Gdy Wiktor oglądał filmy – te takie trochę badziewne – często słyszał, jak bohaterowie po rozstaniach mówią coś w rodzaju: „Odkąd odeszła, w moim życiu zabrakło sensu”. Głupie kwestie, typowo filmowe. Zrozumiał takie gadanie, dopiero jak Julia wyprowadziła się do Ryśka.
Kiedy jeszcze byli razem, nie myślał o takich bredniach. Może na koniec, gdy prowadzili ze sobą tę prywatną wojnę, kto komu bardziej dowali i które z nich jest bardziej wkurwione i nieszczęśliwe. Życie miało swój harmonogram, stałe punkty – posiłki, rozmowy, zabawy z Fioną, obowiązki, seks. A teraz Wiktor nie miał do kogo się dostosowywać.
Mógł robić cokolwiek, ale nie miał pomysłu na to „cokolwiek”. Trochę jak z buszowaniem po necie – nie wiadomo kiedy traci się całe godziny, przeglądając głupie strony. Można się na siebie wnerwiać, ale czasu i tak się nie odzyska.
Razem z Liwią Gawlin w głupim programie jego życia pojawiło się coś sensownego. Miłość? Trochę się łudził, że będą razem, że wyprowadzi się ze swojej klity, nie będzie musiał się już chować, zastanawiać się przed zrobieniem jednego kroku. Był gotów negocjować warunki kontraktu, jak w Interneksie, gdy manewrował między ofertami w rozmowie z upierdliwym klientem („Tutaj mam dla pani coś specjalnego”, „Zaraz przedstawię propozycję, która z pewnością pana zainteresuje”, „Czy coś jeszcze mogę dla pani zrobić?”).
Przygotował sobie strategię, przecież ukończył marketing, głupi też nie był. Przejrzał jeszcze raz tego Ibsena, zwłaszcza finałową scenę, tę najważniejszą i jedyną naprawdę ciekawą. Nauczył się dwóch krótkich kwestii Nory: „Życie moje tutaj było bardzo żałosne” i „Jestem przede wszystkim człowiekiem, takim samym jak ty… lub co najmniej chcę spróbować nim zostać”[2]. Później chciał zapomnieć tę drugą, ale siedziała we łbie. Prowadził takie życie nie życie.
Od Stylove dzieliło go kilka przecznic, gdy zobaczył Zenka z dziewczyną. Wychodzili sobie naprzeciw jak rewolwerowcy w westernie.
– Idziesz do mamuńki?
Wiktor przystanął. Obejrzał dziewczynę Zenka. Szczupła, cycki miała, dużo makijażu, rzęsy tak długie i ciemne, jakby sztuczne. Julia powiedziałaby o niej „tapeciara”. Miał podobne laski w grupie na studiach i nigdy się nie umiał z nimi dogadać, nawet przed wypadkiem. I taka sobie wzięła błazna bez palców? Może sama czegoś nie miała i tak się dobrali?
– Nadal służysz mamuńce? Daga, oto jeden z piesków mamuńki. Ma ich parę. Mopsiki, yorki i te tam maltańskie. Słodziuchne, malusie, milusie ćwierćpieseczki.
– Zenek, wrzuć na luz! – Laska uśmiechnęła się do Wiktora. – Dagmara, cześć.
– Podobno Dominikina zgarnęła? Już nie może się doczekać tych swoich festiwali! Dobrze, że ja mam warsztaty z głowy!
– Chwaliłeś się, za co wyleciałeś? Podobno jesteś dobra! – zwrócił się Wiktor do Dagi.
– Co? – Zamrugała.
– Chodź, Daga! Nie będziemy tu sterczeć! – Zenek ją pociągnął. – On też się spieszy, goni za mamuńką. – Przeszli obok. Patrzył za nimi. – Mamuńka cię w ciula robi! Jak każdego!
Wiktor ruszył przed siebie szybkim marszem. Dotarł do Stylove, otworzył drzwi, trzasnął, minął pana von Masełko (kota maneki-neko!) i wbił do głównej części sklepu. Zignorował wystraszoną Dolly i przeszedł do gabinetu Liwii Gawlin. Zapukał i oprzytomniał, jakby wstukał całą wściekłość w drzwi. Wszedł.
– Wiktorze? Co się stało? – Liwia Gawlin siedziała za biurkiem.
– Nic. Tak wpadłem.
– Nie przyszedłeś tak po prostu. Nie ukryjesz się z emocjami. Równie dobrze mógłbyś chcieć zamaskować mruganie.
Przypomniał sobie o Domu lalki, ale bez kwestii. Chuj z nimi.
