Rozdział 29

Somalijczyk zawahał się tylko raz – przed złożeniem podpisu na dokumentach związanych z zapłatą kaucji. Kiedy Cheng zaoferował dodatkowy tysiąc dolarów, wątpliwości młodego mężczyzny zniknęły niczym za sprawą czarodziejskiej różdżki. Cheng wybrał odpowiedniego człowieka do tej roboty.

Włączył drugą komórkę i podał taksówkarzowi numer, by mogli pozostać w kontakcie. Taksówkarz dostarczył dokumenty pracownikowi kancelarii, zaparkował wóz naprzeciw więzienia i czekał. Miał tylko dwa pytania: dokąd zawieźć Wazira Ibrahima i co powiedzieć, jeśli facet zapyta, kto wyciągnął go z pudła.

Cheng wiedział, że Wazir Ibrahim będzie mieć znacznie więcej pytań. Przekazał taksówkarzowi jedynie zdawkowe odpowiedzi. Polecił zawieźć Wazira Ibrahima do domu. Somalijczyk miał sądowy zakaz zbliżania się do żony, więc Cheng dopilnował, by taksówkarz powiadomił go, że małżonka wyjechała do siostry. Powiedział taksówkarzowi, by opisał Chenga, jeśli Wazir spyta, kto wyciągnął go z więzienia. To w zupełności wystarczy. Wątpił, aby po otrzymaniu takiej odpowiedzi facet miał więcej pytań.

W operacji Śnieżny Smok brało udział sześć dwuosobowych komórek. Każdą z nich tworzył student inżynierii i zaprawiony w bojach Somalijczyk, który pełnił funkcję obstawy. Członkowie komórek odpowiadali przed opiekunem, który posługiwał się ksywką Henry Lee. W rzeczywistości nazywał się Ren Ho i był głęboko zakonspirowanym agentem, którego Departament Drugi umieścił w Stanach Zjednoczonych ponad trzydzieści lat temu. To Lee poinformował Pekin o zaginięciu Wazira Ibrahima. Cheng nie miał wątpliwości, że gdy taksówkarz opisze jego dobroczyńcę, Wazir Ibrahim uzna, iż to Henry Lee wpłacił za niego kaucję.

Zgodnie z umową taksówkarz zawołał Wazira Ibrahima, gdy ten wyszedł z aresztu, a później wiózł go długą, okrężną drogą, by Cheng mógł sprawdzić, czy nie śledzi ich FBI.

Kiedy się upewnił, że nie mają ogona, wrócił do dzielnicy Ibrahima, zaparkował wóz dwie przecznice dalej i włamał się do jego domu od strony uliczki. Zaciągnął wszystkie żaluzje i wysłał taksówkarzowi SMS-a, że może przywieźć Wazira.

Gdy taksówka zajechała przed dom, Cheng przesłał kierowcy wiadomość z informacją, gdzie znajdzie kopertę z zapłatą. Następnie wyjął baterię z komórki, usiadł przy stole jadalnym i czekał.

Wszystko pokrywała cienka warstwa kurzu. Cheng zastanawiał się, czy kłopoty małżeńskie Ibrahima obracały się wokół prowadzenia domu.

Podniósł głowę, gdy usłyszał zgrzyt klucza w zamku frontowych drzwi. Somalijczyk wszedł do środka i sięgnął ręką do włącznika światła.

– Zostaw – rozkazał Cheng.

Wazir wykonał polecenie. Zamknął drzwi, zdjął buty i rozejrzał się w półmroku.

– To ty? – zapytał.

Cheng wyciągnął rękę i delikatnie przekręcił regulator oświetlenia za swoimi plecami, oblewając jadalnię łagodnym światłem.

Wazir Ibrahim zatrzymał się w pół drogi.

– Nie jesteś Henrym. Coś za jeden?

– Jestem szefem Henry’ego. Podejdź tu i usiądź – powiedział Cheng.

Somalijczyk rozejrzał się nerwowo.

– Dlaczego nie ma Henry’ego?

– Zniknąłeś, Wazir. Nie wiedzieliśmy, co się z tobą stało. Martwiliśmy się.

– Dlaczego przyszedłeś ty, a nie Henry?

