Wtorek, 6 czerwca 1995 roku

Tina przebudziła się, gdy samochód przystanął. Spała przez wiele godzin, nękana chaotycznymi snami. Ominęła ją podróż przez uroczą dolinę Rodanu, jazda krętą drogą wzdłuż południowego krańca Luberon, karkołomna wspinaczka we francuskim Wielkim Kanionie Verdon. Zerwała się, nie wiedząc z początku, gdzie się znajduje.

– Co się dzieje? – spytała zaspana.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił Mario. – Udało się! – Zmuszał się, by jego głos brzmiał rześko. Był potwornie zmęczony, u kresu sił. Przez chwilę nie wiedział, czy zdoła zebrać w sobie tyle energii, by wysiąść z samochodu i wnieść do domu bagaże. Miał wrażenie, że zaraz zaśnie na kierownicy.

Tina przeciągnęła się i cicho przy tym westchnęła. Jej ciało zesztywniało, mięśnie były przykurczone i sprawiały ból. Dłonią masowała sobie kark, próbowała ostrożnie poruszać ramionami. Budziła się do życia. Podekscytowana wyjrzała na zewnątrz.

– Jesteśmy w Nicei?

– W pobliżu. Przecież ci mówiłem, że nasz dom nie stoi w centrum Nicei.

Tina otwarła drzwi i wysiadła. Ogarnął ją mrok nocy. Dopiero kiedy się odwróciła, spostrzegła w oddali dwa bądź trzy światełka. Wdychała intensywną woń lawendy, zmieszaną z zapachem dziko rosnącego tymianku oraz szałwii, którą lekki wietrzyk przynosił z pobliskich gór. Oddychała głęboko ciepłym powietrzem prowansalskiej nocy. Nad jej głową sklepiało się pogodne, rozgwieżdżone niebo.

– Jak tu pięknie – odezwała się.

Mario właśnie wygramolił się z samochodu i otworzył bagażnik.

– Chodź, pomóż mi wnieść rzeczy.

Wzrok Tiny przywyknął do ciemności. Mogła już dostrzec niewielki dom, wzniesiony z jasnoszarego nierównego kamienia występującego w tej okolicy. Stał on pośrodku zapuszczonego ogrodu.

– Czy to ten? – spytała.

– Tak. Zaczekaj, pójdę naprzód i zapalę światło. – Po dróżce z kamiennych płyt, otoczonej przez żywopłot z rozmarynu oraz cyprysy, dotarli do drzwi wejściowych. Mario otworzył je i zapalił światło w korytarzu. W blasku lampy Tina po raz pierwszy pomyślała o tym, by spojrzeć na zegarek. Była prawie trzecia.

Podróżowali bez mała przez dwadzieścia godzin.

Tina stała w małym pokoju na poddaszu, który Mario przeznaczył na jej sypialnię, rozpakowywała swoją walizkę i miała wrażenie, że dzieje się coś dziwnego. Dana rwałaby sobie włosy z głowy. Ona nie pozwoliłaby się odepchnąć. Cóż jednak można było zrobić w sytuacji, kiedy nie zostało się obdarzonym przez naturę wrodzoną niefrasobliwością oraz wielką przemądrzałą jadaczką?

Mam jeszcze dwa tygodnie, pomyślała Tina, układając bieliznę w szufladzie komody. Może on kiedyś odrzuci tę swoją rezerwę.

Dom, na ile zdążyła go już obejrzeć, spodobał jej się. Skromna wiejska siedziba, sporo drewna, kwieciste zasłony, doniczki w niewielkich oknach. Kwiaty wyglądały na nieco zaniedbane; najwyraźniej brakowało im systematycznej pielęgnacji, jednak Francuz, któremu powierzono pieczę nad domem, przynajmniej utrzymywał je przy życiu. Mario zatelefonował do niego przed wyjazdem i powiadomił o ich przyjeździe. Wnętrze było odkurzone i porządnie przewietrzone.

Wnieśli bagaże i złożyli je najpierw w korytarzu. Następnie Mario pokazał Tinie pokój dzienny i kuchnię na parterze oraz trzy mniejsze pokoje i łazienkę na piętrze. Potem wspięła się za nim po stromych schodach na poddasze. Mieścił się tam tylko jeden pokój – izdebka o skośnych ścianach, z dwoma okienkami dachowymi. Znajdowały się w niej łóżko, komoda oraz szafy wnękowe. Nad komodą wisiało stare lustro, przed nim stały porcelanowa miednica i dzban. Oba przedmioty były ozdobione wyblakłym wzorem w róże i miały liczne rysy.

