Gdy odwiedzał rodziców, zdarzały się takie momenty, w których myślał, że nadal tu mieszka, że ma wszystko przed sobą, nic się jeszcze nie stało. Zawieszał się. „Zepsułeś się, durnoto?”, pytał Jacek, gdy go na tym przyłapywał. Pstrykał palcami.
– A w pracy u ciebie dobrze? – spytała mama. Mówiła niby niepewnie, nawet gdy wbijała szpile.
– Taaa…
W kuchni od lat nic się nie zmieniło. Te same emaliowane garnki, poobtłukiwane talerze, te same noże, ostrzone regularnie w zakładzie na rogu, ta sama mikrofala, lodówka z odwieczną naklejką z Alfem i hasłem „don’t drink and drive”, te same firanki, zawsze sprawiające wrażenie poszarzałych, te same białe parapety, na nich stare numery „Faktu” i „Claudii”, ten sam zlew i brudny filtr zamocowany na kranie. Wiktor nigdy nie wierzył w to, że woda tutaj jest czystsza.
– To jest dobra taka praca, że zarobisz, że jest stała, że umowę masz, to jest takie ważne? – dodała mama kolejną ze swoich standardowych kwestii.
– Może być.
– To przyszły weekend masz zajęty?
– Tak.
– Ale za to poniedziałek wolny?
– Nie pamiętam. Musiałbym do grafiku zajrzeć.
Mama krzątała się przy garnkach. Brzęczała naczyniami, mieszała, szperała w lodówce. Zawsze tak samo – on siedział, ona robiła. Tylko Julia niekiedy pomagała jej w kuchni. Fajnie, że ona i mama zmywały razem, rozmawiały. Czasem od zapachu niedzielnego obiadu, tych schabowych, tych tłuczonych ziemniaków, surówki, chciało mu się rzygać. Obiadowe smrody. Mama się cieszyła, że go nakarmi czymś lepszym, że napełni mu plecak słoikami.
– Kupiłem sobie taką serwetę. Dziurkowaną.
– Po co?
– Nie wiem. Na stół. Nie wiem.
– Że ty pieniądze wydajesz na takie rzeczy? Myślałam, że to bardziej dziewczyny kupują takie rzeczy?
Wzruszył ramionami.
Z dużego pokoju dochodziły dźwięki z telewizora – głos prowadzącego, śmiechy i oklaski. Choć Wiktor siedział w kuchni, było tak, jakby tkwił i tam. Ojciec, Jacek i Kacha oglądali teleturniej. Czasami do nich dołączał, ale na krótko. Przed telewizorem czuł się jednym z tych wynajętych do klaskania anonimowych gości z widowni, tłem.
– Zjesz dzisiaj zupy?
– Nie, mamo.
– Nie możesz ciągle nie jeść zupy? Już byś dał spokój! Jarzynową zrobiłam, dobrą? Zjesz?
– Mamo, nie mielmy tego ciągle. Zjem drugie.
Najchętniej by stąd uciekł. Wcale mu się nie chciało tu siedzieć. Jak był z Julią, nie zjawiali się w każdą niedzielę, tylko co dwa, trzy tygodnie. Kiedy zerwali, zaczął przyjeżdżać co tydzień. Tak już zostało. Przyjeżdżał, siedział kilka godzin i myślał o tym, że jeszcze dziś trzeba będzie wrócić.
– A u Julii co, nie wiesz? – Mama wyciągnęła śmietanę z lodówki.
Oto zemsta za pyszną zupę jarzynową, której nie chciał nawet skosztować. Ojciec wrzeszczał, jak się wnerwił, ale to pytania mamy – zadane tym samym cichym, niepewnym tonem – wkurzały Wiktora bardziej.
– Nie.
– Nadal jest z tym tam?
– Nie wiem.
– Mówiłam, żebyście się pobrali. Co to ten ślub, takie znowu mecyje? Żyłbyś teraz jak człowiek. A wy tam: po co się spieszyć, no to już widzisz po co? Na pewno nie chcesz zupy? Chochelkę jedną? Nie? Może wy się jeszcze zejdziecie?