– Henry jest waszym opiekunem. Nie zajmuje się akcjami ratunkowymi. Robię to ja.

– To ty wyciągnąłeś mnie z więzienia? – spytał Wazir.

Cheng skinął głową.

– Muszę wiedzieć, co się stało i co im powiedziałeś. Wszystko.

– Nadszedł czas modlitwy. Mógłbym się najpierw pomodlić?

– Za chwilę, teraz musisz wyjaśnić mi, co się stało. Chcę dokładnie ustalić, ile wie policja.

Wazir wziął głęboki oddech i zaczął opowieść.

– Ponieważ jesteśmy uchodźcami i otrzymujemy pomoc od rządu, musimy się spotykać z pracownikiem opieki społecznej. Nasza opiekunka przekonała żonę, by złożyła pozew przeciwko mnie.

– Za pobicie?

Somalijczyk nie okazał skruchy.

– Tak. Jeśli żona mnie nie słucha, mam prawo ją ukarać.

– Powiedziałeś to policji?

– Nie.

– To dobrze. Co jeszcze się wydarzyło, kiedy przebywałeś w więzieniu?

Wazir zwiesił głowę.

Mięśnie Chenga stężały. Było oczywiste, że Wazir zrobił coś, czego się wstydził.

– Co się stało, gdy przebywałeś w areszcie?

– Moi znajomi przywieźli dziewczęta do Nashville.

– Jacy znajomi?

– Somalijczycy, z Minneapolis.

– Jakie dziewczęta?

– Młode, ładne.

Niepokój Chenga jeszcze się wzmógł.

– Ile miały lat?

Wazir odwrócił głowę.

– Nie wiem – powiedział.

– Spójrz mi w oczy, Wazir. Nie okłamuj mnie. Ile miały lat?

Somalijczyk powoli podniósł głowę i spojrzał na Chińczyka.

– Były bardzo młode.

– Za młode?

Wazir wbił wzrok w ziemię.

– Tak – odrzekł.

– Czy policja o tym wie?

– Zadali mi mnóstwo pytań w tej sprawie.

Cheng zachował kamienny spokój.

– Co im powiedziałeś?

– Nic. Uznałem, że gdyby mieli dowody, toby je przedstawili.

Słusznie. Gdyby coś na niego mieli, powiedzieliby mu o tym i przedstawili zarzuty. Wyglądało na to, że został oskarżony jedynie o maltretowanie żony.

– Czy powiedziałeś policji o Henrym Lee lub o tym, nad czym pracowałeś?

– Nie.

– Niczego, co mogłoby wzbudzić ich podejrzenia?

– Nie – powtórzył Somalijczyk.

Mimo protestów mężczyzny Cheng zmusił go, żeby opowiedział szczegółowo o swoich przejściach – od aresztowania do chwili powrotu do domu. Chciał usłyszeć każde pytanie, które zadała policja, każdą odpowiedź, jakiej udzielił. Czy był przetrzymywany w zbiorowej celi? Co mówili inni więźniowie, z którymi rozmawiał? Wypytywał go ponad dwie godziny. O wszystko.

Czasami Somalijczyk udzielał tej samej odpowiedzi, innym razem jego odpowiedzi się zmieniały. Raz mówił o trzech nieletnich dziewczętach, innym razem tylko o dwóch. Początkowo Wazir twierdził, że siedział w jedynce, później zmienił zdanie i oświadczył, że w celi było czterech współwięźniów, by na koniec stwierdzić, iż przetrzymywano w niej co najmniej dziesięciu innych. Wazir Ibrahim miał problem z podstawowymi faktami. Cheng był tym poważnie zmartwiony. W najlepszym razie na słowach Somalijczyka nie można było polegać.

– Jeśli się martwisz, że powiedziałem policji o Henrym Lee lub o tym, co planowaliśmy, zapewniam, iż tego nie zrobiłem – oświadczył z naciskiem Wazir. – Nie zrobiłem tego, chociaż mogłem.