– Macie tu śliczne rzeczy – powiedziała z zachwytem Tina. – Wszystko pasuje do tego wnętrza!

– To dzieło mojej matki – odparł Mario. – To ona urządziła dom. Dużo myszkuje po targach staroci i tam znajduje takie rzeczy jak ten zestaw do mycia.

– Naprawdę ładne – powtórzyła Tina.

Przez chwilę stali obok siebie, trochę niezdecydowani.

– Tak – powiedział w końcu Mario. – Przyniosę ci twoją walizkę.

– Gdzie jest twój pokój? – spytała Tina tak niewinnie, jak tylko mogła.

– Dokładnie pod twoim – odparł Mario. Następnie poszedł po bagaż, a kiedy wrócił, zapytał Tinę, czy chciałaby coś do jedzenia lub picia. Kiedy zaprzeczyła, pocałował ją w czoło i życzył dobrej nocy. Usłyszała jego kroki na schodach, a potem szczęk zamka w drzwiach na dole.

Wypakowała wszystkie rzeczy, włożyła nocną koszulę i szlafrok, zabrała ze sobą szczoteczkę do zębów i zeszła po cichu po schodach. Przystanęła na chwilę przed pokojem Maria. Nie usłyszała żadnego odgłosu, nie zauważyła odblasku światła. Czyżby tak szybko położył się spać? Może nawet nie rozpakował się i padł w ubraniu na łóżko. Musiał być u kresu sił po tylu godzinach spędzonych za kierownicą.

Tina weszła do łazienki, umyła zęby i rozczesała włosy. Zanim zniknęła w swoim pokoju, pogasiła wszystkie światła. Pościel pachniała delikatnie lawendą. Było uroczo, pobyt zapowiadał się przyjemnie.

Kiedy zapadła się w głębokie poduszki, poczuła się bezpiecznie. Tuż przed zaśnięciem pomyślała: Jak dobrze, że dopięłam swego i wyruszyliśmy w tę podróż!

Zasnęła w okamgnieniu.

Po kłótni z Andrew Janet była bardzo przygnębiona. Przede wszystkim dlatego – co uświadomiła sobie przez noc – że ponosi całkowitą winę za tę scysję. Andrew miał prawo zapytać o jej dalsze plany. Nie było też przestępstwem, że chciał się dowiedzieć czegoś o jej synach i ich problemach. Świadczyło to jedynie o dobrym wyczuciu w kontaktach z ludźmi, potwierdzało instynktowną pewność, z jaką wynajdywał słabe punkty. Janet już wcześniej zauważyła tę jego umiejętność, zaś wieloletnia praca w Scotland Yardzie z pewnością jeszcze ją udoskonaliła.

Janet udawała, że śpi, kiedy Andrew późno w nocy kładł się do łóżka; podobnie uczyniła rankiem, gdy wstawał. Słyszała, jak poszedł do łazienki, a następnie wrócił do sypialni i ubrał się po cichu. Janet była wzruszona, widząc, jak bardzo stara się jej nie obudzić. Dwa razy omal się nie podniosła, by mu powiedzieć, że jest jej przykro. A jednak nie mogła się na to zdobyć; leżała nieruchomo, kiedy wychodził z mieszkania, dopóki nie usłyszała, jak na ulicy uruchamia samochód. Wstała z łóżka i pomyślała, że jest potworem, ponieważ właśnie dziś pozwoliła mu wyjść bez słowa pożegnania. Czekała go rozprawa główna przeciwko Fredowi Corveyowi, a przecież Janet wiedziała, że myśl o tym nie daje mu spokoju.

Zjadła śniadanie i ubrała się, po czym postanowiła pójść do sądu i spróbować namówić Andrew na wspólny obiad. W trakcie rozprawy z pewnością zostanie ogłoszona przerwa.

Około dziesiątej wyszła z mieszkania; pojechała metrem do katedry św. Pawła, a stamtąd poszła piechotą na Newgate Street, przy której mieścił się Old Bailey, czyli Centralny Sąd Kryminalny. Dzień był ciepły i słoneczny. Janet poczuła się lekko, zważywszy na spodziewane pojednanie z Andrew. Im bardziej jednak zbliżała się do budynku sądu, tym wolniejszym szła krokiem. Naraz obleciał ją strach.