Przemknął do swojego dawnego pokoju po trochę prywatności (jeśli można mówić o prywatności przy wrzeszczącym przez ścianę telewizorze). Na ekranie Karol Strasburger rozmawiał z jedną z zawodniczek, rozległy się brawa.
Żegnaj, prywatności! W jego pokoju rezydował Rogerek. Klęczał na wykładzinie i bawił się autkami. Nie za durna zabawa jak na siedmiolatka? Mały chujek!
– Wujek Wiko! – wyszczerzył zęby w szczerbatym uśmiechu. Autka zatrzymały się tuż przed zaimprowizowaną kraksą. – Będziesz mercedesem!
– Nie. I spadaj stąd. To mój pokój.
Rogerek miał w dupie „wujka Wiko”. Autka pędziły po wykładzinie.
Wiktor przypomniał sobie wesele Jacka i Kachy. Czuł się, jakby brał udział w Sylwestrze z Jedynką. Ojciec był wyszykowany, ogolony, matka z ufarbowanymi włosami, Jacek pod krawatem, w garniturze i lakierkach, całkiem do siebie niepodobni. Wesele jak wesele, z muzyką, wodzirejem, zabawami w zajmowanie krzeseł, w pociąg jadący w rytm piosenki Rynkowskiego, w picie wódki z talerza (to on wziął w tym udział, dopingowany przez Jacka i kuzynów), rzucanie welonem i krawatem. I tak najważniejszy był ten dzieciak w napęczniałym brzuchu Kachy. Wiktorowi było przykro, gdy się okazało, że chrzestnym zostanie brat Kachy, a nie on. Miał złośliwą satysfakcję, że z Kachy już na dobre zrobiła się beczka – nie schudła po porodzie.
A teraz chwyciłby tego gnojka, powyrywałby mu brązowe kudły z łba i powybijał mleczaki z gęby – na przykład tłuczkiem do mięsa, którym mama rozbijała kotlety na obiad.
– Zabieraj się stąd, słyszałeś? Idź do babci do kuchni! Ruchy, ruchy, debilu!
Rogerek zebrał tyle autek, ile zdołał, i wybiegł z pokoju. Zaraz właduje się Jackowi na kolana i zacznie się skarżyć. Jacek powie „no widzisz, no” i przygarnie go do siebie tak, aby gnojek nie zasłaniał ekranu.
Usiadł na wykładzinie, opierając się plecami o łóżko. Chciał się położyć i zamknąć oczy. Nie! Pojebało go chyba! Patrzył na swoją dłoń, zaciskał i rozwierał palce. Irytujący dżingiel Familiady rozbrzmiewał raz po raz – i brawa, brawa!
Po obiedzie Wiktor pójdzie na przystanek, dojdzie do kamienicy, pogrzebie za kluczami, wsunie je do zamka, wejdzie, zamknie za sobą drzwi, zobaczy znajomy bajzel, nic z tym nie zrobi, zadzwoni do mamy, że dojechał, i już przez całą resztę dnia nie będzie musiał się odzywać. Świetna perspektywa – jak zawsze.
Chciałby o tym nie pamiętać.
Liwia Gawlin nawiedzała go w najróżniejszych porach dnia. Czekał na klienta na swoim stanowisku, tkwił w kolejce w Subwayu i zastanawiał się nad sosem do kanapki, stał nad pisuarem, otwierał drzwi do sklepu, wpatrzony w napis „pchać”, czytał o Blair Witch Project, mijał akację, widział krzyczący tytuł tabloidu – i przypominał sobie o niej. Miał wrażenie, że te myśli go swędzą.
Kiedyś często myślał o Julii, tak jak się myśli o sobie. Nic ważnego. Po prostu wracało to, że Julia jest, że zobaczą się wieczorem po pracy. Czasem naprawdę tęsknił i wtedy do niej pisał, odpisywała na odczepnego. Rzadko się umieli zgrać z taką tęsknotą.
