Wszystko wydawało się beznadziejne – nawet pogoda. Od nocy wiało i padało. Wiktor długo się zastanawiał, czy iść na warsztaty. Nie chciało mu się omawiać tekstów – jak w szkole. Co autor miał na myśli? A kogo to obchodzi?
W poniedziałek po teatrze Liwia Gawlin wysłała im zbiorowego maila z tekstami do poczytania. Gdy zobaczył jej adres w skrzynce, przez sekundę chciał jej wybaczyć, że go zdradziła. Zaczęła „Moje wy natchnienia”, a następnie włączyła swoje bajanie o sile sztuki, literatury, o odnalezieniu siebie i coś tam. Każde z nich miało omówić jeden z przesłanych tekstów. Dostał chyba najgorszy, wydrukował, zabierał się do niego trzy razy, zanim doczytał. Nie był ze wsi, żeby wiedzieć, co się w polu robi, co to jest jakaś młockarnia, jakieś posieczysko! Nawet jak znał pojedyncze słowa, jak „gore” czy „fuzja”, tu znaczyły chuj wie co! I tak jej powie – głupie te teksty dobrała! W ogóle zrobi rozpierduchę w Sanktuarium, nasika jej do albumów, powyrzuca aparaty przez okno!
Wizyty w Stylove czy w Sanktuarium były jak granie na kompie – człowiek się ciągle skuwa, ale próbuje, aż do „game over”. Akurat ostatniej nocy grał do późna, gały go piekły. Julia zwykle się do niego dopieprzała. Mówiła „oślepniesz od tego!” i marudziła tak długo, aż zamykał laptopa. Sama potrafiła godzinami śledzić blogi i przeglądać fejsa. Pod koniec już przestała się dopieprzać, a on czekał, aż znowu zacznie.
Liwia Gawlin ponownie włożyła elegancką kieckę, jakby wybierała się do teatru. Zastał ją w trakcie nakładania makijażu. Jedno oko miała nieumalowane, a drugie wyglądało jak podbite.
– Nie powinieneś tak zawstydzać kobiety! – Rzuciła mu kwaśny uśmiech. – Nie spodziewałam się was tak wcześnie. Wejdź, wejdź, musisz się ogrzać. Zrób sobie herba… może usiądź przy kaloryferze? Tu jest ciepło, straszny zmarzluch ze mnie.
Zostawiła go w przedpokoju, a on długo szamotał się z butami, z mokrą kurtką.
– Jak ci się podobał tekst? – zapytała, gdy znaleźli się w kuchni. – Ty dostałeś Charaktery? Nie, Konopnicką, mam rację?
– O tym, co mu rękę urwało.
– Zapada w serce, prawda? Konopnicka prawdopodobnie sama była świadkiem tej historii i przeniosła ją w obręb sztuki.
Zdążyła się umalować do końca i znów zrobiła się tak irytująco pewna siebie! Nalała mu wody, sięgnęła po fajkę, spacerowała po kuchni, uśmiechała się do niego, cmokała do kanarka, tak jakby odstawiała intrygujący spektakl dla jednego widza.
– Straszne nudy! Po co nam każesz to czytać? – wybuchnął. – Kto dzisiaj czyta jakąś Konopnicką? Tego się nawet zrozumieć nie da! Rękę mu uwaliło, umarł, tyle! Czemu nie możemy poczytać Harry’ego Pottera albo Sapkowskiego, a nie tę sierotkę Marysię!
Punkt dla niego! Zamarła z uniesionymi brwiami. Gapiła się na niego tak, jakby to jemu odpadła ręka, a jego krew zabryzgała kuchnię.
– Najwyraźniej Konopnicka nie jest dla Kalibanów. – Siadła przy stole. – Najwyraźniej popełniłam błąd, który będziesz musiał mi w swojej łaskawości wybaczyć. A teraz wytłumacz mi, dlaczego przychodzisz do mojego domu i podnosisz na mnie głos.
Nie dał się nabrać na te jej grzeczne gadki.
– Raczej ty mi wytłumacz, jakim prawem powiedziałaś Sandrze o moich girach! Niby obrazy, jakieś pudełka, zdjęcia, a jesteś zwykłą naciągaczką i plotkarą!
Przypatrywała mu się z uśmiechem, od którego przeszły go ciarki.
– Tu wielka miłość, tu kocham, a tu „plotkara”, „naciągaczka”? – Zacmokała. – Widzisz, ile twoje słowa są warte, Wiktorze?