Zobaczy Freda Corveya! Seryjnego zabójcę. Mężczyznę, który nienawidzi kobiet tak bardzo, że morduje je w okrutny sposób. Co się z nim stało? I kiedy? Gdzie, w którym miejscu jego umysłu coś się popsuło? Janet stanął przed oczami obraz niezliczonych kółek zębatych, które poruszają się jednostajnie i precyzyjnie do siebie pasują, dzięki czemu ów wielki mechanizm może działać bez przeszkód. Jednakże jedna z tych zębatek wypadła z rytmu, przez co wszystko się popsuło; całą maszynerię opanował chaos. Co zakłóciło ruch tego trybika? Niewłaściwe słowo, niewłaściwe spojrzenie? Długoletnie złe traktowanie? Czy ktoś zdoła to ustalić, czy może kiedyś pojawi się całe mnóstwo ekspertyz w sprawie Freda Corveya, z których każda bronić będzie innej teorii dotyczącej jego przypadku?

Janet była już niemal zdecydowana zawrócić, ale właśnie dotarła do budynku sądu, imponującej budowli zwieńczonej wysoką kopułą, na której szczycie, świecąc złotym blaskiem, stał posąg Iustitii. Nagle odniosła wrażenie, jakby jakieś ręce wyciągnęły się ku niej, pochwyciły ją i pociągnęły naprzód. Przeszła przez portal; pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to tłum dziennikarzy uzbrojonych w aparaty i mikrofony, którzy rozprawiali o Fredzie Corveyu.

– ...to naprawdę grubsza sprawa... ...będzie teraz cholernie ciężko... ...będą potrzebować ekspertyz...

Zwróciła się do młodego mężczyzny, który siedział na stopniach schodów i jadł banana. Obok niego leżał aparat fotograficzny.

– Przepraszam... rozprawa Freda Corveya... gdzie się odbywa?

Mężczyzna wetknął ostatni kęs do ust i odparł, przeżuwając:

– Schodami na górę, trzecie drzwi po lewej. Ale pół godziny temu została przerwana.

– Jak wygląda sytuacja?

– Na pytanie, czy jest winny czy nie, Corvey odpowiedział zdecydowanie: „Niewinny”. Zbił tym wszystkich z pantałyku.

– Niemożliwe! Przecież to mu się nie uda!

Młody człowiek wzruszył ramionami.

– To zależy. W każdym razie oskarżyciel ma teraz problem.

– Przecież się przyznał. Był w pełni świadomy.

– Droga pani, ależ ja nie twierdzę, że jest czysty. Jednakże... – Nie dokończył zdania, dając tym do zrozumienia, jak przedstawia się sprawa Corveya: pozostaje nierozstrzygnięta. Jej wyniku nie da się przewidzieć.

Janet przysiadła obok niego na schodach. Młodzieniec wyciągnął z torby kolejnego banana.

– Chce pani połowę?

– Dziękuję. Dopiero co jadłam śniadanie.

W skupieniu obierał owoc ze skórki.

– Przy okazji, jestem Paul Fellowes z Nottingham Daily. To lokalne pismo, ale o sprawie Corveya chcą wiedzieć wszyscy. Dla kogo pani pisze?

– Dla nikogo. Jestem... znajomą inspektora Daviesa. – Janet postanowiła nie wyjawiać swego niemieckiego nazwiska. – Mam na imię Janet.

Paul spojrzał na nią z wyraźnym zainteresowaniem. – Hej... znajoma Daviesa? Ostrego Daviesa?

Janet zmarszczyła czoło.

– Co ma pan na myśli, mówiąc „ostry”?

– On nie cacka się z ludźmi, których koniecznie chce wsadzić za kratki. Podobno ma niezwykły instynkt łowiecki, dlatego przed laty przeistoczył się z prawnika w policjanta. Zżera go ambicja. Kiedy musi kogoś wypuścić, to dla niego istna tragedia osobista. – Paul przymknął na chwilę oczy, rozkoszując się następnym bananem. – To znaczy, Davies idzie po trupach. Ale tak twierdzą pewnie tylko ci, którzy zazdroszczą mu sukcesów.

