

Pokój zalało światło, ukazując jego wnętrze. Duża kanapa z brązowej skóry, dwa fotele, a przed nimi ława stojąca na grubym, zielonym dywanie, kontrastującym z surową, zakurzoną podłogą. Kominek, a obok niego poukładane równo niemal do sufitu drewno. Nie było telewizora, nawet radia, żadnego atrybutu nowoczesności. Po lewej znajdowały się schody wiodące na górę, a pod nimi – niknący w cieniu korytarz, prowadzący zapewne do kuchni i łazienki.

Zimna dłoń na jej karku bez krzty subtelności zmusiła Agnieszkę do wykonania kolejnego kroku.

– Siadajcie – polecił im Alessandro.

Agnieszka ujęła Björna za rękę i poprowadziła go do kanapy. Alessandro przyglądał im się przez chwilę, a potem odwrócił się do Giovanniego. Rozmawiali w ojczystym języku. Właściwie mówił Alessandro, a Giovanni ograniczył się do roli słuchacza. Potem przyklęknął przy kominku i wrzucił do niego kilka drew. Alessandro wyszedł z chaty. Usłyszeli zgrzyt klucza w zamku. Zamknięto ich na dwa spusty.

– Zimno? – Giovanni obejrzał się przez ramię.

Agnieszka oderwała wzrok od drzwi i pokiwała głową.

– Zaraz będzie ciepło – powiedział Włoch, wrzucając zapałkę do paleniska.

Drwa zajęły się powoli. Ciepło było ledwie wyczuwalne, ale przyjemne. Ogień odbijał się w szeroko otwartych źrenicach uprowadzonej dwójki. Agnieszka obserwowała, jak Włoch przytrzymuje nad paleniskiem dłonie. Kiwnął głową w ich stronę, zachęcając, by zrobili to samo.

Agnieszka objęła Björna. Chłopiec spojrzał na nią niepewnie. Uśmiechnęła się i wstając, delikatnie pociągnęła go za sobą. Usiedli przy palenisku po turecku, zupełnie jakby byli na obozie harcerskim. Giovanni uśmiechnął się, wrzucając do kominka kolejną szczapę drewna.

– Głodni? – zapytał.

Agnieszka potwierdziła skinieniem głowy.

– Niedługo wszyscy coś zjemy – powiedział, wpatrując się w trzaskające płomienie.

– Dlaczego Alessandro zabił Flavia?

Pytanie sprawiło, że dziewczynie znów udało się przykuć jego uwagę.

Spoważniał. Cienie tańczyły na jego pulchnej twarzy.

– Dlaczego to zrobił? – Agnieszka nie dawała za wygraną.

Mężczyzna wstał. Dziewczyna zrobiła to samo. Patrzyła pewnie w brązowe oczy, próbując nie dać po sobie poznać, że się boi. Nie zdobyłaby się na to, gdyby miała przed sobą Alessandra.

– Co z nami będzie? Dlaczego tu jesteśmy?!

Kolejne pytania sprawiały, że Włoch czuł się coraz bardziej zakłopotany. W końcu odwrócił się na pięcie i już chciał odejść, ale Agnieszka zastąpiła mu drogę.

– Powiedz mi. Mam prawo wiedzieć. Dlaczego nas porwaliście? Tu chodzi o coś więcej niż tylko o pieniądze, prawda?

Włoch zerknął na drzwi, jakby się spodziewał, że w każdej chwili może pojawić się w nich Alessandro. Agnieszka powiodła wzrokiem za jego spojrzeniem.

– Aż tak się go boisz? Przecież nikomu nie wygadam, nie mogę uciec. Proszę, powiedz mi, o co w tym wszystkim chodzi…

***

Alessandro zamknął drzwi na klucz. Schodząc z werandy, spojrzał w atramentowe niebo. Gwiazdy zaczynały być widoczne. Nie dostrzegł nic, co mogłoby go zaniepokoić. Żadnego światła ani odgłosu nadlatującego helikoptera. Ruszył w kierunku volva. Do przejścia miał kilkanaście metrów, ale już w połowie drogi, mimo panującego mroku, zauważył, że siedzenie pasażera jest puste. Przystanął. Rozejrzał się dookoła. Drzewa szumiały Nieopodal rozległ się odgłos łamanej gałązki, szelest ugniatanych liści. Jakieś zwierzę wychodziło na żer. „Noc to szczególny czas zarówno dla drapieżnika, jak i jego ofiary” – pomyślał. W swoim życiu był i jednym, i drugim. Ile czasu musiało upłynąć, zanim sam stał się drapieżnikiem? Ile odwagi musiał w sobie znaleźć, by po raz pierwszy złamać zakaz madre i ruszyć w nocne otchłanie Neapolu? Był owcą wśród wilków, dobrowolnie wchodzącą do ich jaskini. Ale wtedy miał przy sobie Flavia. Wtedy to on był jego przewodnikiem i bratem. Dziś strzelił swemu bratu w serce. Teraz czuł, że jest całkiem sam.