Wywaliłby Liwię Gawlin z łba, gdyby mógł. Chciał też eksmitować Ryśka, Rogerka, tę głupią babę, która darła się na niego w salonie Interneksu, narkomana klęczącego na chodniku (Wiktor miał wtedy jakieś sześć lat, mama pociągnęła go na drugą stronę ulicy), pierdolniętego klauna z ekranizacji Stephena Kinga, a także Lecha – gnębiciela z pierwszej klasy. Julii też czasem chciał się pozbyć. Zabawa dla idiotów! Jak się nie chce myśleć o białych niedźwiedziach, to się zobaczy całe stado, jak tych z coca-coli.
W pewien czwartek przed pracą znów poszedł do Stylove. Chciał kupić prezent urodzinowy dla mamy. Urodziny miała pod koniec grudnia (obchodzili je w Wigilię dla wygody), ale czemu nie kupić czegoś wcześniej, żeby mieć spokój? Nie chodziło o Liwię Gawlin. Zobaczy ją, to jej sklep, ale co z tego? Gdyby przyszła do Interneksu, też by ją obsłużył, tak jak Sewera, Kachę czy nawet Ryśka. Za to mu płacili. Tak samo chodzi się do warzywniaka, gdy się potrzebuje cytryn, do fryzjera, kiedy trzeba się ostrzyc, czy do apteki, jak się skończy ibuprom.
Wszedł do środka. Był kot, była wanilia, były muzyka, świecznik, figury szachowe i świdry, ale Liwii Gawlin nie było. Na jej miejscu siedziała dziewucha z głową całą w czarnych dredach. Jacek i Kacha mieli w mieszkaniu takie czarne sznurki tam, gdzie powinny być kuchenne drzwi. Chrobotały, jak się wchodziło do kuchni. Niepotrzebny szmelc.
Dziewucha odłożyła czytaną książkę (Dwie wieże Tolkiena, widział to w kinie), wstała i podeszła do niego. Była trochę przygruba, ubrana na czarno, prawie zlewała się z otoczeniem. Za to gębę miała tak bladą, jakby nałożyła sobie kilo pudru. W brodzie nosiła błyszczący kolczyk – wyglądał jak wielki pieprzyk, który chciało się zdrapać.
– Dzień dobry, czy mogę panu doradzić?
Chciał zapytać o Liwię Gawlin, ale się zastopował. Przyszedł po prezent. Szkoda, że jej nie zastał, ale ciul z tym. Nie zamierzał przecież kupić jej.
– Szukam czegoś dla mamy. Znajdę coś tam.
– Proszę się rozejrzeć, a ja tu będę, jakby co.
Przeszedł się wolnym krokiem wzdłuż sklepu. Patrzył na zdjęcia ponurego chłopaka. Zobaczył obraz z tym złudzeniem optycznym – wazon i dwa łby, widział go w podręczniku do fizyki. Wazon i łby migały na przemian przed oczami. Podszedł do regału. Tu stał i trzymał w dłoni agat, miął w palcach serwetkę, która nie była mu do niczego potrzebna. Zobaczył też piękne szachy, coś go do nich przyciągało.
Nie, spada stąd. Muzyka chciała go uśpić. I ten zapach! W Interneksie niczym nie pachniało, może trochę chłodem klimatyzacji.
– Nic pan nie znalazł?
– Nie. A Liwii Gawlin nie ma?
– Nie – odparła, jakby to była dziecinna zemsta za to, że nie zostawił w kasie ani Mieszka. Nie zapytała, czy coś przekazać.
Więcej tu nie przyjdzie, nie będzie się wygłupiał. A mamie da w prezencie tę serwetkę. Szkoda, że ją rozpakował, Liwia Gawlin się postarała.
– Jestem, jestem!
Wyłoniła się z zaplecza. Zdusiła fajkę w stojącej na biurku popielniczce. Uśmiechnęła się do niego i on musiał się uśmiechnąć. Nawet gdyby nie chciał, ten uśmiech chyba sam pojawiłby mu się na gębie.
– Kochana Dolly, ty moja strażniczko – zwróciła się do dziewczyny – nie ma mnie dla nikogo, ale to jest nasz stały klient! Dosyć wybredny. Wiktorze, znów nie podoba ci się nic, co mam do zaoferowania?