– Z pewnością – przyznała nieco zaniepokojona Janet. Ostry Davies...

– Skoro jest pani jego znajomą, pewnie dobrze zna pani tę sprawę? – spytał Paul z nadzieją w głosie. – To znaczy, może jakieś nieznane szczegóły? – Obudził się w nim dziennikarz liczący na zdobycz.

Janet wykrzywiła twarz.

– Obawiam się, że wiem mniej od pana. Andrew niewiele mi opowiadał.

– Szkoda. Byłoby świetnie, gdyby Nottingham Daily wiedział o tym jako pierwszy.

– Nie pojawili się żadni nowi świadkowie?

– Nie. Jest tylko ta jedna...

– ...która nie ma pewności. Wiem. Corvey ma mnóstwo szczęścia.

– A Davies pecha. Jest pewien, że schwytał właściwego człowieka. A teraz sprawa wymyka mu się z rąk.

– Corvey złożył oficjalne przyznanie się do winy – przypomniała Janet – i podtrzymywał je całymi tygodniami. Dlaczego nie przygwożdżą go na tej podstawie?

– Pewnie tak zrobią. Ale przypuszczam, że będzie twierdził, iż był zupełnie niepoczytalny. Że został zastraszony, był skołowany, urwał mu się film... bo ja wiem. Wytoczy wszelkie możliwe argumenty, a raczej zrobi to jego adwokat.

W tej właśnie chwili zbiegła po schodach jakaś blondynka w dżinsach, krzycząc:

– Corvey idzie! Rozprawa odroczona!

Natychmiast wśród zgromadzonych dziennikarzy zapanowała gorączkowa krzątanina. Także Paul zerwał się na równe nogi, wsunął niedbale do kieszeni na wpół zjedzonego banana i jak szalony zaczął majstrować przy swoim aparacie. Włączano magnetofony, przeprowadzano próby mikrofonu, zmieniano filmy. Potem wszyscy rzucili się ku schodom i zaczęli walczyć o najlepsze miejsca.

Janet szybko podniosła się z miejsca, by nie otrzymać przypadkiem jakiegoś kopniaka, i przywarła do kamiennej balustrady. Jej serce biło jak szalone. Fred Corvey przejdzie tuż obok niej – chyba że nie zechce zmagać się z tą masą dziennikarzy i każe się wyprowadzić bocznym wyjściem, do czego bez wątpienia ma prawo. Coś jej jednak podszeptywało, że pragnął się pokazać, że za nic w świecie nie przepuściłby okazji do konfrontacji z mediami, by potwierdzić swoją dotychczasową popularność.

Poczuła się tak słaba, że chciała uciec, lecz nie ruszyła się ani o krok, bo dziennikarze obstąpili ją murem, a żaden z nich nie chciał ryzykować utraty z trudem wywalczonego miejsca. Na górnym krańcu schodów zaczęli się już pojawiać pierwsi widzowie oraz policjanci, przez co ucieczka w tamtym kierunku również stała się niemożliwa. Janet musiała pozostać na swoim miejscu.

Fred Corvey był spięty kajdankami z jednym z policjantów, idącym po jego lewej stronie. Po przeciwnej stronie tłoczyli się obaj jego adwokaci. Wyglądali na zadowolonych, aczkolwiek zamarli na chwilę, ujrzawszy zebrany tłum. Corveya to jednak w najmniejszym stopniu nie przeraziło. Napiął mięśnie ramion i wysunął podbródek, jakby starał się uchodzić za wyższego i bardziej przystojnego niż w rzeczywistości, a przynajmniej tak wyglądać na wszystkich fotografiach. Miał na sobie spodnie w piaskowym kolorze, brązowe buty, brązową marynarkę, a pod nią biały T-shirt. Włosy koloru ciemnoblond już dawno nie widziały nożyczek pośledniego nawet fryzjera; Corvey jednak starannie zaczesał je z czoła i okiełznał za pomocą żelu. W groteskowy sposób wyglądał przeciętnie; jego postać ani nie rzucała się w oczy, ani też nie zapadała w pamięć. Miał stosunkowo krótkie nogi, ale długi tors, co sprawiało, że był mężczyzną średniego wzrostu. Z całą pewnością nie uprawiał żadnych sportów; jeśli świadomie nie ściągał ramion, opadały do przodu, do tego był zbyt chudy i miał bladą, niezdrową cerę.

