WASZYNGTON
NIEDZIELA, 9 WRZEŚNIA
12.20

Cassiopeia dodała gazu, a jej motocykl przyspieszył na autostradzie międzystanowej dziewięćdziesiąt pięć biegnącej na południe, w stronę Wirginii. Edwin Davis dał jej do wyboru kilka środków transportu, ale wybrała jeden z motocykli Secret Service. Skorzystała również z okazji, aby przebrać się w dżinsy, skórzane buty i czarny sweter.

Nadal czuła się poruszona rozmową z pierwszą damą.

Pauline Daniels była kobietą, którą miotały sprzeczne uczucia.

„Nie żywię nienawiści do mojego męża”, powiedziała jej pierwsza dama.

„Darzy go pani niechęcią, którą tłumi w sobie od trzydziestu lat”.

„Polityka to silny narkotyk. – Starsza pani westchnęła. – Jeśli człowiek odnosi sukcesy, działa jak środek uspokajający. Wyrazy uwielbienia. Szacunek. Bycie potrzebnym. Nie można tego zapomnieć. Czasami ludzie, którzy otrzymali zbyt dużą dawkę narkotyku, zaczynają wierzyć, że wszyscy ich kochają, że świat byłby gorszy, gdyby nie stali na straży. Zaczynają uważać, że mają prawo do władzy. Nie mówię o urzędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych. Polityczne światy mogą być tak duże lub małe, jakimi je stworzymy”.

Pędziła przed siebie, dodając gazu na ogarniętej mrokiem autostradzie. O tej porze na drodze był jedynie korowód osiemnastokołowych ciężarówek korzystających z małego ruchu.

„Kiedy Mary umarła – powiedziała Pauline – Danny był radnym miejskim. Rok później został burmistrzem, a później senatorem i gubernatorem. Wyglądało na to, że z naszej rodzinnej tragedii narodził się jego sukces. Danny tłumił ból zaangażowaniem w politykę. Uległ działaniu środka znieczulającego. Ja nie miałam tyle szczęścia”.

„Czy rozmawialiście o tym? Próbowaliście rozwiązać problem?”.

Pokręciła głową.

„On tak nie działa. Od pogrzebu nie wspomniał o Mary. Jakby nigdy nie istniała”.

„W pani przypadku było inaczej”.

„Nie, tego nie powiedziałam. Obawiam się, że ja także nie byłam uodporniona na działanie polityki. Kiedy Danny awansował, awansowałam razem z nim”. Zamilkła na chwilę. Do kogo ona właściwie mówi, pomyślała Cassiopeia. „Niech Bóg mi wybaczy, że próbowałam zapomnieć o córce”. W zmęczonych oczach starej damy błysnęły łzy. „Starałam się, ale nie mogłam”.

„Czemu mi pani o tym mówi?”.

„Kiedy Edwin uprzedził mnie o pani przyjeździe, dodał, że jest pani dobrym człowiekiem. Mam do niego zaufanie. To porządny facet. Może pora zrzucić ciężar z serca. Mam dość dźwigania cierpienia”.

„Co pani powiedziała?”.

Minęła chwila pełnego napięcia milczenia.

„Nauczyłam się oczekiwać, że Danny zawsze będzie w pobliżu – ciągnęła pierwsza dama monotonnym głosem. – Zawsze stał u mego boku”.

Ale Cassiopeia usłyszała to, co nie zostało wypowiedziane. Nadal obwiniasz go o śmierć Mary. Codziennie.

„Ale kiedy usłyszałam, że ktoś próbował go zabić....”.

Cassiopeia milczała, czekając na dokończenie zdania.

„Odkryłam, że jestem zadowolona”.

Wyprzedziła jakiś samochód i wjechała na teren stanu Wirginia, kierując się do Frederickburga leżącego około czterdziestu kilometrów dalej.