Podeszła do niego z wyciągniętą ręką, z zapachem chanel i mentolowych fajek. Popatrzył na nią, taką zgrabną, wysoką, na jej czarną wąską spódnicę sięgającą kostek, na pierścionki na jej palcach. Przypominała trochę Morticię Addams. Ujął jej dłoń, drugą poczuł na policzku.
– Nie wiem, jakoś…
– Chodź, jeszcze zobaczymy.
Poprowadziła go do regału. Wypytała o jego mamę, wiadomo, potrzeby klienta. Głupio mu było ją obgadywać, a poza tym bał się, że Liwia Gawlin wciśnie mu coś drogiego. Chwycił pierwszy lepszy wisiorek z ciemnozielonym kamykiem.
– Akwamaryn – oznajmiła Liwia Gawlin. – Ciekawe, że właśnie ten wybrałeś. Kamień odwagi, tak się go nazywa. Mama potrzebuje odwagi? Zmaga się z bólami głowy?
– Tak. Chyba tak.
– On jest dobry na bóle głowy, szyi, na stawy. Powiedz matce, żeby raz na jakiś czas wystawiała go na słońce, żeby błyszczał.
– Powiem – skłamał. Jak mama miała coś z tego skumać, skoro on nic nie kumał? Co to niby, jakiś odpowiednik apapu? Jakim trzeba być kretynem, żeby wierzyć w coś takiego?
– Dolly, zapakuj to jak najładniej.
Dziewucha podeszła do nich i przejęła wisiorek. Liwia Gawlin odprowadzała ją wzrokiem.
– Dolly to ładne imię, prawda, Wiktorze?
– Tak – odpowiedział. Kojarzyło mu się tylko ze sklonowaną owcą.
– Ładniejsze niż jej prawdziwe: Daria. Te dwa „l” i „i” na końcu sprawiają, że się przez nie jakby płynie. Jest słodkie i lekko szczypiące język. A „Wiktor” brzmi, jakby do środka wpadł mały kamień, który trzeba przegryźć. To twarde imię. Nieustępliwe. Pasuje do ciebie.
Pitolenie! Imię to imię, jak kolor oczu, liczba palców u rąk. Nigdy się nad tym nie zastanawiał.
Przeszli do kasy. Fajnie się gadało o kamykach, ale dwa Kazimierze musiał zostawić!
– Mam nadzieję, że twoja matka będzie szczęśliwa. Pamiętaj o tym słońcu, by akwamaryn był ładny, błyszczał się. O kamienie szlachetne trzeba dbać, żeby oddały nam swoją moc.
Od tych zapachów, oparów świec kręciło mu się we łbie. Powinien spadać, a nadal stał.
– Nie chciałbyś się gdzieś przejść? Do Delicious, to taka miła kawiarnia! Zapraszam!
– Dobra! – wydusił z siebie, osłupiały.
– Świetnie! – Złączyła dłonie. Wróciła na zaplecze po płaszcz i torebkę. – Zapraszam cię na herbatę…. Nie, nie na herbatę! Dolly, kochana, przypilnuj tego naszego światka, będę za pół godzinki, może za czterdzieści minut! Gdyby Cecyl dzwonił, to mam randkę!
Randkę? O kurde! W życiu nie ośmieliłby się startować do takiej babki jak ona!
Zapomniał, jak było zimno. Super, że Liwia Gawlin idzie obok! Ściskało go w środku. O czym miał z nią gadać? Wpatrywał się w popękane płyty chodnikowe. Widział niedopałki papierosów, paragony, rozdarte opakowanie po chrupkach Flips, które szurało po nawierzchni popędzane wiatrem.
– Wiesz, co czytała moja Dolly?
– Dwie wieże.
– Spostrzegawczy jesteś! Tak myślałam! Piękna książka. Trochę nudna, ale jaka barwna! Tolkien miał wyobraźnię! Podczytywałam ją, jak robiłam takie grafiki i makiety na imprezę pasjonatów Władcy Pierścieni. Nic wielkiego, zlecenie, nie ma o czym mówić. Chałtura jest jak uboga kuzynka prawdziwej sztuki. Niektórzy mówią, że sztuka to zawsze sztuka, ale nie daj się temu zwieść, Wiktorze. Jest sztuka i jest coś, co sztukę tylko udaje.
