Po przesłuchaniu Vasqueza, sąsiada Wazira Ibrahima, Harvath i Urda ruszyli za Hoffmanem do jego biura w centrum miasta. Funkcjonariusze policji z Nashville przywieźli tam somalijskiego taksówkarza, by kontynuować przesłuchanie, więc Harvath chciał mu zadać kilka pytań.
Znajdowali się w połowie drogi, gdy z oddali doleciał ich odgłos wybuchu i w nocne niebo za ich plecami wzbiła się oślepiająca kula ognia.
– Co to było, u licha? – spytał Harvath, odwracając się, żeby ją zobaczyć.
Urda obserwował eksplozję w lusterku wstecznym.
– Nie wiem, ale wybuch był duży. Może to eksplozja gazu?
Harvath nie miał pojęcia, ale nie podobała mu się zbieżność czasowa.
Dwie minuty później jadący przed nimi Hoffman włączył syrenę.
– Co się dzieje? – zdziwił się Harvath.
Kiedy Urda wzruszył ramionami, zadzwonił telefon. Zgłaszał się Hoffman. Agent specjalny przełączył go na głośniki.
– Widziałeś eksplozję?
– Tak.
– Dyspozytor powiedział, że wybuchł jeden z kontenerów na terenie przechowalni, gdzie funkcjonariusz policji miejskiej z Nashville sprawdzał podejrzanie wyglądającego lincolna navigatora.
Harvath poczuł, że serce zabiło mu żywiej.
– Co spowodowało wybuch? Czy navigator miał lewe papiery?
– Nie mam pojęcia. Dyspozytor stracił z nim kontakt. Jedźcie za mną. Zawrócimy.
Dwa wozy wykorzystały linię przerywaną, wykonały zwrot i popędziły w kierunku pożaru. Teraz także Urda włączył syrenę. Kiedy Harvath spojrzał na prędkościomierz, stwierdził, że przekroczyli sto trzydzieści kilometrów na godzinę.
Kiedy Hoffman dotarł do zjazdu, zwolnił tylko nieznacznie. Korzystając z pobocza, minął próg zwalniający i, ledwie muskając hamulce, wykonał ostry zakręt w lewo na skrzyżowaniu. Urda pędził tuż za nim.
Przejechali nad autostradą, zmierzając w kierunku miejsca eksplozji. Przed nimi w tym samym kierunku podążało wiele pojazdów ratunkowych. Wyły syreny.
Hoffman przejechał dwa skrzyżowania na czerwonym świetle, nie zwalniając ani na chwilę. Nagle ujrzeli płomienie.
Cztery radiowozy zdążyły dotrzeć na miejsce. O jeden z wozów opierał się ranny funkcjonariusz policji z Nashville, przyciskając do głowy zakrwawiony bandaż. Wyglądał, jakby znajdował się w pobliżu, kiedy nastąpiła eksplozja. Był pierwszą osobą, z którą Harvath chciał porozmawiać.
Urda zatrzymał samochód na poboczu, za głównym wjazdem na teren przechowalni. Harvath otworzył drzwi i wyskoczył, zanim Urda zdążył wyłączyć silnik.
Zakrwawiony policjant nosił identyfikator z nazwiskiem Edmondson.
– Co się stało?
Gliniarz spojrzał na Harvatha, a później na sedana Urdy. Domyślił się, że Harvath jest funkcjonariuszem organów ścigania, i odpowiedział:
– Sierżant Gerads sprawdzał podejrzany pojazd. Ponieważ dyspozytor nie mógł go wywołać, wezwał najbliższe radiowozy. Byłem w odległości półtora kilometra. Dotarłem na miejsce w chwili eksplozji.
– Wiesz, co wybuchło?
– Nie mam pojęcia – odparł policjant.
– Gdzie jest Gerads?
– Nie wiem.
– A samochód? Czarny navigator, który sprawdzał? – zapytał Harvath.
– Widziałem samą eksplozję.
Głowa, twarz i tułów funkcjonariusza wyglądały, jakby zostały rozorane szrapnelem. Za nimi pojawiły się wozy strażackie, skręcające na teren przechowalni.
– Gdzie byłeś, kiedy doszło do wybuchu?
Edmondson podniósł głowę i wskazał swój radiowóz, stojący na terenie obiektu. Nawet z odległości było widać, że został poważnie uszkodzony. Jakby wpadł na minę pułapkę. Facet miał szczęście, że uszedł z życiem.
Kiedy podszedł do nich Urda, Harvath spojrzał na niego i powiedział:
– Zadzwoń do Quantico. Powiedz, żeby jak najszybciej przysłali tu ekipę techników.
– Robi się – odrzekł Urda, wyciągając komórkę z kieszeni.