– Zenek powiedział, że nas oszukujesz. Teraz go spotkałem – wydusił jak pięciolatek, który przyszedł się poskarżyć przedszkolance. Powinien powiedzieć „Cecyl”, żeby się nie irytowała. – Z tą niby jego dziewczyną.
Wstała z głośnym westchnieniem. Wyszła zza biurka, nalała mu wody i podała kubek. Nie chciało mu się pić.
– Nie oceniaj go zbyt surowo. Bycie samotną matką to niełatwy los, tym bardziej że rzadko wybierany, raczej narzucany. – Przymknęła oczy i przyłożyła palce do skroni. – Tak samo trudno ma dziecko samotnej matki. Niepełny dom, opiekunki, wieczny brak funduszy i tej matki ciągle za mało. A ona przecież ciężko pracuje, żeby związać koniec z końcem! Małe dzieci potrafią się przystosować do świata, bo nie znają innego, ale one też czują.
– Powiedział, że robisz nas w ciula.
– Mówi różne rzeczy, żeby mi dokuczyć – odparła niewzruszona. – Ty się nie buntowałeś przeciwko rodzicom? Wy, synowie, tacy już jesteście. Na miłość matek odpowiadacie najpierw miłością, a gdy dorastacie, nienawiścią.
On się raczej nie buntował. Jasne, kłócił się z rodzicami, z Jackiem, ale im bliżej był dorosłości, tym częściej zaczynał żyć po swojemu. Nikt mu się nie wtrącał.
– Widziałeś kiedyś Pietę, Wiktorze?
– Nie, tego nie oglądałem. Ja wolę stare horrory.
– To poniekąd jest horror! – roześmiała się. – Stary jak świat.
I co miał odpowiedzieć? Rozmawiali o tym jej gówniarzu, a ona nagle wyskoczyła z jakimś Pietą. Znowu zrobiło mu się tu za ciasno. Liwia Gawlin podeszła do niego i go pocałowała. Cały czas pamiętał, że wpadł do sklepu, że ma na sobie grubą kurtkę i ciężkie buty, że stoi w klitce. Gdyby mieli się tu teraz pieprzyć, to zostałyby im siniaki od obijania się o meble.
– Ty jesteś taki dobry, niezepsuty, przez tę swoją prostoduszność! Cały świat jest wyrachowaniem, to wielki tort, którego ludzie chcą skosztować po kawałku. Każdy próbuje coś ugrać. Tacy jak ty nie mogą tego dostrzec, bo nie zaglądają pod powierzchnię. Musisz być szczęśliwym człowiekiem, Wiktorze.
– Teraz na bank jestem.
Poleciła mu się rozgościć. Zdjął kurtkę, przewiesił przez krzesło i usiadł. Tymczasem ona nalała sobie wody do szklanki, wróciła za biurko i zatrzasnęła laptopa. Przyglądała mu się z uśmiechem, jakby był jednym z kamieni szlachetnych w jej kolekcji.
– Kiedy cię całuję, to trochę tak, jakbym całowała mężczyznę o duszy niewinnego dziecka. – Obróciła szklankę w dłoniach. – Jakbym przez krystalicznie czystą wodę płynęła do samego jądra, do prawdy.
Pomyślał o swoich jądrach, zawsze mu się to kojarzyło. Uczył się o jądrach na fizyce, na biologii przy okazji budowy komórek, na geografii, ale dla niego były tylko częścią ciała. Jaja. Jajka. Dżondra. Nabiał. Wcale nie chciał tak myśleć, a samo przychodziło.
– Czytałem tego Ibsena – powiedział. – Czasami jestem jak ta Helmer. Ona nie czuła się człowiekiem i ja też się tak nie czuję. To bardzo dobre. Tak mi się wydaje, ale ja nie czytam książek raczej. – Lepiej by się zamknął! Przy niej nie poznawał samego siebie. A może był tym prawdziwym Wiktorem? – Przy tobie mogę być kimś. Kimś jakoś innym.
– Już jesteś kimś. Wspaniałym człowiekiem, wyjątkowym. Ciekawym świata, skoro czytasz Ibsena. A będzie jeszcze lepiej. Myślałeś kiedyś o swojej przyszłości?
– O nas bardziej myślałem. O naszej przyszłości.
Musiał wiedzieć. Wolał jasne sytuacje, a nie jakieś takie pitu, pitu coś tam. Z Julią się spotykali, zamieszkali, a tu? Takie tam całowania, jakieś uściski po kątach, i co?