„Życie z Dannym nie jest łatwe – powiedziała Pauline. – On wszystko szufladkuje. Bez trudu przechodzi od jednej sprawy do drugiej. Pewnie dlatego jest takim dobrym przywódcą. Dodam, że robi to wszystko bez żadnych emocji”.

Niekoniecznie, pomyślała Cassiopeia. To samo mówiono o niej. Nawet Cotton ganił ją kiedyś za brak uczuć. Jednak z tego, że ich nie okazywała, nie wynikało, iż nie istniały.

„Nigdy nie pojechał na jej grób – kontynuowała pierwsza dama. – Ani razu od czasu pogrzebu. W pożarze straciliśmy cały majątek. Z pokoju Mary i domu został tylko popiół. Ani jedno zdjęcie naszej córki nie ocalało. Myślę, że był z tego rad. Nie chciał żadnych pamiątek”.

„Ale pani nigdy nie miała ich dość”.

Spojrzała na nią udręczonym wzrokiem.

„Może i tak”.

Cassiopeia dostrzegła chmury na czarnym niebie. Ani jednej gwiazdy. Asfalt był wilgotny. Deszcz pojawiał się i znikał. Zmierzała tam, gdzie wolała nie być, ale Pauline Daniels jej się zwierzyła, powiedziała coś, o czym wiedziały tylko dwie osoby, do których nie zaliczał się Danny Daniels. Przed wyjazdem prezydent zapytał ją, dokąd się udaje, ale odmówiła odpowiedzi.

– Chciałeś, żebym się tym zajęła – odrzekła – to mi na to pozwól.

Wyatt sięgnął do kieszeni i namacał bombę błyskową własnej konstrukcji, stworzoną kilka lat temu. Wziął sobie do serca ostrzeżenie Carbonell i spodziewał się gości, ludzi niekoniecznie przyjaźnie nastawionych, więc wydawało się logiczne, że przyjdą wyposażeni w noktowizory.

– Zamknij oczy – szepnął do Voccia.

Wyszarpnął bezpiecznik i rzucił owinięty papierem przedmiot w głąb korytarza.

Oślepiający blask przeniknął zamknięte powieki, zastygł na kilka sekund i zniknął.

Doleciały ich okrzyki bólu.

Wiedział, co się stało.

Dwaj napastnicy zostali oślepieni. Ich źrenice, powiększone za sprawą noktowizora, gwałtownie się zamknęły wskutek nieoczekiwanego rozbłysku.

Później nadeszła fala bólu, a po nim dezorientacja.

Wyatt odnalazł pistolet, wyskoczył na korytarz i otworzył ogień.

Malone usłyszał dwa strzały. Był na schodach, przyczajony za metalowymi drzwiami prowadzącymi na piętro. Usłyszał eksplozję. Korytarz za drzwiami nagle rozświetlił blask. Coś odbiło się od drugiej strony, a później drzwi rozwarły się na oścież i na klatkę wypadli dwaj mężczyźni, trzymając się za głowę i zrywając z twarzy noktowizory. Wykorzystał ich dezorientację, aby skoczyć w kierunku następnego piętra i ukryć się na podeście.

– Sukinsyn – wycedził jeden z tamtych.

Minęła chwila ciszy, gdy próbowali zapanować nad emocjami i przygotować broń.

– Nie ruszaj oczu – powiedział drugi.

Usłyszał dźwięk uchylanych drzwi.

– Musieli pobiec w przeciwną stronę.

– Oby do drugiej klatki.

– Trzeci, tu Drugi – usłyszał przyciszony głos jednego z mężczyzn. Pauza. – Obiekt przemieszcza się w twoją stronę. – Kolejna przerwa. – Na zewnątrz.

– Dokończmy robotę – zarządził jeden z nich.

Ciche kliknięcie oznajmiło zamknięcie metalowych drzwi.

Malone zaryzykował i spojrzał w dół.

Dwaj mężczyźni zniknęli.