W głowie Janet zrodziła się myśl: Może on rzeczywiście tego nie zrobił. Wygląda tak niegroźnie. Ten człowiek miałby torturować i zamordować cztery kobiety?

Corvey, rozkoszując się chwilą, przystanął na szczycie schodów i niczym jakiś wódz obrzucił wzrokiem zgromadzony tłum. Następnie powoli ruszył w dół. Niezliczone flesze rozbłysnęły jaskrawym światłem. Paul podsunął Corveyowi mikrofon.

– Panie Corvey – krzyknął – co pan czuje? Liczy pan na uniewinnienie?

Corvey nie odpowiedział, a jedynie się uśmiechnął.

– Żadnych pytań! – krzyknął stojący obok niego policjant. – I zróbcie przejście! Proszę usunąć się z drogi!

Corvey przechodził teraz obok Janet. Nagle przystanął, odwrócił ku niej głowę i spojrzał na nią.

Janet nie mogła oderwać od niego wzroku. Zaschło jej w ustach, nie była w stanie przełknąć śliny, szumiało jej w uszach. Chwilę wcześniej wydawał się jej tak niegroźny i niepozorny, teraz zaś tym mocniej przeraziły ją jego oczy. Oczy ciemnobrązowe, zmatowiałe, pozbawione blasku. Oczy zupełnie bez wyrazu, zimne. Nie można było wyczytać z nich żadnego uczucia. Były to oczy psychopaty.

W tej właśnie chwili Janet zrozumiała, że on to zrobił. Był odpowiedzialny za każde zarzucane mu morderstwo i być może także za tuzin innych. To nie ulegało wątpliwości. Naraz pojęła bezradną wściekłość Andrew, a zarazem ogarnęło ją głębokie, bolesne współczucie dla wszystkich ofiar tego człowieka. Co czuła kobieta, kiedy umierała gwałtowną śmiercią i musiała przy tym patrzeć w te jego oczy?

Corvey wykrzywił twarz w uśmiechu. Wyczuł instynktownie, jakie dręczą ją myśli, i zauważył, że zmaga się z przypływem mdłości. Spodobało mu się to. Nadawało to całej sytuacji nieco więcej pikanterii.

Ruszył przed siebie; jeden z jego adwokatów usiłował odsuwać na bok wycelowane weń mikrofony, wyjaśniając jednocześnie, iż chwilowo nie należy oczekiwać jakichkolwiek komentarzy w tej sprawie. Oczywiście wszyscy mimo to próbowali zadawać pytania i uzyskać na nie odpowiedź. W końcu otworzył usta sam Corvey, lecz jedynie po to, by powiedzieć, że nic nie powie.

Jego głos zaskoczył Janet. Spodziewała się, że będzie wyższy, bardziej chorobliwy, nieco histeryczny. Był on jednak ciepły i głęboki, a przy tym bardzo dźwięczny. Ładny, budzący ufność głos. Potem pomyślała, iż w gruncie rzeczy nie powinno to dziwić. Człowiek ten musiał mieć w sobie coś, co sprawiało, że tyle kobiet tak łatwo pozwoliło mu się złapać na lep. Otóż to! Głos był całym jego kapitałem. Wzbudzał sympatię i rozwiewał wszelkie kiełkujące podejrzenia.

Sfora dziennikarzy wylała się za Corveyem na ulicę, gdzie czekał na niego samochód. Nagle obok Janet pojawił się Andrew i chwycił ją za ramię.

– Co ty tu robisz? – Był blady i wyglądał na bardzo zmęczonego.

Janet pocałowała go.

– Chciałam być z tobą – powiedziała zwyczajnie.

Wydawało się, że ucieszyły go te słowa, jednak wyraz napięcia nie zniknął z jego twarzy.

– Masz ochotę coś zjeść? – spytał.

– Tak. Andrew... jeszcze go nie uniewinniono!

Andrew przytaknął. Sprawiał wrażenie znużonego i zmordowanego.

– Wiem. Ale obawiam się, że może dojść do uniewinnienia. Mogę tylko powiedzieć, że w tej chwili czuję się kiepsko z tego powodu.