– Co dokładnie mógłbyś im powiedzieć? – spytał Cheng. Wazir Ibrahim wiedział bardzo mało o ataku. Kiedy praktyki w NASA dobiegły końca, Henry Lee zaprosił członków wszystkich komórek na swoje ranczo w Idaho, na tygodniowe szkolenie. Zajmowali się wyłącznie techniczną stroną tej części operacji, za którą byli bezpośrednio odpowiedzialni. Kanistry, których używali, były atrapami. Żaden z nich nie wiedział, co będzie w środku.

– Potrzebuję pieniędzy na prawnika – odparł Wazir. – Dobrego prawnika.

Domagał się pieniędzy na prawnika? Cheng chciał go uderzyć, ale się powstrzymał.

– Najpierw porozmawiajmy o tym, co rzekomo wiesz, Wazir.

– Wiem o kanistrach – powiedział Somalijczyk.

Cheng się uśmiechnął.

– Oczywiście, przecież używałeś ich podczas szkolenia.

– Wiem, co w nich będzie.

– Naprawdę? Co takiego?

Wazir nakreślił palcem słowo na zakurzonym blacie między nimi.

Cheng zesztywniał. Jakim cudem ten głupi Somalijczyk zdołał się tego domyślić? Zachowując kamienną twarz, roześmiał się i powiedział:

– O rety. Nieźle. To nieprawda. Czysta fantastyka. Skąd ci to przyszło do głowy?

Jeśli sam to odgadł, był nad wyraz dobrze poinformowany.

– Po prostu wiem.

– Skąd?

– Od studenta inżynierii, z którym odbywałem szkolenie. Powiedział mi to.

– Kiedy? – naciskał Cheng.

– Po szkoleniu, kiedy wyjeżdżaliśmy. Powiedział, że o tym myślał i wie, co będzie w kanistrach.

– Czy podzielił się tym przypuszczeniem z innymi? – Cheng przeciągnął słowo „przypuszczenie”, by podkreślić, że uważa ten pomysł za absurdalny.

Wazir Ibrahim wzruszył ramionami.

– Załatwisz mi prawnika?

Cheng starł rękawem słowo skreślone na kurzu.

– Wszystko będzie dobrze – zapewnił.

– Wystarasz się o prawnika?

– Może da się załatwić umorzenie sprawy.

– Naprawdę? – ucieszył się Wazir. – W jaki sposób?

– Nie kłopocz się o to. Jesteś dla nas ważny. Potrzebujemy cię. Wszystkim się zajmiemy.

– Dajesz słowo?

Cheng skinął głową.

Wazir uśmiechnął się, jakby zdjęto mu z ramion brzmię świata.

– Czy teraz mogę się pomodlić?

– Oczywiście, tylko nie zapalaj światła.

Somalijczyk podziękował mu i wstał od stołu. Po obmyciu rąk i nóg wrócił do salonu, rozłożył mały dywanik i zaczął modły.

Cheng patrzył. Znał kolejność czynności. Oglądał je wiele razy. Ostatnio w regionie Sinciang-Ujgur, gdy przypatrywał się modlitwie Ismaila Kashgariego.

Kiedy Wazir Ibrahim uklęknął na dywaniku, Cheng cicho wstał od stołu i wślizgnął się do salonu. Policzył, ile razy Somalijczyk skłonił się w stronę Mekki. Kiedy Ibrahim podniósł się po raz trzeci, Cheng stanął za jego plecami, oplótł mu szyję garotą i mocno zacisnął drut.

Miał wrażenie, jakby kroił masło kawałkiem struny od fortepianu. W górę trysnęła fontanna krwi, a ciało Somalijczyka rzucało się gwałtownie przez kilka sekund, zanim osunęło się na podłogę. Wazir nie był tak silny jak Kashgari, ale jego wola życia była równie potężna i równie bezcelowa.

Cheng odsunął się od ciała i wrócił po własnych śladach do drzwi, uważając, by nie pozostawić odcisków palców.

Godzinę później w zaszyfrowanym mailu powiadomił pułkownika Shi o aktualnej sytuacji i przedstawił swoje sugestie. Shi odpowiedział po niecałych dwudziestu minutach.

Zatwierdził kolejne posunięcie Chenga i poprosił, żeby zrobił coś jeszcze przed opuszczeniem Tennessee. Cheng nie był rad, ale nie miał wyboru.