Rozdział 36

NASHVILLE, TENNESSEE

Cheng zaparkował przed domem i rozpoczął obserwację. Nie miał pojęcia, z kim Mirsab baluje w swoim mieszkaniu. Powiedziano mu, żeby trzymał się na uboczu i pilnował własnego nosa. Najwyraźniej zignorował to polecenie. Ciekawe, czy tak samo potraktował inne. Cheng nie miał wyboru, musiał zaczekać, aż goście Mirsaba wyjdą.

Kiedy godzinę później jego mieszkanie opuściła czwórka mężczyzn, Cheng pozostał na miejscu, dopóki nie odjechali, a następnie wysiadł z samochodu i wszedł do budynku.

W korytarzu wyłożonym poplamionym dywanem cuchnęło pleśnią. Cheng podszedł do drzwi Mirsaba i zapukał.

Mężczyzna otworzył, sądząc, że któryś z gości coś zostawił, uśmiechając się i zagadując po arabsku. Dopiero wtedy spostrzegł Chenga.

– Czym mogę panu służyć? – zapytał, przechodząc na angielski.

– Przysłał mnie Henry Lee – odrzekł Cheng.

Beztroski wyraz twarzy Mirsaba zniknął w mgnieniu oka. Cofnął się i powiedział:

– Zapraszam.

Cheng wszedł do środka i omiótł mieszkanie wzrokiem. Wnętrze było urządzone po spartańsku, meble wyglądały, jakby stały tu od dziesiątków lat.

Mirsab utrzymywał swoje lokum w czystości. W zlewie i na blacie w małej, otwartej kuchni nie było brudnych naczyń. Nie cuchnęło śmieciami ani zepsutą żywnością. Właściwie pachniało tu lepiej niż na korytarzu.

Cheng zauważył niewiele rzeczy osobistych. Na stoliku w salonie leżało kilka arabskojęzycznych czasopism, laptop i Koran. Zwinięty dywanik modlitewny stał w kącie pokoju.

– Kim byli ci ludzie? – spytał Cheng.

– Jacy ludzie?

– Ci, którzy wyszli przed chwilą. Kiedy otwierałeś mi drzwi, sądziłeś, że wrócili i powiedziałeś coś po arabsku.

Mirsab wbił wzrok w podłogę.

– Poznałem ich w meczecie. Jesteśmy w jednej grupie modlitewnej.

Cheng pstryknął palcami, żeby chłopak podniósł wzrok i spojrzał mu w oczy.

– Nie płacą ci za chodzenie do meczetu. Możesz należeć tylko do jednej grupy. Naszej. Rozumiesz?

– Tak, proszę pana.

– Usiądź – powiedział, wskazując mały stół jadalny. Kiedy Mirsab spoczął, Cheng zajął miejsce na krześle naprzeciw niego i postawił teczkę pod stołem.

– Dlaczego pan Lee cię przysłał? Czy już czas? – spytał student inżynierii.

– Wkrótce – odparł Cheng. – Przyszedłem cię skontrolować.

Cheng świetnie znał się na ludziach. Między innymi dlatego był takim dobrym agentem. Z miejsca zaobserwował kilka rzeczy u Mirsaba. Rozluźnił się i spokojnym, miarowym tonem zapytał:

– Jak się miewasz?

– Czuję się samotny – wyznał student.

– Samotny?

– Tak – odparł Mirsab. – Nigdy nie przebywałem tak długo z dala od rodziny.

– Czy próbowałeś się z nimi skontaktować?

Mężczyzna pokręcił głową.

– Nie. Przecież to zabronione.

Tak samo jak utrzymywanie kontaktów towarzyskich, pomyślał Cheng, ale postanowił wrócić do tej kwestii później.

– Wiem, że to trudne, ale wkrótce ponownie ich zobaczysz. Będą z ciebie dumni. Pieniądze już im pomogły i będą nadal pomagać, jeśli dotrzymasz umowy.

– Tak, proszę pana. Zrozumiałem.

– To dobrze. Pomówmy o ludziach, którzy byli tu przed chwilą. Długo ich znasz?

– Niedługo. Kilka tygodni – odpowiedział Mirsab.

– Po co chodzisz do meczetu?

– Żeby się modlić.

– Nie możesz modlić się tutaj? – spytał Cheng.

– Tutaj jestem sam. Chciałem się modlić z innymi.

– Czy płacą ci za to, żebyś się z nimi modlił?

– Nie, proszę pana – odpowiedział inżynier.

Cheng udał, że się uśmiecha.

– Mirsab, powinieneś myśleć o swojej rodzinie. Dobrze ci płacą. Czy w twojej kuchni jest jedzenie?

– Tak, proszę pana.

– Czy ubikacja działa? Masz wodę, żeby się wykąpać?

– Tak, proszę pana.

– Jest tu klimatyzacja? Czy dach jest szczelny?

Mężczyzna ponownie spuścił wzrok.

– Tak, proszę pana.