Wyszli na zewnątrz. Ciepłe powietrze pogodnego czerwcowego dnia przynosiło ulgę po zatęchłym chłodzie starego budynku. Kiedy przechodzili przez ulicę, Janet wyznała z nutą trwogi w głosie:

– Widziałam jego oczy. Teraz już wiem, że on to zrobił.

– Tak – przyznał Andrew – ale wyraz oczu człowieka nie ma, niestety, w sądzie żadnej wartości dowodowej.

– Jak myślisz, co zrobi, kiedy go uniewinnią?

– Najpierw będzie bardzo uważał. Jestem pewien, iż on zdaje sobie sprawę, że nie dałem jeszcze za wygraną.

– Przecież nie możesz kazać go obserwować dzień i noc!

– Na to raczej nie dadzą mi ludzi. To zbyt kosztowne.

Dotarli do niewielkiego włoskiego lokalu i weszli do środka. Andrew był tam najwyraźniej dobrze znany, bowiem serdecznie go przywitano. Zaprowadzono ich do stolika w kącie sali, skąd mogli ogarnąć wzrokiem całe wnętrze. Kiedy przeglądali kartę dań, do restauracji weszła starsza kobieta w towarzystwie młodego mężczyzny, który wyglądał na bardzo zestresowanego. Kobieta sprawiała wrażenie bezradnej i niepewnej; przystanęła, zagubiona. Najwyraźniej chciałaby się znaleźć w innym miejscu.

– Patrz – powiedział cicho Andrew. – To przecież pani Corvey. Matka Freda Corveya!

Janet, która z początku jedynie pobieżnie spojrzała na nowo przybyłych, uniosła naraz wzrok, zelektryzowana tą nowiną. Przyjrzała się im dokładnie; zobaczyła niską, nieco przysadzistą sylwetkę kobiety, brązowe, porządnie ufryzowane włosy, kwiecistą letnią sukienkę o suto marszczonej spódnicy, kupioną zapewne w domu towarowym. Pani Corvey miała wodę w kolanach oraz grube żylaki, nosiła nieforemne lecznicze sandały i kurczowo ściskała ogromną plastikową torebkę. Sprawiała wrażenie zacnej i poczciwej; wydawało się, że jest w stanie szoku. Przez ostatnie tygodnie jej świat musiał lec w gruzach.

– Wygląda jak miła, pracowita sprzątaczka, która musi ciężko pracować, żeby zarobić trochę grosza – stwierdziła Janet.

– Rzeczywiście sprząta – odparł Andrew. – Dzięki temu zdołała wychować syna.

– A ojciec?

– Od czasu wypadku przy pracy jest kaleką. Od dwudziestu lat siedzi na wózku i dostaje mizerną rentę.

Młody mężczyzna, towarzyszący pani Corvey, który jak zauważyła Janet, nosił dobrze skrojony garnitur z cienkiego materiału, właśnie rozmawiał z kelnerem. Z dezaprobatą pokręcił głową, gdy ten wskazał mu stolik. Najwyraźniej chciał usiąść z panią Corvey w dyskretnym, nierzucającym się w oczy miejscu.

– Nic dziwnego – mruknął Andrew. – Z pewnością niełatwo im było pozbyć się prasy. Nie chcą teraz ryzykować i zwracać na siebie uwagi.

– Kim jest ten mężczyzna?

– Współpracownikiem jednego z adwokatów Corveya. Widocznie powierzono mu opiekę nad panią Corvey.

– Czy to nie ryzykowne, siedzieć z nią w restauracji tak blisko sądu?

– Raczej sprytne. Nikt się tu ich nie spodziewa.

Janet taksowała wzrokiem kobietę, którą widziała teraz z profilu. Pani Corvey nie czuła się komfortowo, z nieszczęśliwym wyrazem twarzy wpatrywała się bezradnie w kartę dań. Potem odwróciła nagle głowę, jakby poczuła na sobie palący wzrok Janet. Popatrzyła na nią, a Janet wytrzymała spojrzenie. Było to jak krótka, niema rozmowa. Pani Corvey wyczytała z twarzy Janet zrozumienie i współczucie, Janet natomiast ujrzała ból i zmieszanie. Po chwili także młody mężczyzna spojrzał w ich kierunku; poznawszy Andrew, niemal niezauważalnie wzdrygnął się, po czym przywitał się oschłym skinieniem głowy. Szeptem wyjaśnił towarzyszącej mu kobiecie tożsamość Andrew, z ruchu jego warg Janet mogła wyczytać słowa „Scotland Yard”. Pani Corvey natychmiast skamieniała. Scotland Yard, przecież to ci ludzie byli wszystkiemu winni. To oni wtargnęli w jej życie i zamienili je w piekło, oskarżając jej syna, jej ukochanego Freddy’ego, o przerażającą, niewyobrażalną zbrodnię.