– Ty i tak nie chcesz nic! – bronił się, bo zrobiło mu się głupio.
– Jak widać, słusznie. Wypaplałam twój sekret? A nie pomyślałeś, że twój sekret zaraz się stanie własnością publiczną? Mówiąc inaczej: ludzie zobaczą twoje poparzone nogi. Wtedy też przyjdziesz z pretensjami? To już nie jest twój sekret. Możesz w tej chwili wyjść i dać sobie spokój z wystawą, z tą „plotkarą” i „naciągaczką”. Bądź sobie dalej nikim z poparzonymi nogami, skoro ci tak dobrze.
Dowaliła mu. Wiedziała jak. Co miał jej odpowiedzieć? Milczał. Tylko ten pieprzony kanarek się wydzierał, jakby wciąż szukał wyjścia z klatki.
– A teraz zrobię ci mrożoną kawę. – Wcisnęła fajkę w popielniczkę.
– Nie chcę, jest zimno.
– Chyba nie wolisz kawy na ciepło?!
Patrzył, jak wściekła wyciąga mikser, szuka części, trzaska szafkami, szufladami, drzwiami lodówki. Wyjęła z zamrażarki pojemnik na lód i wytrząsnęła z niego parę czarnych kawowych kostek. Miksowała lód z mlekiem, ubijała śmietanę, hałas wiercił mu się we łbie.
– Smacznego. – Postawiła przed nim wysoką szklankę. Trochę spienionej kawy rozlało się na stół, bita śmietana ściekała po szklanej ściance.
Zadzwonił dzwonek, chyba ktoś dobijał się od chwili. Liwia Gawlin pobiegła otworzyć drzwi. Długo witała się z Hallisem.
Wiktor miał akurat dość czasu, aby wylać tę kawę do zlewu – nie, nie będzie się wygłupiał. Zresztą mu smakowała.
– Ja o tej Szklanej menażerii cały czas myślę. Smutna sztuka, bardzo smutna – oznajmiła Sandra. – O Niebieskich Różach i figurkach, o tym jednorożcu, no, nie wiem…
Odbywało się tradycyjne odpytywanie i komentowanie. Brakowało Fila, Liwia Gawlin wiedziała, co jest na rzeczy, oznajmiła im, że pojedzie do niego po warsztatach.
– Myślałam o moim dziecku – dodała Jana. – To może nic wartego zapamiętania, ale bardzo chciałam, żeby Maja się tak nie męczyła, biedactwo. Na drugi dzień już było lepiej, to mi ulżało.
– Żałuj, że do teatru nie poszłaś! – wtrąciła Sandra.
– A mnie dziś wiatr wyszarpał z mojego snu – odezwał się Hallis. – Wstałem, podszedłem do okna i patrzyłem, jak rozprawia się ze światem, jak drzewa chcą przed nim uciec, a mogą tylko nagiąć się w stronę ziemi. To ich ucieczka.
Kuźwa, ten jak coś powie! Wiktor też rano patrzył na pogodę, piździło jak diabli, padało. Po szybie spływały wielkie smugi, trochę jak ptasie gówna. Wtedy pomyślał, że na święta będzie musiał wyczyścić okna – a potem, że pierdoli, nie będzie mył.
– Smak kawy mrożonej – rzucił.
Liwia Gawlin przeszła do omawiania tekstów, znowu pełna energii. Przeczytała im jak bajkę opowiadanie, które miał przygotować Fil:
– „Błażej wolny jest od wielu trosk codziennych. Myśli jego nie zaprząta pytanie, jakie ma kupić rękawiczki, które na dzień dzisiejszy wziąć spodnie, jakie nałożyć obuwie. Błażej nie nosi nawet kapelusza – zgodnie ze wskazaniami obecnej mody, zalecającej w porze letniej chodzenie z odkrytą głową”[6].
I kiedy Wiktor już się zastanawiał, co go obchodzi jakiś Błażej (podobnie jak jakiś Józik), doczytała:
– „Pozbawiony jest bowiem obu nóg, prawej i lewej, pozbawiony jest także prawej i lewej ręki. To, co zostało, stanowi niewiele, a przecież pozwala mu żyć. To, co zostało, jak fragment rzeźby starożytnej, jest piękne”[7].
Dalej już nie słuchał. Wyobrażał sobie wstrętny kadłub, coś człekopodobnego. Chciało mu się rzygać. Czy ona chciała, żeby polubił swoje giry? Przynajmniej je miał. I ręce, może żadne, ale nieruszone.
