Blask księżyca, wpadający przez wysokie okna klatki schodowej, srebrzystym światłem rozjaśnia schody tej dawniej eleganckiej kamienicy. W wykuszu na podeście widać sylwetkę marmurowego amorka z obłupaną ręką, w której pewnie przedtem dzierżył swój łuk.
Henryk wchodzi na pierwsze piętro. Niesie w jednej ręce futerał ze skrzypcami, w drugiej teczkę. Stara się zachowywać cicho, by nikomu nie przyszło do głowy wyjrzeć zza wielkich, masywnych drzwi i sprawdzić, kto nocą snuje się po kamienicy. Opiera futerał ze skrzypcami o ścianę, zapala zapałkę, sprawdza numer nad drzwiami. Naciska dzwonek. Nie słyszy żadnego dźwięku. Po chwili wahania puka do drzwi. Czeka chwilę, ponawia pukanie. Kiedy sięga po futerał, by ruszyć schodami w dół, drzwi otwierają się. Za wąską szparą widnieje jakaś postać w jasnym peniuarze.
Dora Fok wciąga Henryka do środka.
x
W przesianym przez firanki świetle księżyca Henryk widzi jej wielkie oczy.
– Tak strasznie chciałam, żebyś tu był! I dlatego jesteś! – mówi Dora Fok z jakimś odcieniem tryumfu w głosie. Wyraz jej oczu mówi, że wcale nie ma zamiaru prowadzić żadnej gry, że gotowa jest się przyznać do tego, że od pierwszej chwili, kiedy tylko ujrzała Henryka na ulicy getta, pragnęła mieć go z powrotem, jak miała kiedyś, gdy jeszcze nie musieli nosić na prawym rękawie gwiazdy Dawida.
– Wiesz, dlaczego tu jestem? – Henryk rzuca teczkę z podręcznymi rzeczami na posrebrzany księżycem fotel. – Bo w tej właśnie chwili przestałem istnieć dla świata. I tam już mnie nie ma.
Dora Fok odczytuje jego słowa jako deklarację powrotu do wiążących ich dawniej związków.
– Znowu będziemy razem, prawda?
Zarzuca mu swoje długie ręce na szyję. Przytula się do niego całym ciałem. Henryk nie wie, jak jej powiedzieć, że nie jest tu, by być z nią, lecz by nie być gdzie indziej, gdzie mogą go szukać. Chce wyznać, co go tu sprowadza, ale jej wargi zamykają mu usta. Nie przestając go całować, cofa się. Prowadzi Henryka w stronę łóżka, nad którego wezgłowiem, niczym opuszczony żagiel, zwiesza się aksamitny baldachim. Pociąga go za sobą. Jej niecierpliwe ręce starają się wyłuskać go z marynarki. Henryk broni się, stara się unieruchomić te obnażone ramiona, ale Dora Fok nie wypuszcza go z uścisku.
– Jesteś, jesteś, jak dawniej – szepcze Dora Fok, wsuwając się wężowym ruchem pod ciało Henryka.
– Nic nie jest jak dawniej – Henryk czuje, że jeśli nie powie jej prawdy, będzie niczym oszust, który podaje się za kogś innego. – Przyszedłem tu, bo nie mam innego miejsca, gdzie bym mógł przeczekać swoją śmierć.
Dora Fok nie słucha tych wywodów, nie dociera do niej sens wypowiadanych słów. Chce mieć Henryka jak kiedyś, więc rozpinając mu koszulę, a właściwie rozrywając ją na nim tak, że pryskają guziki, powtarza szeptem: „Głupcze, głupcze, póki mamy siebie, to żyjemy! Nie broń się. Ja tak na ciebie czekałam...”
– Mało masz lepszych?
– Och, jakiś ty głupi! – Gardłowy szept Dory łaskocze Henryka w ucho. – Inni, choć płacą, i tak nigdy nie dostaną tego, co ja ci chcę dać!
Henryk czuje, że teraz dla Dory wraz z jego pojawieniem się wróciło wszystko, co w jej pamięci było zaprzeczeniem tego życia na śmietniku. Był dla niej wspomnieniem, które za wszelką cenę usiłowała wskrzesić, zamienić na czas teraźniejszy.
– Po co przyszedłeś, jeśli nie po to, żeby się kochać? – Dora Fok całuje teraz zamknięte powieki Henryka. – Otwórz oczy! Chcę, żebyś mnie zapamiętał. Teraz żyje się krócej i trzeba kochać szybciej!