Wstała tak gwałtownie, że omal nie przewróciła krzesła. Sięgnęła po torebkę. Młody mężczyzna starał się ją uspokoić, usiłował jej coś wyperswadować. Bezskutecznie. Pani Corvey opuściła w popłochu restaurację, jemu zaś nie pozostało nic innego, jak tylko pójść za nią. Kelner patrzył za nimi w osłupieniu.

– Jest głęboko urażona – powiedziała Janet.

– Jeśli mam być szczery – odparł Andrew – nie mam wiele sympatii dla tej kobiety. Na czas ostatniej zbrodni zapewniła swemu synowi alibi, w moim przekonaniu fałszywe. Założę się, że ta kobieta nie powiedziała przez całe życie ani jednego słowa nieprawdy, jednak dla dobra syna gotowa jest kłamać. Dla niego zdolna jest nawet zabić.

– Bardzo go kocha, prawda?

– Ubóstwia go, podobnie jak jej mąż. Stereotyp przestępcy, który ma za sobą okrutne dzieciństwo, w przypadku Freda Corveya zupełnie się nie sprawdza. Z pewnością byli biedni, niemniej Fred doświadczył wszelkiej możliwej miłości i opieki.

Janet odłożyła kartę dań. Straciła apetyt. Mimo pogodnej aury dygotała z zimna i wiedziała, że chłód ten płynął z jej wnętrza.

Wspólne wakacje nie zaczęły się zbyt dobrze, a pierwszy dzień nie napawał optymizmem. Tina zastanawiała się, dlaczego od razu tego nie zauważyła. Mario nie powinien zmuszać jej do tak forsownej podróży bez postojów. Teraz zaś musiała także przyznać, że nie był wobec niej zupełnie szczery.

Spała głębokim, spokojnym snem i przebudziła się dopiero około dziesiątej przed południem. Potrzebowała chwili, by zorientować się w sytuacji: skośne ściany, tapeta w kwiatki, staromodna komoda – to nie był jej pokój w Hamburgu. Jaskrawe, białe światło słoneczne wlewało się przez okno do wnętrza. Upalne słońce południa.

Tina od razu wyskoczyła z łóżka, podeszła do okna, otwarła je i wychyliła się na zewnątrz. Było gorąco, znacznie bardziej, niż przypuszczała. W powietrzu unosił się suchy zapach nieznanych ziół i kwiatów. Tina ledwie to doceniła, bowiem to, co przed sobą ujrzała, wprawiło ją w zdumienie. Nigdzie nie było widać ani skrawka Morza Śródziemnego. Żadnych domów i ulic Nicei. Jedynie dzikie, romantyczne odludzie, zeschła brunatna trawa, szare rumowiska skalne, pola lawendy i kwitnące łąki upstrzone czerwonymi makami. Na horyzoncie widniał ciemny pas lasu. Słychać było dzwonienie cykad. W pewnej odległości przywarły do wzgórza dwa tuziny domów z biało-szarego kamienia. Znajdowała się w jakiejś niewielkiej wiosce gdzieś w Prowansji. Bynajmniej nie na obrzeżach Nicei, jak zapewniał ją Mario.

Mario przygotował śniadanie na tarasie, w cieniu kilku migdałowców. Ujrzawszy Tinę, popędził do kuchni, by zaparzyć kawę. Jak wyjaśnił, z samego rana zszedł do wsi, by kupić na rynku wszystko, co potrzeba.

– Do wsi, aha – mruknęła Tina, siadając do stołu. Wiedziała, że to niedobrze kłócić się od razu pierwszego dnia, lecz miała wrażenie, że się udusi, jeśli tego z siebie nie wyrzuci.

– Jak daleko jest do morza? – spytała.

Mario podsunął jej spiesznie szklankę soku pomarańczowego. Z lekkim poczuciem winy Tina uświadomiła sobie, że zadał sobie niemało trudu, by to wszystko dla niej przygotować. Wydało jej się nie w porządku czynić mu teraz wyrzuty, lecz w tej chwili nie potrafiła się zdobyć na nic innego.