– Wasza przyszłość jest wiadoma! I ty, i Olek, i Sandra, wszyscy staniecie się znani! A ja będę wtedy szczęśliwa. Obyście o mnie nie zapomnieli, gdy nadejdzie sukces! A może ci powróżyć? – spytała po chwili. – Mam tu moje magiczne karty. Zwykle wróżę w sklepie po godzinach, ale skoro tam jest Dolly… Zobaczymy twoją przyszłość, chcesz?
Nie był tak głupi, żeby zaprzeczyć, zaraz by strzeliła focha. Skoro już przyszedł, posłucha tych bzdur.
Strasznie się przejęła. Kazała mu wyłączyć komórkę, uprzedziła Dolly, żeby jej nie przeszkadzać, bo stawia karty. Uprzątnęła blat biurka, przyniosła świeczkę i zapaliła. Zupełnie jak z dzieciakami, co przygotowują miliard zabawek, żeby coś sobie do nich pogadać przez pięć minut. Tyle zachodu, a on i tak nie wierzył w takie idiotyzmy.
– Postaraj się wyciszyć – powiedziała, gdy nareszcie usiadła. W ręku trzymała talię kart. – Nie myśl o żadnych problemach, skoncentruj się na tym, co jest tu i teraz. Weź kilka głębokich oddechów. Ja muszę jeszcze naładować karty swoją energią.
Była radioaktywna czy co? Rozchrząkał się, żeby nie parsknąć śmiechem. Pomyślał o Julii i Fionie, to zawsze działało. Oddychał głęboko. W gabinecie śmierdziało petami. Liwia Gawlin mogłaby tu czasami wietrzyć.
– Już? Wybiorę dla ciebie kartę. Najlepszy będzie walet karo, reprezentuje blondynów. Jesteś dorosły, ale… jakby niedługo dorosły. Walet będzie najlepszy. – Wyłowiła dupka dzwonek z talii i położyła na środku stołu.
Zaczęła tasować karty z zamkniętymi oczami. Podała i jemu do przetasowania, nie wiadomo po co, skoro już sama tasowała. Kazała mu przełożyć karty na trzy koniecznie lewą ręką w stronę serca.
– A co za różnica? Nie mogę prawą?
– Wiktorze, bez takich uwag! – wnerwiła się. – Do kart trzeba podchodzić z szacunkiem!
Przełożył, niech jej będzie! Stawiała karty wokół dupka karo w skośnym układzie. Niczym się to nie różniło od jej pasjansów, kształtem przypominało pająka. Nagle zrobiło mu się jak w wesołym miasteczku przed karuzelą. Niby to głupoty, ale jeśli…?
– Och, dużo pików! – mówiła powoli. – Tu jest nawet moja karta, widzisz? – Wskazała na damę wińsko w otoczeniu trzech pozostałych. Wiktor pomyślał, że wszystkie karty są jej, ale siedział cicho. – Dużo o mnie myślisz, prawda? Jest tu i walet kier, zobacz, jak blisko twojej karty! To karta miłości i romansu. Obok trójka kier, to też związane z miłością. Szkoda, że nie as, asy są kartami o potężnej mocy, a tu nie ma żadnego! Masz za to dziewiątkę karo, czyli spełnią się twoje życzenia, przynajmniej niektóre.
Zaczęło go obchodzić to, co usłyszy. Czekał na jakieś konkrety, ale te wróżby były jak horoskopy z darmowych dzienników: niby coś, ale jednak pitolenie o niczym. W sumie mogłaby mu powiedzieć, co tylko chciała.
– Tu siódemka trefl, ta karta oznacza, że masz problemy z kończeniem, zaczynasz dobrze, ale już skończyć coś to gorzej. Żebyś mi nie miał słomianego zapału przy tych warsztatach! Mówi się, że to jest karta zbliżającego się niebezpieczeństwa, ale to jest raczej ten słomiany zapał, poza tym szóstka kier pokazuje też, że jesteś niecierpliwy. Miewasz słomiany zapał, prawda? – Skinęła głową, a on jej odpowiedział tym samym, bo spróbowałby nie… – Tu jest też dziewiątka pik, czyli wiele się zmieni w twoim myśleniu. Dziesiątka pik wskazuje na rozczarowanie, może nawet płacz, bo jest piątka pikowa, karta łez, ale jeszcze możesz temu zapobiec. Na pewno ci się uda!
– Yhm – mruknął. Nie nadążał.