– Porównanie do rzeźby antycznej jest niesamowite! – Hallis wyrwał się pierwszy do odpowiedzi. – Piękna historia.
Jana i Sandra zgodziły się, a i jemu zostało tylko przytaknąć.
Sandrze dostało się Brzydkie kaczątko (czy Liwia Gawlin miała ich za gówniarzy?). Jana mówiła o jakiejś Idzie Musierowicz i o Krzysztofie ze zdeformowaną twarzą (okazało się, że miał dysplazję, którą dzięki tej całej Idzie udało się wyleczyć. Cholerny szczęściarz!). Hallis zreferował opowiadanie Munro. Rozgadał się. Miał ze sobą książkę, chyba romansidło, jakaś baba na okładce, odwrócona plecami. Nawet ciekawa historia – chłopak, który miał ogromne znamię i twarz jak nieszczęście (tak o nim mówili), zrobił karierę jako radiowiec. Później się okazało, że w dzieciństwie przyjaźnił się z dziewczynką, która rozcięła sobie gębę brzytwą, aby się do niego upodobnić. Fuj! Ale nic z tego nie wynikło. Dziwne!
– Musicie zrozumieć, że defekty was nie dyskwalifikują – podjęła Liwia Gawlin, gdy Hallis skończył. – Nawet można taką osobę pokochać. A wy się staniecie dziełami sztuki. Obrócicie wasze ułomności, defekty na swoją korzyść. Pokażecie społeczeństwu inną stronę piękna, nienudną, fantastyczną.
Gadanie! Sama nie miała żadnych defektów! Najlepiej pouczać z perspektywy tronu!
– Tu był taki zabawny fragment o kobietach. – Hallis wertował książkę. – O! „Niektóre uwielbiają pocieszać mężczyzn, którzy w ich opinii tego potrzebują, a potem afiszują się z nimi na dowód własnej wspaniałomyślności”[8]. Liwia, czujesz się wspaniałomyślna?
Tylko Jana się zaśmiała.
– No wiesz co? – obruszyła się Sandra.
Wydało się, że Liwia Gawlin przyrosła do fotela. Miażdżyła Hallisa zimnym spojrzeniem. Przez jej czoło biegła brzydka zmarszczka. Oto jej zachęcanie do wyrażania siebie!
– Olek, naprawdę myślisz, że naigrawam się z waszego nieszczęścia? Że mnie to bawi? Że myślę tylko o sobie i o tym, jaka jestem niesamowita, bo przygarniam kilkoro młodych ludzi poszkodowanych przez los?
Miało być przyjemnie i kreatywnie, a nagle atmosfera zrobiła się tak napięta, że chciało się stąd spadać. Może zawsze tak tu było, tylko nie mieli okazji, aby to dostrzec?
– Hej, ja tylko żartowa…
– Skoro chcesz sabotować moje zajęcia, to lepiej je sobie odpuść. Możesz być tylko kolejnym zepsutym dzieciakiem z bogatego domu. Zbieram tu ludzi wyjątkowych!
– Liwia, raczej ty sobie odpuść. Wiesz, że nie chcę, żeby ktokolwiek patrzył na mnie przez pryzmat mojego ojca i jego domu towarowego Bajka!
– To wasze? – wtrąciła Jana. – Macie tam wszystko! Chodzę tam kupywać, rabat mi załatw! – zachichotała.
– Nic ci nie załatwię. Jestem zbyt nieważnym synem. – Hallis już nie gadał tak, jakby poziewywał. – Sam jestem trochę jak produkt, który mój stary kupił sobie w Bajce. Tylko że produkt nie spełnił jego oczekiwań, a na reklamację za późno. Sama widzisz – zwrócił się do Liwii Gawlin – jestem wadliwy. Jak wszyscy. Nie wyrzucisz mnie stąd.
– Nie. – Uśmiechnęła się do niego, udobruchana. – Nie wyrzucę. Ale nie jesteś wadliwy. Nikt z was nie jest. Oczywiście, potrzeba nam takich Bajek, ale czym byśmy byli, gdyby tylko do nich ograniczało się nasze życie? Trzeba czegoś więcej… i ty z tego „więcej”, Olek, właśnie zdajesz sobie sprawę. Nie będziesz taki sam jak ojciec.
Na co ten Hallis narzekał? Gdyby Wiktor mógł za darmo robić zakupy w takiej Bajce, nie potrzeba by mu było niczego więcej do ostatnich dni!
