Rozdział 2

Zobaczył ją po raz drugi dopiero na początku października. A przynajmniej – zobaczył ją na żywo. Bo przez te dwa miesiące mu się śniła. Nic takiego, żadnego seksu. Migała w tle, a on był zajęty czymś innym. Nie żeby o niej myślał. Ludzie ciągle pojawiają się i przepadają. Jak ci gówniarze wciskający ulotki na ulicy, barmani, pasażerowie w tramwaju, zmęczeni lekarze podbijający recepty, sprzedawczynie na stoisku mięsnym flirtujące z klientami. Tylko kiedy przechodził przez park, wypatrywał jej.

Nie wierzył, że się spotkają – i gdy ją dostrzegł, zatkało go. Szła pasażem galerii, nie rozglądając się. Miała na sobie popielaty płaszcz z czarnym futrzanym kołnierzem. Musiało się jej zrobić gorąco – na zewnątrz było chłodno, ale w galerii panowało przyjemne ciepło, dobrze nastrajające odwiedzających.

Miałby ją gonić? Co on?

– Idę na przerwę! – rzucił do pogrążonego w rozmowie z klientami Maćka, wytrącając go z marketingowego słowotoku.

Wybiegł z salonu i ruszył szybkim krokiem, zręcznie wymijając ludzi. Wypatrzył ją i zwolnił. Weszła na ruchome schody i przystanęła, dając się wieźć na piętro. Rozdzieliła ich grupa rozgadanych gimnazjalistów. Czemu nie byli w szkole? Nie spuszczał wzroku z tej babki. Raz odwróciła głowę i chyba zauważyła go kątem oka.

Skierowała się do Aromatów. Stukały obcasy jej kozaków. Wiktor przystanął. Wejść tam i do niej zagadać? Poczekać, aż wyjdzie? Niby po co? Dobra!

W Aromatach pachniało kawą, niemal zatęsknił, a nie pił jej od przeszło roku. Młynki do kawy i imbryki stały na półkach pod sufitem. Zatrzymał się przy jednej z podświetlonych gablot i udawał, że przygląda się wystawionym czarkom i puszkom, ładnym w sumie. Na jednej z nich było mnóstwo niezapominajek, na kolejnej – ustawione w szeregu lalki, a na trzeciej – łąka pełna maków. Nigdy nie zwracał uwagi na takie bibeloty.

– …poproszę, ta kokosowa była po prostu niezwykła! – usłyszał tamten melodyjny głos. – To było naprawdę doznanie. Jakbym piła chmury. Cirrusy.

Stała przy ladzie. W dłoniach trzymała odczepiony od płaszcza kołnierz. Przytulała go jak czarne zwierzątko.

– Jak pani tak mówi, to aż człowiek nie wie, co powiedzieć – odparła ze śmiechem facetka za ladą, szczupła blondyna.

– Jeszcze pani mi da tej arabiki, dobrze? Niech pani mi nie żałuje, ja bez kawy nie funkcjonuję. Ile dzieł by nie powstało, gdyby nie dobra kawa!

Przeczekał całą rozmowę. Intruz. Podglądacz. Zadzwoniła kasa fiskalna. Irytujący dzwonek wybudził go z zawieszenia. Wiktor stanął obok babki. Nie wyczuł chanel. Aromaty Aromatów najwyraźniej pochłaniały inne – jak kostki zapachowe w pisuarach.

– Przepraszam… – odezwał się i dotarło do niego, że się wygłupił. – Pani mnie fotografowała.

Obrzuciła go przelotnym spojrzeniem.

– Tyle ludzi fotografuję! Większość i tak idzie do odrzutu.

– W parku dwa miesiące temu.

– Tak, tak, możliwe. – Pokiwała głową, chwytając papierową torbę z nadrukiem „Aromaty”. – A pan ma na imię?

– Wiktor.

– Pamiętam! – Uśmiechnęła się. – Ładne imię. Zwycięskie. A teraz muszę lecieć, dziś takie urwanie głowy! Pani Donato, tę fakturę na wtorek mi pani przygotuje? Do widzenia!

Wyszła ze sklepu, a on został przy ladzie. Żenada. Nie mógł wyjść, jeszcze by na nią wpadł. Po cholerę tu wlazł?! Miał pospolitą twarz. Nie oblicze. Gębę. Ryj. Mordę. Facjatę. Sierpniowe spotkanie wykasowane z pamięci i aparatu w kilka sekund. Średniak.

– Co panu podać? – spytała facetka. – Kawę? Herbatę mam teraz pyszną, jaśminową.

– Nie piję ani kawy, ani herbaty.

– Aha – skwitowała oschłym tonem, nie polubią się, nie nasz klient, nie nasz pan.

Miał ją w dupie. Przeszedł do wyjścia. Spojrzał na puszki i czarki oświetlone za szkłem.

– Może bym kupił taką jedną puszkę.

– Tak? – podchwyciła. – Niech pan tu podejdzie, tam jest ekspozycja. Tu mam jeszcze inne, też ładne.

Wrócił. Patrzył, jak facetka wykłada kolejne puszki na ladę. Im było ich więcej, tym bardziej się gubił. Może ładne, ale na co mu one? Od zapachu kawy kręciło się we łbie.