– Karty generalnie pokazują, że czeka cię wiele zmian. Widać w tym układzie twoją wrażliwość, ambicję, otwarcie na świat, to są te nasze warsztaty, wiesz. Ta zmiana już nadciąga, musisz ją odczuwać, odczuwasz ją, prawda? Ja tu jestem, więc ci pomogę. – Znów wskazała na damę wińsko, jakby ta karta była podpisana. – Masz wokół siebie życzliwych ludzi, może nawet miłość obok. Karty mówią, że to nigdy nie jest łatwa droga, ale u jej kresu czeka cię coś wielkiego. Same pomyślne wieści dla Wiktora zwycięzcy! Tyle na dziś!
Dmuchnięciem zgasiła świeczkę. Zebrała karty, jedną po drugiej, i schowała je do pudełka. Zaczęła się krzątać, układać na biurku papiery. Koniec zabawy! Wiktor się ocknął. Co za kit! Dał się złapać na to karciane pieprzenie, cały ten bajzel. Nic ważnego. Trochę jak wszystko w jego życiu.
Znów siedział na warsztatach. Za czasów podstawówki odrabiali wolne dni, wtedy też przychodziło się w sobotę, na „lekcje skrócone”, a ani uczniowie, ani nauczyciele nie traktowali tego serio. Taki dzień szkołopodobny.
Soboty z Picassem były właśnie takie. Niby lekcje z odpytywaniem, ale bez ocen (choć ona i tak oceniała po swojemu, wiedziało się, gdy jest rozczarowana), z przekazywaniem jakichś nieprzydatnych bzdur. Po co mu sztuka? Da sobie cyknąć kilka fotek i tyle. Miał gdzieś Picassa czy jakiegoś tam Moneta. Nudził się tu tylko dla Liwii Gawlin.
Kiedy robiło mu się nudno, lubił myśleć, że wcale się nie zakochał. Odbiło mu. Bywa. Co tam takie buzi, buzi. Patrzył na Liwię Gawlin. Siedziała na biurowym fotelu, dziwacznie ubrana, gdyby to był kto inny, Wiktor by się z tego śmiał. Na kolanach trzymała jeden z wielgachnych albumów. Napalona, opowiadała o napaćkanych obrazach impresjonistów. Przypominała nauczycielkę, a w nauczycielce to się może zakochać gówniarz z pierwszej klasy. Gdyby go jakoś wyróżniła, ale nie. Jak byli sami, stawała się inna. Taką Liwię Gawlin wolał. Może tylko w tej się zakochał.
– A teraz chwila przerwy – ogłosiła, zamykając album. – Chciałabym, żeby każde z was powiedziało, co jest niesamowite. Co wam przychodzi do głowy jako pierwsze? Sandra?
– Miłość!
– Kiedyś i ja tak myślałam. – Liwia Gawlin skinęła głową. – Filip?
– Ja bym powiedział, że młoteczek neurologiczny. Lekarz stuka, a kolano zawsze odpowiada. Czy jak się łaskocze w stopę, to też.
– Pomysłowe.
– Nastukali mnie tym młotkiem! Choć pewnie, jak to i tak nic nie dawało, to woleliby mnie stuknąć w łeb!
Sandra i Jana zachichotały, Hallis udał, że bije brawo, a Liwia Gawlin się nabzdyczyła. Nie lubiła, kiedy coś szło nie po jej myśli, a Fil ośmielił się zaburzyć rytm przepytywanek. Musiała mieć ostatnie słowo.
Zignorowała Fila i zwróciła się do Wiktora. Miał już przygotowaną odpowiedź.
– Wróżenie z kart. To, że przyszłość się tam kryje i czeka, aby ktoś ją odkrył.
Przypatrywała mu się. Mieli parę wspólnych tajemnic – wróżenie było jedną z nich.
– Tak. Nie da się ukryć, jak coś się kryje, to się to w końcu „od-krywa”.
Znowu mu się wymknęła. Wysłuchała Hallisa (popisywał się, że smak jakiejś passiflory) i Jany (która pochwaliła grę Barańskiej w Nocach i dniach), jak gdyby nigdy nic.
– Moi drodzy, teraz mam dla was niespodziankę – oznajmiła, gdy przepytywanie dobiegło końca. – Możemy wrócić do impresjonistów, mogę wam jeszcze powiedzieć o ekspresjonistach, a możemy sobie urządzić takie spóźnione andrzejki.
– Będziemy topić wosk i bawić się w odczytywanie kształtów? – spytał Hallis. – Liwia, myślałem, że jesteś ponad taką tandetną popkulturą.
– Olek, jak rozumiem, ty też jesteś ponad popkulturą, tak? – W jej głosie było coś zimnego i oślizgłego, jakby wypuściła z ust żmiję. – Zatem schowaj tę swoją żałosną lalkę.
