Następne dni okazały się nijakie, jak zwykle. Praca. Jedzenie. Wieczory przy telewizji. Sen. Tęsknota za Julią i Fioną.
No i Liwia Gawlin. Próbował wyrzucić ją z łba na amen i dupa. Znieczulał się tamtym jej durnym „życie nie jest pełne bez herbaty”, przypominał sobie, jak śmiała mu się w twarz (w gębę), i już miał ją gdzieś. Z początku działało.
Rozglądał się po kawalerce. Widział ściany upstrzone śladami po zabitych komarach, czyste i brudne talerze, podkoszulki, dżinsy, biurko, stojak na płyty, torbę z proszkiem do prania, korek do zlewu, buczący bojler. Coś mu tu nie grało. Dokuczało jak ćmienie łba na kacu. To chyba od bajzlu, strasznie zapuścił tę swoją norę, jak nie miał dla kogo o nią dbać. Zrobił porządek na błysk, ale dalej ćmiło.
Nie chciał wracać do Stylove. To tak, jakby wybierać się na seans już obejrzanego filmu, który okazał się klapą. Ona go nie poznała. Ciul z tym! Trochę się przejmował. Komu mógł o tym powiedzieć? Nie miał już Julii. Monika by wypaplała Sewerowi, nabijaliby się z niego. Gdyby prowadził bloga, toby się wypisał i dostał lajki. Jeśli komuś chciałoby się czytać takie pierdoły.
Była tylko jedna osoba, której mógł o tym powiedzieć – Liwia Gawlin. I dlatego wybrał się znów do jej sklepu.
Nie umiał wejść tak po prostu. Zawracał dwa razy, wściekły na siebie, że w ogóle tu dotarł. Na co mu to? Nie potrzebował ani Liwii Gawlin, ani jej kurzołapów. I tak sobie krążył wokół Stylove. Był wieczór, błoto kląskało mu pod stopami, skarpetki nasiąkały wilgocią.
Znów znalazł się pod sklepem i znów nie wszedł. Dotknął zimnej szyby, zostawiając ślady palców. Patrzył na badziewie wśród poduszek. Tandeta. Gówno. Gówno. Gówno! Zaczęło padać. Po co tu przyłaził? Po co go zaczepiała?! Mogła przejechać obok, zdążyłaby uciec przed deszczem.
Ktoś go potrącił. Koleś w kapeluszu, z granatowym szalikiem do ziemi. Dłuższych nie miał?! Wiktor odsunął się o krok. Znów poczuł wilgoć w prawym bucie.
– Przepraszam, nie zauważyłem pana. Proszę. – Uchylił drzwi. – Liwia, masz gościa! – rzucił do wnętrza.
Noż kuźwa! Komedia! Drzwi stały otworem – a za nimi machający kot, muzyka jak z Polskiego Radia. Wszedł, a tamten za nim zamknął. Wiktor zobaczył świecznik, cienie na ścianach, zdjęcia, regały, duperele na półkach. Znów tu był. Czuł się tak, jak ta ozdobna puszka w maki musiała się czuć w jego kawalerce.
Liwia Gawlin miała na sobie elegancką kieckę, brązową we wzory. Znów widział te zęby między uszminkowanymi ustami, znów ogarniało go ciepło.
– Istny Mars! – przywitała go.
– Batonik?
Roześmiała się. Śmiech miała przyjemny, jakby drżący.
– Bóg wojny. Może jadł batoniki, nie wiem… – zachichotała. – Herbaty się pan nie napije, więc może wody?
– Niczego nie chcę!
– A ja wierzę, że pan dziś znajdzie coś dla siebie – powiedziała niezrażona. – A może to pana coś znajdzie. Nie będę panu przeszkadzać.
Odwróciła się, usiadła przy biurku, chwyciła długopis i pochyliła się nad leżącymi tam papierami. On się nie ruszył. Patrzył na jej skupioną twarz rozjaśnioną natrętnym blaskiem biurowej lampki. W dupie miał te jej bambetle, kurzołapy. Niechby w końcu na niego popatrzyła, no dalej! Muzyka grała. Płomyki drgały.
Podniosła wzrok.
– Może ja panu pomogę coś wybrać?
– Ja się nie dam nabrać na te marketingowe gadki, ja jestem po marketingu, więc je znam! – Podszedł do biurka. – Pani sprzedaje zwykły szajs! Nic z tego nie chcę! Szkoda Kazimierzów!
Sądził, że wybuchnie, każe mu się wynosić z jej bibelotowego królestwa – a ona przyglądała mu się bez złości. Między palcem wskazującym i kciukiem trzymała długopis i irytująco nim kołysała.
– Co ja panu właściwie zrobiłam? – zapytała z zainteresowaniem.
– Pani mnie nie rozpoznała.
Nie chciał tego powiedzieć. A może chciał. Zrobiło mu się lżej.
– A pan mnie oszukał.
Zatkało go. Nawet nie miała pretensji! Była smutna, a on się poczuł jak ostatni dupek.
– Ja cię potraktowałam poważnie – ciągnęła. – Ty mnie nie, Rajmundzie, Wiktorze, czy jak się tam naprawdę nazywasz. Nie Rajmund, wiedziałam od początku.