Weszli do kawiarni, która bardziej przypominała restaurację. Wszystko wydawało się ciężkie – i światło, i zasłony, i białe obrusy oraz serwetki poukładane w harmonijki, i obrazy z nocnymi pejzażami, i karty menu oprawione w skórę. Muzeum! W szkole ich ciągano po muzeach, zmuszano do oglądania obrazów, pisania jakichś durnych sprawozdań z wycieczki. Nigdy nie wiedział, co napisać.
– Byłeś tu już kiedyś? – zapytała, gdy rozsiedli się przy stoliku.
– Nie.
– Zatem mam nadzieję, że ci się tu spodoba. To przyjazne miejsce.
Co miał odpowiedzieć? Nie znał się. Jak gdzieś chodzili z Julią, to na pizzę. Pizzerie nie były takie sztywniackie. Kelnerki, spocone, obrażone, miały na sobie koszulki z nazwą lokalu. Przynosiły sosy w dzbanuszkach, czosnkowe i pomidorowe. Radio się wydzierało muzyką, wiadomościami, konkursami. Julia, jak się nudziła, czekając na pizzę, sięgała po papierowe serwetki, darła je, przerabiała na kuleczki i kładła na stole, białe, czerwone, bezużyteczne. On tymczasem czytał ulotki z menu od góry do dołu listy pizz, których nie zamówił.
A teraz siedział tutaj, w zwykłych dżinsach, zwykłej bluzie, ze swoją zwykłą gębą. Kręcił się na krześle, jakby ktoś mu podłożył pinezkę pod tyłek.
Pojawił się kelner, wypindrzony gówniarz, marynara, biała koszula, ładny zapach. Włosy miał ułożone, jasne, oczy niebieskie, a i pewnie nogi, których nie musiał się wstydzić. Gogusiek.
– Dzień dobry, pani Liwio – odezwał się głosem głupio ciepłym, pedałowatym. – Coś gorącego dla państwa w ten chłodny dzień?
– Dla mnie „Słoneczna rozkosz”, wie pan, jak ją uwielbiam. Ale ten młody człowiek nie pije herbaty.
– Więc może kawę? Mamy wspaniałą parzoną, od samego aromatu chce się pić.
– Kawy też nie piję – burknął Wiktor i jeszcze bardziej przestał tu pasować. – Niech będzie lemoniada. – Nie był fanem lemoniady, ale głupio zamówić wodę gazowaną.
– Wspaniale. – Gogusiek zabrał jedną z kart, ukłonił się, jakby zakończył występ.
Liwia Gawlin patrzyła za nim, gdy odchodził, Wiktor też – a nie było nic ciekawego do patrzenia. Każdy może sobie włożyć marynarę i czarne spodnie. On też musiał się jakoś ubierać do pracy, choć nie trzeba było się przynajmniej tak pindrzyć.
– Znów się spotykamy, a nic o tobie nie wiem, Wiktorze zwycięzco.
– A ja nic o tobie – odpowiedział sprytnie. Wcale nie chciał mówić o sobie. Czym się tu chwalić? Pracą w Interneksie?
– Jakie nic? Już zapomniałeś, że prowadzę sklep, że robię zdjęcia, że jeżdżę na rowerze, kiedy popsuje mi się samochód? Że jestem?
– Nie.
Milczeli. Przyszedł Gogusiek, z tacą, imbrykiem, cukiernicą, lemoniadą w wysokiej szklance i z uśmiechem.
– „Słoneczna rozkosz” dla pani, niech się tylko trochę zaparzy. A dla pana lemoniada, parzyć się nie musi.
Wiktor patrzył na szklankę pełną wody, kostek lodu i lemoniadowych farfocli. Fuj. Dostrzegł dwa goździki. Jako smarkacz rozgryzł taki z niedzielnego kompotu. Pamiętał ten wstrętny suchy smak. Przytknął usta do czarnej słomki. Skoro pił, nie musiał mówić. Nie było to takie złe, ale zbyt dobre też nie. Słodkie i kwaśne. Trochę miodowe. Ściek z pływającymi śmieciami.