Oczy obecnych zwróciły się na Alexa siedzącego obok Hallisa. Wiktor pomyślał, że to musi być straszne wiecznie się uśmiechać.
– Nie chciałam tracić czasu. Uważam, że dostajemy go za mało na takie marnotrawstwa jak lanie wosku. Miałam zamiar wam powróżyć. Wiktor nasunął mi ten pomysł, on już wie, jaką moc mają karty. – Rzuciła mu uśmiech jak psu smakołyk. – Skoro nie chcecie, wróćmy do…
– Chcemy, chcemy! – przerwała jej Jana. – Jak on nie chce, to niech nie chce. Mnie nikt jeszcze wróżb nie robił!
– Sama nie wiem. Nie macie pojęcia, jak to męczy, kontakt z innymi mocami, zaglądanie do innego świata. To psychicznie wyczerpuje. Trzeba siły.
– Pani Gawlin, nasza inspiracjo i opiekunko, karty nie są chyba tak ciężkie jak cegły? – wtrącił Fil.
– Ale przekazują treść tak ciężką jak całe domy. Myślałam, że jestem w stanie wróżyć, że dziś jest ten dzień, ale… – westchnęła – trudno prosić karty o przyszłość w takiej atmosferze. Teraz jest tu napięcie, tego się nie wietrzy jak zaduchu. Olek może ma rację. Powinnam wam jeszcze powiedzieć o ekspresjonistach, ostatecznie przychodzicie na Soboty z Picassem. – Sięgnęła po album i zaczęła z zapamiętaniem przewracać strony. Rozpoczęła kolejny miniwykład, ale chyba nikt nie słuchał. Po kilku minutach skapitulowała.
– Mogłabym równie dobrze mówić do kanarka. Może to był w ogóle zły pomysł z tym projektem, skoro nie obchodzi was sztuka.
– Mnie obchodzi! – zaprotestowała Sandra. – Tylko się ucieszyłam na wróżenie, bo nigdy nikt mi, no, nie wiem! On wszystko zepsuł! – Spojrzała na Hallisa. – Gdybyśmy zrobili głosowanie, wszyscy byliby za wróżeniem! Dlaczego jedna osoba psuje warsztaty!
– Właśnie! – dodała Jana.
– To ja może najlepiej wyjdę. – Hallis wstał i wcisnął Kena do torby.
– A nie jesteś ciekaw, co wywróżę Sandrze, Filipowi i Janie?
– Nie.
– Ja też chcę, żebyś mi powróżyła! – wtrącił Wiktor.
– Tobie wróżyłam parę dni temu, Wiktorze. Co nowego miałyby ci przekazać karty?
Poczuł się nagle tak samo oblężony niechęcią jak Hallis. On i Liwia Gawlin nie mieli tajemnicy. Nie był ważny.
– Więc ja też spadam.
Wstał. Nikt go nie zatrzymał. Co tam te dwie dziewuchy i paralityk! Liwia Gawlin nawet nie wstała. Zaprosiła go z uśmiechem na następną sobotę. Przyjdzie, akurat!
Poszli z Hallisem do pobliskiego pubu. Chęć na piwo przeszła mu tak samo szybko jak wkurw, ale było za późno, żeby się wymigać, tym bardziej że Hallis stawiał. Pomyślał, że wszystkie puby są do siebie jakoś podobne – ciemne, raczej nijakie i takie, że trochę się w nich nie chce siedzieć, a trochę przyciągają. Dziwnie tu wyglądał Hallis – ze swoim płaszczykiem, z kapelusikiem, z zegarkiem (kto jeszcze nosi zegarki, skoro czas można sprawdzić na komórce?!), z Kenem w torbie, z tym swoim spokojnym milczeniem. Nawet pił whisky z colą zamiast piwa. Co innego Wiktor – takie nory były w sam raz dla niego.
– Liwia jest zjawiskowa, ale czasem ma głupie pomysły – odezwał się Hallis. Choć był zły, nadal mówił jakby w półśnie. – Wróżenie z kart! Andrzejki! Renoir i buciki ustawiane aż do drzwi! Moja Paula chciała ze mną dziś wyjechać na cały weekend do spa, a ja jej odmówiłem, bo mam warsztaty! I po co tak tracić czas?
Wiktor wydał z siebie mruknięcie. Teraz dopiero tracił czas! Ciekawe, co się dzieje w Sanktuarium! Co ich właśnie omija.