Wrócili do omawiania tekstów – przyszła jego kolej. Jeszcze raz przeleciał wymięty wydruk wzrokiem. Tak samo robił przed klasówkami, kiedy nie dało się już niczego nauczyć. Mógł zrobić notatki. Trudno! Opowiedział o Józiku Srokaczu. Po tym, jak Liwia Gawlin na niego naskoczyła, naprawdę się starał. Umiał sprzedać produkt, był po marketingu!
– Na początku ledwo przez nie brnąłem, ale zaczęło mi się podobać – ściemniał. – Długo myślałem o scenie, jak mu ten bat wciągnęło, próbował go wyszarpać i urwało mu rękę. Ludzie do niego pobiegli, tu był taki opis jak z horroru… – Nie chciał być gorszy od Hallisa, znalazł odpowiedni fragment. – „Głowę miał zwieszoną, oczy zamknięte, wargi sine, szczęki przykro ściśnione, twarz śmiertelną prawie. Bez kożucha był i lejbik razem z koszulą miał zerwany z piersi przez połowę; u prawego, tuż przy karku, naprędce chustkami przewiązanego ramienia, wisiały krwawe mięsa w długich strzępach”[9].
– Ble! – Sandra się skrzywiła.
– Czy coś szczególnie cię uderzyło w tym opowiadaniu?
Nuda. Nuda go prawie zabiła.
– Gdyby nie miał tego wypadku, Konopnicka nic by nie napisała – odparł. – Trochę jak z nami…
Liwia Gawlin zaklaskała.
– Tak, w tym rzecz. Gdyby nie sztuka, Józik Srokacz nie mógłby w żaden sposób ocaleć! Dzięki sztuce możecie poznać tamtych ludzi, sięgnąć po nich, po ich życie. Pierwowzór Józika Srokacza nie żyje przeszło sto lat, a zachował się w tej prozie jak na obrazie.
Tylko co po takim ocaleniu, skoro nikt normalny nie czyta Konopnickiej? Ten Józik to nie jakaś Małgorzata Kożuchowska, żeby o nim wiedzieć! Wiktor nie zamierzał się wychylać z tą uwagą. Nie chciał oberwać tak jak Hallis – nie od Liwii Gawlin.
Siedział na fotelu pasażera w jej fordzie, nie mogąc jeszcze uwierzyć we własne szczęście. Hallis, Jana i Sandra już zniknęli z horyzontu. Pewnie byli zazdrośni i go obgadywali. Tacy są ludzie.
Warsztaty dobiegły końca po kilku godzinach nudy (durna ta sztuka! Zupa pomidorowa, kropki Pollocka, odwrócony pisuar Duchampa – ktoś to naprawdę nazywał sztuką?).
– Och, byłabym zapomniała – powiedziała Liwia Gawlin na koniec. – Za tydzień zapraszam was na taką przedwigilijną wigilię dla wyjątkowych ludzi.
– Będziemy dzielić się opłatkiem i śpiewać kolędy przy choince?
– Chyba żartujesz, Olek! – zaśmiała się. – Widziałeś kiedyś coś bardziej kiczowatego niż ustrojona choinka? U mnie jej na pewno nie zobaczysz! Czy jestem jedną z tych martwych ryb płynących z prądem? Kto powiedział, że wigilia nie może być po prostu dobrą imprezą?
Następnie zapytała Wiktora, czy nie pojechałby z nią do Filipa. Musiał się zgodzić. Królowej się nie odmawia.
– Chciałam pobyć z tobą sama – wyjaśniła, odpalając silnik. – Zapnij pasy. Dziś nie ułożyło się między nami dobrze. Konflikty psują energię, człowiek jest ciężki od smutków, od irytacji, od złych emocji. Jesteś dla mnie ważny, Wiktorze zwycięzco. – Położyła mu dłoń na kolanie i zaraz zabrała. – Żałuję swojego wybuchu, ale musisz przyznać, że twoje oskarżenia były niewłaściwe, a co więcej, podłe.
Przeprosił ją, choć zapomniał, o co im poszło. Zmęczenie wzięło górę. Podrzemywał, wsłuchany w te jej mądrości. Ożywił się, dopiero gdy zaczęła mówić o miłości, o więzi, która ich łączy, będącej „ponad” (cokolwiek te słowa znaczyły).