– Herbaty ci nie proponuję, choć najchętniej bym się nią z tobą podzieliła. – Nachyliła się w jego stronę. – Opowiedz mi o swoim życiu, Wiktorze. Opowiedz mi o swoim „teraz”.
– Nie ma co opowiadać.
– Zawsze jest. Jak mówisz, że nie ma co opowiadać, to jakby miało zabraknąć świata do fotografowania.
Co? Nikt nie mówił do niego „Wiktorze”. Nikt go nigdy nie prosił, żeby opowiedział o sobie. Może na szkoleniach, ale to standard. Rodzice, Julia, Sewer, Maciek czy Monika go znali. Nikt inny nie chciał go poznać.
– Ja nie mam jakiegoś szczególnego życia.
Po prostu był. Była Julia, była Fiona, były wypady z jego paczką, była praca, wizyty w domu. Jakieś kino, jakiś spacer, buszowanie po sieci. Jadł obiady, kolacje, śniadania, sikał tak, żeby nie zachlapać deski klozetowej, przecież, kuźwa, nie będzie o tym mówił!
– Mógłbym ci zaproponować internet. Aktualnie mamy bardzo korzystną promocję.
Gdyby znaleźli się w Interneksie, porozmawialiby inaczej. Tam był wygadany, czy miał do czynienia z niezłą laską, czy ze starym prykiem, rzadko dawał się klientowi wywinąć. Oferty znał na wyrywki, chwyty marketingowe też. Tylko że teraz nie miał na sobie firmowej koszulki, siedział w miejscu, którego był antytargetem, z babką o tyle od niego lepszą i miał mówić o sobie. To sznurowało usta.
– Wolałabym, żebyś zaproponował mi siebie.
Co takiego? Teraz nie tylko nic nie powie, ale też w ogóle przestanie oddychać!
Ludzie wchodzili i zajmowali sąsiednie stoliki, rozmawiali. Gogusiek przybiegał, proponował, pachniał, odchodził. Liwia Gawlin odsunęła się i milczała. W szklance zostało nadal sporo cytrynowej wody. Kostki lodu już zrobiły się mniejsze, ale daleko im było do rozpuszczenia.
– Nie trzeba się wstydzić swojego życia, Wiktorze. Tego, które się wybrało, a ty jesteś już dorosły, więc wybierasz. Kobieta nie mówi o swoim wieku, ale jeśli ci powiem, że mam czterdzieści trzy lata, powiesz mi coś o sobie? Oczywiście powiedzmy, że mam czterdzieści. I nigdy nie będę miała więcej!
Musiał się roześmiać.
– Co mam ci powiedzieć? Nie robię zdjęć. Pracuję, mieszkam sam… Pracuję w Interneksie przy obsłudze klienta. Też nic wielkiego.
– I też tak z ciebie wyciągają informacje o ofertach? Nie wierzę! Musisz uważać, że jestem wścibska.
– Nie – odpowiedział, choć tak właśnie myślał.
– I słusznie. To ciekawość. Kiedy pracuje się ze sztuką, trzeba być ciekawym świata. Ot, paradoks. Musisz się otworzyć na świat, a jednocześnie zamknąć w sobie. Sztuka skazuje na samotność, nawet nie wiesz, jak straszną.
Nie wiedział. Znał tylko swoją własną samotność (nie lubił wielkich słów, bał się ich, ale trzeba sobie powiedzieć wprost: to była właśnie samotność). Ściany kawalerki, ściany salonu Interneksu, ściany pubu. Czas płynął, wszystko się działo i nie działo się nic. A ona miała swój sklep, bibeloty, jakieś kamienie, Dolly, Cecyla, z którym pewnie codziennie się widuje, może się do niego odezwać, może się z nim przespać. Wielce samotna! To on był sam. Jak się tyle rzeczy robi samotnie, to zupełnie jakby się już zdechło – nie ma co pytać o życie.
– W takim razie nie lepiej rzucić sztukę w cholerę?
– To w tobie lubię! – zachichotała. – Proste podejście do życia! Sama bym tak chciała! Nie, sztuki nie da się porzucić. Jeśli ktoś się jej odda na poważnie, ona staje się wszystkim.