– Spójrz na mnie, Mirsab – powiedział Cheng. Zaczekał, aż młodzieniec podniesie wzrok, i podjął: – Możesz wyjść do parku. Do kina. Słuchać muzyki. Oglądać telewizję. Możesz czytać Koran. Korzystać z komputera pod warunkiem przestrzegania zasad. Nie sądzę, abyśmy obciążyli cię ponad miarę, prawda?

– Prawda, proszę pana.

– Szczerze mówiąc, myślę, że jesteśmy dla ciebie całkiem dobrzy. Czyż nie?

– Tak, proszę pana.

Cheng przyjrzał się mu uważnie.

– Co ci mężczyźni z meczetu wiedzą o tobie?

Mirsab wzruszył ramionami. Był pulchnym, niskim mężczyzną, mierzącym sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Kiedy wzruszał ramionami, w okolicy szyi było widać wałeczki tłuszczu, jak u psa rasy shar pei. Ze wzrokiem wbitym w podłogę wyglądał zupełnie jak pies, który wie, że zawinił.

– Nie jestem zły – powiedział Cheng – ale muszę wiedzieć. Co im powiedziałeś?

– Że byłem studentem inżynierii.

Mięśnie Chenga stężały, ale nie okazał zaniepokojenia. Zamiast tego przybrał odprężoną pozę i czekał. Kolejną z cech dobrego agenta była umiejętność milczenia.

– Powiedziałem, że przenoszę się do Nashville Community College, ale studia rozpocznę dopiero w następnym semestrze. Że w tej chwili uczę się przez internet.

Sprytny wybieg, pomyślał Cheng. Wiarygodny. Mirsab nie powinien wzbudzić podejrzeń, podając się za studenta takiej uczelni jak Vanderbilt University, a nauka przez internet wyjaśniałaby, dlaczego spędzał tyle czasu w mieszkaniu. Ale chociaż jego wybieg miał sens, Mirsab nie powinien był stawiać się w sytuacji, w której musiał go użyć.

Wzmianka o samotności niepokoiła Chenga. Mirsab był niebezpiecznie zdesperowany. Fakt, że narzekał na brak towarzystwa akurat tu, w Ameryce, która miała do zaoferowania mnóstwo rozrywek, wskazywał na głębsze problemy, ale Cheng nie miał czasu ani ochoty, żeby się nimi zajmować.

– Co jeszcze im powiedziałeś? – zapytał.

– Nic więcej, przysięgam.

– Powiedziałeś, skąd jesteś?

– Nie – odparł Mirsab, ale szybko się poprawił. – To znaczy tak.

– To w końcu jak?

– Wiedzą, że jestem z Emiratów, ale skłamałem, kiedy mówiłem, z jakiej wioski.

Cheng był coraz bardziej niezadowolony.

– Co jeszcze powiedziałeś?

– Nic, przysięgam.

Ponownie udzielił odpowiedzi, w którą Cheng nie uwierzył. Facet był słabym ogniwem. Choć Cheng nie sądził, żeby Mirsab wszystko wypaplał, wystarczyło przecież, by powiedział o jedną rzecz za dużo. Jeśli któryś z członków jego grupy modlitewnej okazałby się informatorem FBI lub, co gorsza, agentem, trudno byłoby oszacować straty, które spowodował Mirsab. Wystarczyło, by zapomniał o jednym ze swoich kłamstw lub zagalopował się w rozmowie. Cheng mógł mieć jedynie nadzieję, że członkowie innych komórek nie byli tak ułomni.

– Mirsab, chciałbym z tobą pomówić o projekcie – powiedział Cheng. W rozmowach z członkami komórek nie używali słowa „operacja”, bo kojarzyło się z wojskowością lub, co gorsza, terroryzmem. Departament Drugi uważał, że studenci inżynierii powinni posługiwać się słownictwem charakterystycznym dla organizacji przestępczej, na wypadek gdyby ich przesłuchiwano. – Czy rozumiesz, co zamierzamy zrobić?

Mirsab ponownie utkwił wzrok w podłodze.

– Tak.

– Spójrz na mnie – powiedział Cheng. – Jak sądzisz, o co chodzi w naszym projekcie?

– Nic nie sądzę. Po prostu chcę, żeby to wszystko się skończyło. Żebym mógł wrócić do domu.

– Mirsab, zanim tu przyjechałem, złożyłem wizytę Wazirowi Ibrahimowi. Pamiętasz, co powiedziałeś Wazirowi o tym, co według ciebie znajdowało się w kanistrach?

Student inżynierii skinął głową.

– Wyjaśniliśmy ci, na czym polega nasz projekt. Dlaczego sądzisz, że jest inaczej? – zapytał Cheng.

– Bo kanistry, z którymi ćwiczyliśmy, były zbyt ciężkie.

Oficer wywiadu się uśmiechnął.

– Czy podzieliłeś się tą obserwacją z kolegami?

Mirsab pokręcił głową.

– Dobrze – odpowiedział Cheng.

Chwilę później wyciągnął z teczki pistolet M&P i strzelił Mirsabowi między oczy.