– Wierzę, że nie jestem dla ciebie kimś, kogo można porzucić. Nienawidzę ludzi, którzy odrzucają miłość! – dodała z nagłym jadem i przycisnęła gaz do dechy. – Wybacz, myślałam o Cecylu – dodała zakłopotana. – Niby tak kochał tę Dagę, a teraz z nią zerwał.
– Zerwał? – powtórzył głupio.
– Ja i Cecyl pozostajemy w bardzo skomplikowanej relacji. Jestem i będę jedyną kobietą jego życia, ale on się stara uwolnić, stąd przyprowadza takie Dagi i trwamy w stanie wojny. Choć wystarczy, żebym się do takiej przekonała, a nieszczęśnica przestaje go interesować. Tak musi być.
Wkrótce dojechali pod blokowisko. Naszukali się odpowiedniej ulicy, śledzili numery bloków, aż natrafili na właściwy. Liwia Gawlin pokazała Wiktorowi baner firmowy biura transkrypcyjnego umieszczony przy wejściu na klatkę schodową.
Otworzył im spory facet w dżinsach i golfie otulającym wielgachny brzuch. Mógł mieć ze cztery dychy. To był Ireneusz Sławek, brat Fila. Zaproponował im coś do picia. Liwia Gawlin odmówiła, a Wiktor nie chciał się wychylać. Zza zamkniętych drzwi jednego z pokojów dochodziła głośna muzyka, pianie jak z opery.
– Widzi pani, jak z nim jest, z tym jego kręgosłupem znaczy. Tak się co jakiś czas zdarza. On stara się być samodzielny. Uparł się, że pójdzie do sklepu po mleko, i go przewiało, przemoczyło. Człowiek kupuje łóżko, zamawia fotel wyprofilowany, opłaca rehabilitacje, masaże, leki, a trochę wiatru, trochę deszczu i… – Potrząsnął łbem.
– Jestem pełna podziwu, jak Filip to znosi. Ma w sobie tyle pogody ducha!
– Przyzwyczaił się. Tylko że czasem ma dość. Jak dziś. Dałem mu ketonal i go trochę przestało boleć, nawet chciałem go odwieźć do pani, ale… – Rozłożył ręce.
– Chyba przyjechaliśmy nie w porę.
– Skąd! Masażysta przyjedzie po południu, ubłagałem go, Fil będzie jak nowy. Widzi pani, rodzice o niego dbali, starali się, operacja jedna, druga, piąta, a to mu tylko pogorszyło, znaczy się z tym kręgosłupem. Rodziców już nie ma, ja się bratem zajmuję.
– Filip dużo o panu opowiadał. – Położyła mu dłoń na ramieniu. – O swojej pracy też.
– To był mój pomysł, znaczy żeby założyć firmę transkrypcyjną. Jestem handlowcem, mam pasmanterię po rodzicach, transkrypcja była z myślą o Filu, żeby miał się czym zająć, z tym swoim kalectwem znaczy, a się okazało, że wbiliśmy się w lukę na rynku. Tutaj obok mamy biuro, był pusty lokal, kredyt wzięliśmy, odkupiliśmy.
Gadali o tej jego firmie, a Wiktor się nudził. Rozglądał się dookoła. Wszystko z Ikei, ale nie tak ładnie jak tam. Facetowi wiodło się gorzej, niż mówił.
Wprowadził ich do pokoju Fila. Od progu zaatakowała ich muzyka, ale wyłączył wieżę i zrobiło się cicho. Wiktor pomyślał, że to nie miejsce dla Liwii Gawlin.
Pokój nie był mały. Wyglądał, jakby mieszkał w nim dzieciak zafiksowany na punkcie rehabilitacji. Wiktor zobaczył plakat ze szkieletem, dziwacznie powybrzuszany fotel, wielką czerwoną piłkę lekarską i stretcher (Julia miała coś takiego, ale rzadko używała). Potem dostrzegł inne elementy – wielkie słuchawy na biurku, kalendarz „Cosmopolitana” z fotomontażowym facecikiem, tablicę korkową pełną notatek i angielskich słówek, pudełka płyt kompaktowych i poduszki porozrzucane na dywanie.
– Dzień dobry pani. Cześć, Wiktor.
Fil leżał na szerokim łóżku pod ścianą, bardziej podobny do manekina niż do człowieka. Trzymał przy sobie wielki termofor w różowe serduszka niczym misia. Dureń! Gdyby termofor był choć odrobinę niedokręcony, Fil by się poparzył!
Brat Fila pokrzątał się trochę. Podwiózł Liwii Gawlin fotel, Wiktorowi podsunął krzesło, pozbierał poduszki i płyty z podłogi i wyszedł z pokoju.