Takie tam gadanie – choć mówiła serio. Teraz ona się zamyśliła, nadęła się.
– Nie jest tak, że twoje życie jest nijakie. Może naprawdę tak ci się wydaje, ale się mylisz. Ty masz w sobie tajemnicę, jakiś ból, ja wiem, wyczuwam takie rzeczy.
Pomyślał o Julii, o tym, że kiedy jeszcze byli razem, ale już prowadzili ze sobą wojnę, naprawdę zdarzyło mu się sądzić, że bez niej będzie lepiej. Bał się jej odejścia, nie umiał sobie tego wyobrazić, ale zdarzały się takie chwile, w których miał nadzieję na rozstanie, tęsknił za wolnością, godzinami bez awantur. Idiota!
– To ma związek z herbatą, prawda? – drążyła. – Coś się wydarzyło. Dlatego nie pijesz herbaty, kawy…
– Poparzyłem się rok temu. Właściwie nieco ponad rok, w lipcu.
Zrobił wrażenie! Tego chciała?
– Mocno? – Spojrzała na niego ze zgrozą.
– Uda. Nogi.
„Na szczęście wyżej nie”, mawiała Julia. Wiktor nienawidził swojego ciała, ale przy niej mógł je zaakceptować. Ważne, że jej nie przeszkadzały poparzenia albo się nauczyła nimi nie brzydzić. Tylko że Julii już nie było.
– Przepraszam, Wiktorze. Przepraszam za te swoje żarty, byłam okrutna, a nigdy nie chcę być okrutna. Okrucieństwo mnie przeraża. Tymczasem sama byłam… Och…
– Skąd miałaś wiedzieć? – W jego gardle rósł wielki kamień, jak ten cholerny kwacośtam. Popił go ciepłą, wstrętną lemoniadą.
– Pewnie mi nie uwierzysz, nie teraz, nie dziś… – zawahała się. – To, co brzydkie, jest najpiękniejsze.
– Wcale nie! – podniósł głos. – Mam gdzieś twoje pocieszenia! Nie widziałaś tego, te blizny są szkaradne i zawsze, zawsze już będą! Niech sobie ludzie mówią, że tak chciał Bóg, że nóg mi nikt nie ogląda, że są gorsze wypadki, ale to ja mam te pieprzone blizny!
Przybiegł Gogusiek, uśmiechnięty i zaniepokojony. Czy smakowało, jak „rozkosz”, coś jeszcze podać, mają szarlotkę, serniczek bardzo dobry, bez lodów, bo nie ta pora. Liwia Gawlin poprosiła o rachunek. Wiktor patrzył na blat stołu, stół miał nogi i on też.
– Wiedziałam, że dziś mi nie uwierzysz – odezwała się, gdy wyszli na zewnątrz. Otulała się płaszczem dla ochrony przed wiatrem. – Nie szkodzi. Dużo w tobie tej złości. Powinieneś ją z siebie wyrzucić.
Jasne! Chyba wysrać!
Stanęli naprzeciwko siebie. Pochyliła się i pocałowała go w czoło. Po co mu takie nagrody pocieszenia? Tylko że właśnie tego chciał.
– Poplamiłam cię szminką. – Przesunęła palcami po jego czole, jakby go błogosławiła. – Już! Przyjdź do mnie jutro po południu. Będę wtedy sama w Stylove. Przyjdź, dobrze?
Zgodził się. Gdy odchodziła, patrzył za nią. Odwróciła się i pomachała mu. Podniósł tylko rękę. Nie lubił machania, Julia też nie. A Liwia Gawlin wszystko robiła z wdziękiem, trochę jak w filmie. Chciało się patrzeć.
To, co powinien powiedzieć o swoim życiu, gdyby chciał być szczery, przyszło w drodze powrotnej. Przypomniał sobie początek wiersza Szymborskiej, jednego z jego ulubionych:
Życie na poczekaniu.
Przedstawienie bez próby.
Ciało bez przymiarki.
Głowa bez namysłu.
Nie znam roli, którą gram.
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna.
Już nie powie tego Liwii Gawlin, ani jutro, ani nigdy – bo może właśnie nadchodziło coś, na co czekał.