– Lubię ją, ale czasem się zgrywa. Bardziej udaje, odstawia swój teatr, niż po prostu jest. To jej z aktorstwa zostało. Wiesz, że kiedyś chciała być aktorką? Nie mówiła ci? – zdziwił się. – Sądziłem, że macie dobry kontakt! Grała w undergroundowym teatrzyku. Była dumna z Trzech sióstr. Grała Irinę. Nie, Maszę! Chociaż bardziej by się nadawała na Irinę. – Gapił się na niego z głupim uśmiechem. – Nie znasz Czechowa? Nawet z Teatru Telewizji? Aha…
Następny! Gdyby oberwał od Wiktora, to już by się tak nie uśmiechał. Nawet by się nie umiał obronić. Tacy mają tylko swoje książki, filmy i uśmieszki, ale żeby byli silni, to nie. Spieprzałby przed nim, ażby kapelusik zgubił.
– A ty znasz. I co? Czujesz się lepszy? Bo masz lepsze ciuchy, lepszą facjatę, dziewczynę? Bo studiujesz jakieś tam kulturoznawstwo i was tam karmią takimi pierdołami? A może ja ci pogadam o marketingu?
Hallis zbaraniał. Kiedy się odezwał, nie był już flegmatyczny.
– Wik, źle mnie zrozumiałeś. Przecież od razu cię polubiłem – zaczął się podlizywać. – Okej, moi rodzice są kasiaści, ale dla mnie to nic nie znaczy, nie dbam o te pieniądze. To mój ojciec pogardza ludźmi, dzieli ich na lepszych i gorszych w zależności od tego, jak gruby mają portfel. Nie zauważa tego innego świata, takiego bliższego, codziennego. Nie zniża się. Nie mogę mu darować tego patrzenia na ludzi z góry. Na przykład taka nasza gosposia, ogrodnik czy jego sprzątaczki w biurach dla niego są jak wyposażenie. Moją matkę też tak traktuje. I mnie. Mówi dziennikarzom, znajomym, że jestem jego największą dumą, ale ja mu nie wierzę. Raczej największym rozczarowaniem.
– I? – Wiktor nie spuszczał z niego oskarżycielskiego wzroku. Co go obchodził stary Hallisa?
– A ja właśnie lubię takich ludzi jak ty: zwykłych, przeciętnych, ale pełnych marzeń. Takich, dla których nic nie jest łatwe i oczywiste. Dlatego cieszę się, że cię poznałem. Człowiekowi się wydaje, że świat jest dokładnie takim, jakim go widzi, a takie znajomości poszerzają perspektywę. Może się czegoś od siebie nauczymy. Więc jak, zgoda?
Wyciągnął rękę, a Wiktor uścisnął ją bez przekonania. Miał już dosyć jego pieprzenia. Z drugiej strony zrobiło mu się trochę lepiej. Hallis pytał, a on mówił – o pracy, o swojej rodzinie, o Fionie. Tylko Julię pominął. Nie rozwlekał się, bo też nie było o czym.
– I właśnie widzisz, Wik, ja bym tak wolał – zmarkotniał Hallis. – Tylko że zawsze zostanę synem Janusza Waldemara Hallisa. Gdybym chciał się uniezależnić, toby było raczej jak z Marią Antoniną w Petit Trianon. Ona się bawiła tam w chłopkę, na pewno pamiętasz z historii. Rewolucja francuska. Ciasteczka zamiast chleba. Przeproszenie kata na gilotynie. Nieważne. – Machnął ręką. – To ja ci zazdroszczę tego twojego mieszkanka, tej samodzielności. Jesteś bardzo szczęśliwy, nawet jeśli o tym nie wiesz. – Wrócił do tego półsennego przeciągania słów.
Co on mógł niby wiedzieć o szczęściu Wiktora? Fajnie mu się gada, ale nie wytrzymałby tygodnia w jego kawalerce. Ciekawe, czy zna smród szmaty, czy kiedyś szorował na kolanach podłogę.
– Warsztaty chyba się już skończyły – rzucił Wiktor, żeby przestali gadać o nim.
Hallis spojrzał na zegarek i pokręcił głową.
– Liwia… Nie masz wrażenia, że ona lubi być zagadką? Taką, której nie da się rozwiązać.
Wiktor wzruszył ramionami.
– Żyje w sztuce wśród swoich projektów, tak jakby nic innego nie istniało – pitolił dalej Hallis. – A jednocześnie wie, co robi. To nie jest typ roztrzepanej artystki, która nie ma pojęcia, jaki jest dzień tygodnia. Wie, w jakim kierunku zmierza. Tak dziś trzeba, wyścig szczurów dotyczy też sztuki, jak by na to nie patrzeć. Z drugiej strony jest w tym coś niezdrowego. Kto tak pożąda sławy, temu czegoś brakuje.