Harvath ruszył podjazdem w kierunku Hoffmana, który stał przy panelu z numeryczną klawiaturą. Teren przypominał kemping, tyle że wywrócony do góry nogami i podpalony. Wokół walały się meble, rzeczy osobiste, różnego rodzaju gruz. Miną długie miesiące, zanim ustalą, co do kogo należało.
– Straż pożarna chce, by wszyscy opuścili teren – wyjaśnił detektyw. – Nie wiedzą, czy w kontenerach nie ma innych materiałów wybuchowych.
Poprzez zgiełk Harvath usłyszał dźwięk wirujących śmigieł. Podniósł głowę i ujrzał policyjny helikopter. Maszyna omiatała teren potężnym reflektorem Midnight Sun. Hoffman podniósł ręczną radiostację, by on i Harvath mogli słyszeć komunikaty. Kiedy pilot utrzymywał maszynę w nieruchomej pozycji, oficer techniczny lotu przesuwał snop reflektora i analizował obraz z kamery podczerwieni, by wskazać strażakom epicentrum pożaru.
Z sześciu rzędów kontenerów cztery stały w ogniu. Harvath wskazał budynek biurowy na końcu szóstego rzędu i polecił:
– Zbierz tylu ludzi, ilu się da. Tam się spotkamy. Jeśli mają sprzęt do wyważania drzwi, powiedz, żeby go zabrali.
– Co chcesz zrobić? Komendant straży powiedział… – zaczął Hoffman.
– Wiem, co powiedział komendant – odparł Harvath. – Zrób, co każę.
Hoffman skinął głową i ruszył skrzyknąć policjantów, a Harvath popędził do biura. Z każdym krokiem temperatura zdawała się wzrastać o dziesięć stopni. Kiedy dotarł do szklanych drzwi, twarz go piekła, a włosy na ramionach zaczęły się przypalać.
Spróbował otworzyć drzwi, ale były zamknięte, więc okrążył budynek, żeby sprawdzić, czy nie ma innych. Nie było. Kiedy wrócił, nadbiegł Hoffman z czterema funkcjonariuszami. Żaden nie miał sprzętu do wyważania drzwi.
Harvath spojrzał na najbliższego policjanta i powiedział:
– Daj mi swoją pałkę teleskopową.
Mężczyzna posłuchał. Harvath wykonał gwałtowny ruch nadgarstkiem, rozkładając pałkę. Odwrócił głowę, wykonał mocny zamach i rozbił szybę w prawym skrzydle frontowych drzwi.
Włożył rękę do środka, przekręcił gałkę i otworzył na oścież oba skrzydła, rozkładając kopnięciem zakończone gumą blokady.
Wskazując ręczne wózki stojące przy ścianie, powiedział:
– Wywieźcie segregatory tak szybko, jak się da.
Kiedy policjanci podbiegli do wózków, Harvath rzekł do Hoffmana:
– Ty i ja wyniesiemy komputery i rejestratory wideo, na których mogą przechowywać nagrania z kamer.
Hoffman skinął głową i obaj wkroczyli do środka.
Biuro znajdowało się za recepcją i strefą z artykułami do pakowania. Papiery walały się wszędzie, więc policjanci nie wiedzieli, od czego zacząć. Harvath polecił, żeby wynieśli wszystko. Czarny lincoln navigator, silna eksplozja i zaginiony funkcjonariusz policji oznaczały, że Deng musiał tu być. I musiał mieć ważny powód, by to zrobić. Harvath chciał wiedzieć jaki. Miał nadzieję, że na odpowiedź naprowadzi go któraś z pozostawionych w biurze rzeczy.
Mimo gorąca i zagrożenia rozprzestrzeniającym się pożarem funkcjonariusze wynieśli całe sterty dokumentów oraz segregatory i pudła, w których znajdowało się jeszcze więcej teczek. Kiedy Hoffman odłączał komputery i przenosił je w bezpieczne miejsce, Harvath odnalazł rejestratory wideo.
Gdy wynieśli wszystko, co się dało, Harvath ostatni raz zajrzał do szuflad i szafek, szukając dysków zewnętrznych lub innych przedmiotów, które mogli przeoczyć. Zadowolony, że wszystko zabrali, wyniósł na rękach tyle rzeczy osobistych należących do klientów przechowalni, ile się dało. Chociaż strażacy pracowali z całych sił, ogień ciągle się rozprzestrzeniał i nie zanosiło się na to, by biuro ocalało z pożaru.
Hoffman spojrzał na stertę rzeczy, które zdołali wynieść.
– Co chcesz z tym zrobić?
Harvath chciałby wsunąć dłoń do środka i wyciągnąć dokładnie to, czego szukał, ale wiedział, że bardziej prawdopodobne jest to, że zginie rażony piorunem lub wygra na loterii.
Przeglądanie tak ogromnej ilości danych w poszukiwaniu prawidłowości nie należało do jego silnych stron. Na szczęście znał kogoś, kto doskonale się do tego nadawał.
Spojrzał na zegarek.
– Zlecę to specjaliście.