– Filip, brakowało cię dzisiaj. – Liwia Gawlin patrzyła na niego ze współczuciem. Ujęła go za rękę i głaskała. – Niepokoiliśmy się.
Mówiła chyba za siebie!
– Nie trzeba było przyjeżdżać, pani Gawlin, żywa trosko, chodzące miłosierdzie – odparł. Próbował się podnieść, ale się skrzywił. – Nie warto. Od początku traci pani na mnie czas.
– Nieprawda, Filipie! Stałeś się niezastąpiony, właśnie dlatego, że taki jesteś! Chodzi o to, co masz w środku!
– W środku mam tylko parodię kręgosłupa.
– Masz też serce. Jesteś takim dobrym człowiekiem, takim serdecznym i ciepłym! Zarażasz nas dobrym humorem…
– Zwłaszcza dzisiaj, moja droga pocieszycielko.
– Gorsze dni zdarzają się każdemu. Niebawem stąd wyjdziesz, otworzysz się na cały świat i…
– Na cały świat się raczej powinienem zamknąć w tym pokoju i nie wychodzić już nigdy!
Dalej odgrywała siostrę miłosierdzia. Mówiła o pozytywnym myśleniu, o tym, że ona tak bardzo chce, żeby jej muzom działo się lepiej, o sławie, która jest mu pisana choćby ze względu na nazwisko (marny żart), o zamówionym masażyście, o rakach i stwardnieniach rozsianych, o Błażeju z Charakterów, o przedwigilijnej wigilii, o milionie pierogów, które mieli wówczas przygotować.
– Wie pani, że ja uwierzyłem? – przerwał jej niekulturalnie w pół zdania. – Naprawdę myślałem, że coś się zmienia, że ten pierdolony kręgosłup pierwszy raz mi się przyda, zacznie współpracować. Jeszcze czego! Trochę deszczu i koniec!
Zaczął płakać. Naprawdę się rozryczał. Nie dało się na to patrzeć. Wiktor poderwał się z krzesła i podszedł do biurka. Czytał angielskie słówka. Większości nie znał. Dochodziło go chlipanie Fila. Żenada. Niby taki wesoły, brał życie na luz, a teraz trzeba było mu podawać chusteczki. Jak facet może tak normalnie beczeć?
– Jak ja mam być na wystawach, na spotkaniach, skoro nigdy nie wiadomo, czy mnie nie trzeba będzie wywieźć! – smęcił. – Bo będzie klimatyzacja włączona na przykład? Bez sensu! A chciałem! Nadal chcę!
Liwia Gawlin go przytuliła. Będzie go tarmosić, skoro on ledwo się rusza?!
– Filipie, masz w sobie dzielność, której ludzie będą ci zazdrościć. Wcale jej nie utraciłeś. Nie jesteś robotem, więc ona nie może być stała. Zostaniesz patronem ludzi, którzy sądzą, że ich życie się skończyło przez uraz kręgosłupa. Ze swoim hartem ducha będziesz dla nich jak bóg.
Siedzieli tam jeszcze nudny kwadrans. Fil przestał beczeć, ożywił się, nawet żartował. Jego brat przyniósł herbatę, o którą wcale nie prosili, palant. Liwia Gawlin zręcznie przejęła tacę z kubkami. Jeden podała Filowi, drugi wzięła dla siebie, a trzeci razem z tacą odstawiła na biurko. Wiktor nie miał tu nic do roboty. Zawsze tak było – cieszył się, że spędzi czas z kimś ukochanym, a dostawał gratis, którego nie potrzebował.
Tak samo w drodze powrotnej! Liwia Gawlin nie mogła się nachwalić Fila – jakby nie dość mu się podlizywała. Że pogodny, że wytrwały, że taki, że sraki.
– Ale żeby facet płakał, i to przy ludziach? – wtrącił.
– Łzy są powodem do dumy, a nie wstydu. – Zmroziła go spojrzeniem. – I nie zarezerwowano ich dla kobiet. Czy ty nigdy nie płakałeś?
– Nie – skłamał. Miał się jej przyznać? Jasne! Ona miała te swoje filozofie, a on swoje.
– W takim razie żal mi cię, mój Kalibanie.
Resztę drogi przebyli niemal w milczeniu. Nie wiedział, czy bardziej jest wściekły na nią, czy na siebie. Czuł, że znowu zrobił coś źle – ale za Chiny nie wiedział co.