– Może sławy? – podsunął Wiktor, a Hallis skwitował tę podpowiedź śmiechem.
– Nie, nie sławy jako takiej. Czegoś w samym sobie. Sława ma być jak cement. Ma coś załatwić. Wiem po sobie. Piszę wiersze, ale kto dziś ich nie pisze… Chodzi zawsze o coś więcej. – Na chwilę się zamknął, zamyślony. – Zastanawiałeś się, Wiktor, co kryje się za Liwią? Po co to wszystko?
– Nie.
Hallis znowu się roześmiał. Kretyn.
– Tobie jest naprawdę w życiu lepiej! – powiedział z sympatią.
Wiktor mógł się przyznać do kłamstwa, ale to w sumie nie było kłamstwo. Jeśli nawet o tym myślał, nie umiałby tego tak powiedzieć: że coś się kryje, że kawior, że zagadka, że coś tam. Poczuł się tak, jakby długo grał w grę i dochodził do levelu, którego nie dało się przejść. Próbował, skuł się raz, drugi, trzeci, zniechęcał się, chciał tym pieprznąć, ale dalej próbował, starał się, aż wyłączał grę, ciskał laptopa na stół. Zostawał z tym wielkim pragnieniem przejścia do kolejnego levelu. To prawie bolało, jeśli w ogóle mogło boleć.
Po południu wrócił do mieszkania Liwii Gawlin. Nie starczyłoby mu odwagi, gdyby nie trzy piwa. Wcześniej kupił w Żabce gumę i żuł tak długo, aż straciła smak. Przykleił ją do kosza na śmieci przed blokiem.
Liwia Gawlin była sama. Zaprosiła go do środka. Przeprosił ją, gotów się wytłumaczyć z dzisiejszego wyjścia, ale zamknęła temat z uśmiechem. Usiedli w Sanktuarium, ona na swoim tronie, on na kanapie. Może dziś nawet spędzi tu noc? Umówił się z Sewerem, Maćkiem i Moniką, najwyżej ich oleje.
– Podobno występowałaś w amatorskim teatrze – powiedział, bo nie miał pojęcia, jak zacząć.
Widział, jak zmienia się jej twarz. Uśmiech spełzł, jakby go starł. Odchyliła się na krześle. Patrzyła na niego, jak się patrzy na psie gówno na ulicy.
– Teatr amatorski? Dla takich dyletantów na pewno! Amatorskie, Wiktorze, to są te komedyjki dla ludu, dla plebsu, co się ubrał w garniturki, w suknie od Versace, ale na nic ambitnego nie pójdzie! Nic undergroundowego!
– Hallis mówił, że w Siostrach grałaś! Olek!
Uśmiechnęła się, nagle odindyczona.
– Ty jesteś nadzwyczajny, Wiktorze! – powiedziała znów ciepło. – Istny Kaliban! Ale już niedługo! Tak, grałam w Trzech siostrach. – Nagle uklękła przy kanapie, chwyciła go za ręce i skrzywiła twarz. – „Błagam cię, jedźmy! Nic lepszego od Moskwy nie ma na świecie! Jedźmy, Olu! Jedźmy!”[3] Pojedziesz ze mną, mój Kalibanie?
„Olu”? Pomyliła go z Hallisem? Chyba nie. Zgodził się, a ona przyniosła mu z sąsiedniego pokoju te Trzy siostry. Oznajmiła, że ma chyba ze trzy egzemplarze. Po co aż tyle? Nie zapytał na wszelki wypadek. Przejrzał książkę, cienka, nie za dużo czytania.
– My osiągniemy naszą Moskwę, Wiktorze!
I co miał jej odpowiedzieć?
– A czemu przestałaś występować w tym teatrze?
– Od początku wiedziałam, że to krótka przygoda. – Zapatrzyła się w okno. – Nie chciałabym walczyć z tym, co nieuniknione. Ofelie, Nory i Balladyny muszą się zmienić w matki Balladyny, w Marty i panie Pernelle! Czas mknie! A fotografie są w czasie zatrzymane! Na fotografiach zawsze będziesz tym Wiktorem, którym jesteś, gdy stajesz przed okiem obiektywu!
Duperele! Tracił czas! Podszedł do Liwii Gawlin i ją pocałował. Nie odepchnęła go. Kiedy przestał, przez chwilę stała z zamkniętymi oczami, piękna, prawie jak święta.