– Dlaczego miałbym zabić Stephanie Nelle? – spytał Knox, wpatrując się w oczy Carbonell.

– Bo nie masz wyboru. Jak długo pożyjesz, jeśli kapitanowie dowiedzą się o twojej zdradzie? To prosta sprawa. Trzeba zabić jedną osobę. Nie powinieneś mieć problemu.

– Myślisz, że tym się zajmuję? Że cały czas morduję ludzi?

– Z pewnością to robiłeś w ostatnim czasie. Na dowód mam dwóch agentów w kostnicy i dwóch innych w szpitalu.

– To przez ciebie. – Zaintrygował go nieoczekiwany zwrot. – Wiesz, w jakie tarapaty wpakował się Hale, aby ją dla ciebie zdobyć? Przekazałaś instrukcje, żeby nie spadł jej włos z głowy.

Wzruszyła ramionami.

– Chciał mieć u mnie dług wdzięczności. Spełnił moją prośbę, ale sytuacja uległa zmianie. Nelle przestała być problemem.

– Pewnie mi tego nie wyjaśnisz.

– Słuchaj, Clifford, chciałeś się wycofać. Pokazałam ci drogę. Teraz poznałeś cenę.

W jej głosie nie było ani śladu gniewu, pogardy lub rozbawienia.

– Niebawem Wspólnota przestanie istnieć – powiedziała – a wtedy będziesz robił, co zechcesz. Będziesz mógł prowadzić własne życie. Cieszyć się zgromadzonymi łupami. Nikt się o niczym nie dowie. Jeśli zechcesz, nawet cię zatrudnię.

Pragnął się dowiedzieć jednego.

– Naprawdę złamałaś szyfr Jeffersona?

– Jakie to ma znaczenie?

– Chcę wiedzieć.

Carbonell się zawahała.

– Tak, zrobiliśmy to.

– Dlaczego zatem sama nie zabiłaś Nelle? Czemu nas w to wmieszałaś?

– Zacznijmy od tego, że nie miałam klucza, kiedy poprosiłam Hale’a, aby porwał Nelle. Po drugie, w przeciwieństwie do tego, co pokazują na filmach, w mojej robocie eliminowanie celów nie jest takie łatwe. Ludzie, którzy wykonują tę pracę, żądają zbyt dużo za milczenie.

– A ja? Czy ja nie proszę o zbyt wiele?

Wzruszyła ramionami.

– Nie prosisz o nic, czego nie potrafiłabym ci dać.

– Nie odpowiedziałaś na pytanie. A jeśli Hale nie będzie chciał, żeby Nelle zginęła?

– Jestem pewna, że tego nie chce. Przynajmniej w tej chwili. Ale ja chcę, dlatego znajdź sposób na załatwienie sprawy. I to szybko.

Poczuł się wyczerpany. Za dużo się działo.

– Powiedziałaś, że zdemaskowałaś innego informatora. Czy Hale zna jego tożsamość?

– Wie, gdzie szukać. Jestem pewna, że teraz to robi. Z pewnością wkrótce przekaże ci tę sprawę. Swojemu wiernemu słudze, który powrócił z pola bitwy w Nowym Jorku. Widzisz, jak zadbałam o twój wizerunek? Zostałeś bohaterem. Czego więcej mógłbyś chcieć? Aby udowodnić swoją dobrą wolę i zakrzyknąć „jeden za wszystkich i wszyscy za jednego”, przekażę ci nazwisko mojego źródła i wskażę, jak dowieść, że jest zdrajcą.

Właśnie to chciał wiedzieć. Kapitanowie zażądają zorganizowania procesu, skazania i niezwłocznego wymierzenia kary. Jeśli zdoła wykonać zadanie, jego wartość znaczenie wzrośnie.

Co ważniejsze, odwróci od siebie uwagę.

Niech ją szlag!

– Podaj mi nazwisko, a dopilnuję, żeby Stephanie Nelle zniknęła raz na zawsze.