– Ludzie je często biorą, bo są ładne, nie tandetne – uderzyła w poufały ton. Znał te taktyki. – Ciągle muszę domawiać. I na prezent się nada, i do domu. Na herbatę, na kawę, jakieś drobiazgi, jak pan herbaty i kawy nie pija…

– Dobrze, biorę. – Wybrał tę w maki.

– Zapakować?

– Nie, nie trzeba, tak wezmę.

Wyciągnął portfel, zadźwięczała kasa. Głupio się rozstał z Kazimierzem – w zamian otrzymał tylko garść monet i niepotrzebną puszkę. Mógł zawołać za tamtą babką: „Wtedy powiedziałem ci, że nazywam się Rajmund!”. Och, ale by jej dowalił, jeju, jeju…

– Ta pani naprawdę zrobiła mi zdjęcie – powiedział.

– A bo ona coś tam sobie fotografuje, tak. Sklep prowadzi, ozdóbki, pierdółki, jakieś szaliczki, chusty, porcelana.

– Jak się ten sklep nazywa? – drążył, choć nie było mu to do niczego potrzebne. – Ja lubię takie rzeczy, to zajrzę.

– Od razu widać, że pan lubi. – Spojrzała na niego życzliwie. – Ładna ta puszka, dobry wybór. A ten sklep to Stylowa.

Wyszedł z Aromatów w znajome ciepłe powietrze. Babki już nie było. Puszka ziębiła palce. Po pracy ją wywali. Głupio tak przed sklepem.

Maciek stał znudzony przy swoim stanowisku. Przemek, ten nowy, obsługiwał parę w średnim wieku. Nie szło mu dobrze, zacinał się. Nie zagrzeje tu długo miejsca. Nie to co on, Wiktor. Zwycięskie imię.

– Masz mi nie przerywać! – syknął Maciek. Gdyby nie klienci, nie byłby tak grzeczny. – Nie jesteś tu sam.

– Sorry.

– Co masz? Na co ci taka blacha?

– Nie wiem – powiedział Wiktor, bo naprawdę nie wiedział.

ornament

Sam się sobie dziwił, ale nie wyrzucił tej puszki. Postawił ją na biurku. Trzymał w niej agrafki i zszywki. Gdy obracał ją w dłoniach, zawartość grzechotała. Kupił legalnie (i za Kazimierza!), a czuł się jak złodziej.

Wrzucił tam też fotografię Julii, którą wyjął z portfela spomiędzy zużytych biletów. Nie była zbyt ładna, choć nadrabiała figurą. Miała czarne oczy o bacznym spojrzeniu i ciemne krótkie włosy. Rzadko się uśmiechała. Uczciwie rzecz biorąc, on też nie był jakiś super, a po tamtym to już…

W zasadzie nie miał w swojej kawalerce nic ładnego. Żadnych obrazków, plakatów, słoników, pamiątek z podróży (wyjeżdżali z Julią na krótkie wycieczki) i czego tam jeszcze. „Kurzołapy” – tak określała Julia takie barachło.

Potrafił sobie zająć czas. Kręcił się po necie. Słuchał muzyki, oglądał filmy, czasem włączał pornosy. Nie było tak źle samemu, choć tęsknił za Julią, jakby tylko wyjechała i w każdej chwili miała wrócić. Fantazjował, że kiedyś zadzwoni, znów będą razem. A w niektóre dni nawet o niej nie myślał.

Znalazł tę babkę od zdjęć. To był jeden z tych wieczorów, gdy się tak długo czekało na noc. Wiktor wpisał w Google „Stylowa” z nazwą miasta i dupa. Zamiast to olać, zawziął się, aż trafił. Stylove. A babka nazywała się Liwia Gawlin. Zagadka rozwiązana – jakby przydybał wreszcie muchę, która bzyczała irytująco, fruwając od kąta do kąta, i rozprawił się z nią za pomocą klapka. Kurde, skąd mu to przyszło do łba?

Iść do Stylove? Po co?! Żeby kupić kolejny kurzołap?

Liwia Gawlin. To dobrze brzmiało. Jakby było jednym słowem, tak samo jak „patelnia”, „komórka”, „Facebook” czy „telewizor”. Liwia Gawlin… Imiona rzadko dobrze komponowały się z nazwiskami – widział, gdy udawało mu się kogoś naciągnąć na umowę.

We wtorek zerkał na pasaż, kiedy sobie o niej przypomniał. Liwia Gawlin. Może nie przyszła dziś do galerii. Może wybrała równoległą alejkę i nie mógł jej zobaczyć. A może przeszła, gdy rozmawiał z którymś z klientów albo z Maćkiem. Przegapił ją.

Dużo później dotarło do niego, że coś stracił. Kiedy była Julia, życie toczyło się do przodu, a gdy odeszła, utknęło w bagnie. Chyba nawet wcześniej tam tkwiło, tylko tego nie dostrzegał. Chodził do pracy, wracał do swojej nory, w sobotę spotykał się z tymi samymi ludźmi na piwie, w niedzielę jeździł do rodziców. I tak w kółko. Bez sensu. Przyda mu się coś nowego. Pójdzie do Stylove i pozna Liwię Gawlin.