– Liwia, a my? Ja się zakochałem tak trochę… bardzo. Ty chyba też przecież – mówił tak, jakby się dławił. – Może byśmy… Ile jeszcze to się będzie ciągnąć? Ja nie jestem jak ten Ken Hallisa, sam plastik! Kocham cię! – wystękał wreszcie. Z każdym słowem bardziej sam sobie wierzył i czuł, że nic z tego nie będzie. – Mógłbym ci się nawet w sklepie przydać, jakbyś potrzebowała. Jestem po marketingu.
Westchnęła. Poprowadziła go w stronę kanapy i usiadła obok.
– Wiktorze, nie jestem ślepa. Istnieje jeszcze coś poza sztuką. Na przykład miłość. Nie tylko ty jesteś zagubiony. Nie chcę cię odpychać. Czuję, że już jesteś mój, a ja jestem twoja. Że należymy do siebie w jakimś uniwersum.
– Skoro tak… – zaczął.
Uniosła dłoń i zamilkł.
– To nie takie proste. Ktoś mnie kiedyś bardzo zranił. Ojciec Cecyla. Kochał mnie bardziej niż ty. I tyle obiecywał! A potem mnie zostawił, choć nosiłam pod sercem jego syna. Nawet tego syna chciał sprzątnąć, tak jak się sprząta po przyjęciu i zeskrobuje resztki z talerzy. Tobie się wydaje, że takie historie tylko w romansach się dzieją, że tylko w Nocach i dniach, a to życie w najpodlejszej odsłonie. Nie jest szczęśliwy ze swoją żoną. Może i wyszłam na tym lepiej. Ja go kocham już tylko swoją nienawiścią, a jego do końca życia będzie zżerać sumienie.
– Kochasz go czy nienawidzisz? – spytał. W myślach opracowywał nową strategię.
– Wiktorze, nienawiść może być synonimem miłości. Mojego męża też przez moment nienawidziłam, ale dopiero jak umarł, a razem ze sobą zabrał swoje obietnice. Czy każda miłość tak się kończy?
– Ale jak ja bym cię tam miał nienawidzić, Liwia?
Pocałowała go i przytuliła. Już myślał, że wygrał.
– Jesteś wspaniały! Może Kalibanowie są aniołami tego świata? Nie, Wiktorze. Nie będziemy psuć tego, co jest w nas, dla nas, choć pokusa jest silna i ja też się z nią zmagam. Niech nam wystarczy, że wiemy, że się kochamy, że nic tego nie zmieni, nigdy tej miłości nie stracimy. Oto najpiękniejsze, co możemy sobie dać. – Pocałowała go ponownie. – I błagam, skończmy to, zanim… zanim… – Poderwała się.
We łbie mu się kręciło od pocałunków, od piwa, od tego jej gadania. Czuł, że wygra. Miał ją już, kochała go, sama powiedziała. Kiedyś ją przyciśnie. Wolałby wygrać dzisiaj. Trudno.
– Wiktorze, lubiłeś kawę, prawda?
Jakby go walnęła w łeb! Najpierw miłość, a tu kawa! Może jeszcze słówko o tych głupich impresjonistach?
– Lubiłem, ale…
– Chciałbyś jeszcze raz się jej napić?
– Liwia, wiesz, że nie piję kawy!
– Ufasz mi, Wiktorze? – Podeszła do niego. – Kochasz mnie, a więc musisz mi ufać, musisz mi wierzyć!
– Jasne – odparł, bo co miał jej powiedzieć? – Ale nie rób kawy, nie wypiję! Serio!
Kazała mu zaczekać – i czekał. Słyszał, jak krząta się w kuchni, coś miksuje, nakłada. Nie, nie, choćby mu obiecywała za to seks, miłość, cokolwiek, on nie weźmie ani łyka! Żadnych kaw, herbat, zup. Nigdy.
Już zaczynał się nudzić, gdy wróciła. Przyniosła szklankę z jakimś koktajlem z górą bitej śmietany i długą łyżeczką.
– Kawa mrożona raz. Napij się. Wiem, że za tym tęskniłeś. Nic ci nie grozi.
Jak go trzepnęło! Rzucił się na tę kawę. Na początku nie czuł smaku, tylko bezpieczne zimno. W sumie to taka kawa nie kawa, i gorzka, i słodka. Trochę dobra, a trochę niedobra.
Gdyby napoje dało się żreć, pomyślałby, że żre kawę mrożoną. Siedział cicho, a Liwia Gawlin mówiła. O fotografii, o tym, że ich zabierze do teatru na jakiegoś Williamsa, o tramwajach, menażeriach. Nie zadała mu żadnego pytania i był jej za to wdzięczny.
Bardzo próbował się nie rozbeczeć.