Dostrzegł zarysy pomostu ciągnącego się w głąb jeziora. Obcasy jego butów stukały o spróchniałe deski, odbijając się głośnym echem, kiedy po nim kroczył. Zaalarmowały człowieka stojącego na jego końcu. Czarna postać się odwróciła. Przez chwilę Alessandro nie mógł się oprzeć wrażeniu, że obok don Felipego stoi ktoś jeszcze. L’ombra della morte – pomyślał. Cień śmierci. Każdy człowiek był nim naznaczony, nieprawdaż? Już w chwili narodzin śmierć była jedyną pewną rzeczą w życiu. A jej cień stawał się coraz wyraźniejszy, gdy zbliżała się ostatnia godzina.

– Don Felipe – rzekł niemal czule, zatrzymując się przed bossem. – Powinniśmy wejść do środka, zanim się przeziębisz.

– Jeszcze chwila. – Luciano ponownie zapatrzył się w dal.

Alessandro poszedł w jego ślady. Księżyc rzucał na wodę srebrzyste refleksy, tworząc swego rodzaju świetlistą drogę.

– Pamiętasz, kiedy przyjechaliśmy tu po raz pierwszy?

Alessandro sięgnął po paczkę papierosów. Włożył jednego do ust i zapalił. Wypuścił dym, jednocześnie kiwając głową. Pamiętał. Kiedy zabili przywódcę Lwów, musieli zniknąć na pewien czas, ukryć się, dopóki sprawa trochę nie przycichnie. Mikael Jönsson miał dwa domy nad jeziorem. Pierwszy, oddalony zaledwie kilkanaście kilometrów od stolicy, bardziej przypominał willę niż daczę. Ale był jeszcze drugi, skromniejszy, który Jönsson postawił w czasach, gdy nie przychodziło mu do głowy, by nazywać się wielkim biznesmenem. Wybór Felipego padł na niego. Spędzili tu miesiąc. On, Alessandro, Flavio, Giovanni, Cesare i Marco. Czas upływał im na odpoczywaniu, piciu i snuciu wielkich planów. Cesare, Marco i Flavio byli już martwi. Niebawem ich los miał podzielić również Felipe, a potem pewnie on i Giovanni.

– Wiem, że nigdy nie ufałeś Mikaelowi. – Felipe ścisnął mocniej poły płaszcza i włożył ręce do kieszeni. – Ale to on wyciągnął wtedy do nas pomocną dłoń.

Pomarańczowy ognik zażarzył się intensywniej, kiedy Alessandro ponownie się zaciągnął.

– Dłoń Mikaela trzęsła się ze strachu, don Felipe. Propozycja przyjazdu do Sztokholmu nie wyszła od niego.

Milczeli obaj przez dłuższą chwilę.

– Pamiętam, jak spędziliśmy tu kilka tygodni – odezwał się wreszcie don Felipe. – Nie mogliśmy przywyknąć do spartańskich warunków, ale mimo wszystko dobrze wspominam ten czas. Byliśmy wszyscy razem. Jak rodzina, która musiała opuścić dom, ale nadal pozostała rodziną.

– Możemy tam jeszcze wrócić, don Felipe…

Luciano zerknął w stronę Alessandra. Mężczyzna wrzucił niedopałek do jeziora. Rozległ się cichy, niemalże niesłyszalny syk.

– Wrócić do Neapolu…?

– Tak, don Felipe. Wrócić do Neapolu.

Luciano znowu spojrzał na srebrzystą, falującą ścieżkę wyznaczoną przez księżyc. Mimo braku sił i mimo bólu miał ochotę zrobić krok do przodu i biec przed siebie bez opamiętania. Wiedział jednak, że świetlista droga była równie nierealna jak ta wiodąca do domu. Obaj to wiedzieli.

– Tego właśnie chciał Flavio, prawda? – zapytał boss.

Alessandro nie odpowiedział.

– To miałeś na myśli, mówiąc, że nas zdradził? Chciał wrócić, ale beze mnie. On nas nie zdradził, Alessandro. Zdradził mnie. Dlaczego go nie posłuchałeś?

– Co to za pytanie, don Felipe? Ja…

– Wiesz, że to już koniec.

– Wiem, don Felipe. Ale wciąż to od nas zależy, jak będzie on wyglądał.

Luciano się uśmiechnął. Zaraz potem zaczął się krztusić. Kaszlał przez chwilę w zwiniętą dłoń. Gdy wreszcie zdołał dojść do siebie, wytarł zakrwawione palce o spodnie i powoli, krokiem starca ruszył w stronę brzegu.

– A więc chodźmy. Musimy się przygotować…

Alessandro Santoro stał jeszcze przez chwilę, spoglądając w granatową toń jeziora. Patrzył na swoje falujące odbicie. Patrzył na swoją l’ombra della morte.