– Wiktor – mruknął. Teraz wolałby się nazywać Rajmund i nosić to imię przez całe życie, niż w jednej jego minucie przeżywać ten cholerny wstyd. – Nie podjeżdża się do kogoś jakby nigdy nic, nie prosi o zdjęcie!
– A co w tym złego?
– Ja się nie dam tak uwikłać w jakieś takie…
– Co w tym złego? – powtórzyła spokojnie.
– Nie wiem!
Uciekł pod regał. Gapił się na wazoniki, wisiorki, kamienie i chusty. Ujmował je w dłonie. W trzy dupy tu tego tałatajstwa. „Powidło i mydelniczki”, mówiła mama w przebłysku dobrego humoru. Szukał tego kamienia, tego białego, ale już go nie było. Ktoś kupił takie nic!
Liwia Gawlin znalazła się bardzo blisko, wyprzedzona przez zapach chanel. Czuło się bijące od niej ciepło. Jakąś taką radość. Ona wiedziała, jak się właściwie żyje.
– Podoba ci się?
Najpierw spojrzał, a dopiero potem poczuł, że trzyma w dłoniach serwetę, małą, pełną dziur. Gdzie ta szmata leżała?
– Ładna – skłamał.
– Opisz ją. – Takim tonem nauczycielka matematyki kazała mu rozwiązać równanie z dwiema niewiadomymi. Był kiepski z równań.
– No, ładna. Kremowa. Dziurkowana.
– Dziurkowana!
– Chciałoby się ją głaskać.
Idiota.
– Weź ją – powiedziała. To już nie był rozkaz, tylko prośba. – Jest twoja. Po to przyszedłeś. Tylko dbaj o nią, proszę cię. Ktoś szył ją z miłością. Jak widać, szył dla ciebie.
Jeszcze przed momentem chciał odłożyć tę serwetę na półkę, a teraz nie potrafiłby jej wypuścić z rąk. Muskał kremowe sploty. Liwia Gawlin mu się przypatrywała.
– To pani szyła?
– Nie. Ja nie mam ręki do igły. Wolę aparat. I mów mi po imieniu.
Poszedł za nią do kasy i bez żalu rozstał się z Kazimierzem Wielkim, Mieszkiem i pięciozłotówką. Liwia Gawlin złożyła serwetę i zapakowała w papier prezentowy. Miała ciepłe palce. Nie szyła tej szmatki, ale trzymała ją w dłoniach.
– Dziękuję, Liwia – powiedział, choć rzadko dziękował sprzedawcom w sklepach. Po co dziękować komuś za wykonywanie swoich zasranych obowiązków?
Chciał jeszcze zostać wśród tych dziwnych, nieprzydatnych przedmiotów. Posłuchałby, jak Liwia Gawlin o nich opowiada. Świece, fotografie, imbryczki – lepsze to niż deszcz. Podszedł do mniejszego regału. Na jednej z półek stały imponujące metalowe szachy, srebrne i czarne. Po co komu takie? Miały w sobie coś dostojnego. Chwycił jedną z czarnych figur – chyba królową. Ciężka jak diabli. Odłożył, jeszcze Liwia Gawlin kazałaby mu je kupić. Bałby się zapytać o cenę, a co dopiero bulić!
– One też ci się podobają? – zagadnęła.
– Skąd je wzięłaś, z Hogwartu? Tak musiały wyglądać szachy czarodziejów. Harry, Ron i Hermiona grali takimi pod koniec pierwszego tomu, gdy szli do komnaty z Kamieniem Filozoficznym.
– Jeszcze jeden fan Harry’ego Pottera! Przyznaję, bardzo uwodzicielski cykl! Tylko że to masówka, a przecież… – Urwała.
Do środka weszły dwie laski, po jesiennemu okutane. Wyższa odłożyła parasol na wykładzinę. Liwia Gawlin już była przy nich i poleciła im się rozgościć.
– Szukamy czegoś na prezent dla koleżanki – powiedziała niższa. – Ona lubi ładne rzeczy. Stylowe – zachichotała.
– Ty, ale kapitalne! – Druga zapatrzyła się na świdry wirujące pod sufitem. Chwyciła czerwony między dłonie i wprawiła go w ruch. Kręcił się i kręcił.
– Ładne, prawda? – odezwała się Liwia. – Można patrzeć bez końca.
– Widziałam takie kiedyś. – Niższa wzruszyła ramionami.
Wiktor stał przy biurku niczym kolejny bibelot do kupienia i obserwował Liwię Gawlin, jak prowadzi klientki do regału. Patrzył okiem sprzedawcy na koleżankę po fachu. Wypytywała laski, pokazywała im chusty, wazoniki, biżuterię. Głos miała wibrujący, śpiewny, to od przeciągania samogłosek. A te dwie pipy wybrzydzały – jedna ciągle „nie” i „nie”, a druga „sama nie wiem”. Po co tu przylazły?
A po co on przylazł? Nic tu po nim. Przeszedł do wyjścia, otworzył drzwi. Deszcz! Kilka kropel wpadło do środka. Odwrócił się.
– Cześć, Liwia! – zawołał bez przekonania.
Nawet na niego nie spojrzała. Właśnie mówiła tym dwóm siksom o wyjątkowych właściwościach agatów. Tylko ten pieprzony żółty kot pomachał mu na pożegnanie.