– Morze – odpowiedział ostrożnie Mario – nie jest tak blisko...

– Nie? A gdzie ono jest?

– Jak to gdzie?

– Jak daleko trzeba do niego iść?

– Na piechotę nie dojdziemy. Ale możemy kiedyś podjechać tam samochodem.

Tina ostentacyjnie odsunęła od siebie filiżankę, talerz i szklankę.

– Podjechać samochodem?! Do diabła, Mario, o ile wiem, Nicea leży nad samym morzem!

– Nie jesteśmy w Nicei.

– Co ty powiesz! Mówiłeś co innego, zanim wyruszyliśmy w drogę!

– Mówiłem: w pobliżu Nicei – bronił się nieco żałośnie Mario.

– Na obrzeżach, to są dokładnie twoje słowa. A tymczasem jesteśmy w... w wielkim nigdzie!

Mario położył rękę na ramieniu Tiny.

– Czy to takie ważne, gdzie jesteśmy?

Tina odsunęła rękę.

– Ważne jest to, że mnie oszukałeś. Nie potrafię się z tym pogodzić. Wiedziałeś, że chcę pojechać tam, gdzie coś się dzieje. Ale ty przywlokłeś mnie na jakieś zupełne pustkowie.

– Nie sądziłem, że zaliczasz się do tych dziewcząt, które co wieczór włóczą się po dyskotekach i knajpach i popisują się przed innymi mężczyznami.

– Skoro tak, mogłeś od razu powiedzieć prawdę! – kłapnęła Tina.

Mario wstał i poszedł po kawę. Tina rozparła się na lakierowanym na biało wiklinowym krześle. Słońce świeciło, i było pięknie, naprawdę pięknie. Po prostu było inaczej, niż się spodziewała. Może nie powinna od razu obrażać się z tego powodu. A jednak nie wszystko układało się po jej myśli: najpierw długa podróż, potem osobne sypialnie, a teraz odkrycie, że Mario nie powiedział jej prawdy o miejscu ich pobytu.

Zbyt dużo tego naraz, pomyślała i zamknęła oczy. Kiedy usłyszała dzwonek telefonu, wiedziała, że to jej ojciec, czuła się jednak zbyt zmęczona i sfrustrowana, by wstać i podejść do aparatu. Ojciec od razu poznałby po jej głosie, że coś jest nie tak, i z pewnością zacząłby wypytywać. Nie miała teraz ochoty na rozmowę.

Kiedy wrócił Mario, wypiła jedynie trochę kawy; bagietka, jajka i dżem wiśniowy pozostały nietknięte. Siedzieli razem aż do południa, milcząc i wsłuchując się w śpiew ptaków oraz w pojedyncze delikatne odgłosy beczenia kóz pasących się nieopodal. Tina wdychała zapach, który wiatr przywiewał z pól.

Michael siedział w swoim biurze w prokuraturze, mając świadomość, iż to zupełnie niedorzeczne denerwować się tylko dlatego, że w Duverelle nikt nie odbiera telefonu. Przypuszczalnie Tina i Mario jeszcze tam nie dotarli. Pewnie zatrzymali się gdzieś na noc, długo spali, zjedli porządne śniadanie, może nawet obejrzeli parę zabytków. Prawdopodobnie przyjadą dopiero pod wieczór.

Spojrzał na zegarek. Kilka minut przed trzecią. Skąd brała się u niego ta gorączkowa nerwowość? Miał zbyt wiele innych problemów, by mógł sobie pozwolić na ustawiczne rozmyślanie o własnej córce. Na biurku zalegały stosy akt. Przed południem przegrał ważną sprawę; sąd zadecydował o wymierzeniu kary o wiele niższej niż ta, której się domagał, dlatego taki wyrok musiał uznać za swoją porażkę. W przerwie obrad po raz pierwszy zadzwonił na południe Francji. Bez powodzenia.

Wielkie nieba, już najwyższy czas, by Tina się usamodzielniła, pomyślał. Mój strach o nią nie jest normalny. Póki nie wróci, będę pewnie kłębkiem nerwów.

Otworzył jedne z akt i usiłował się skoncentrować. Jednak po chwili znów podniósł wzrok i spojrzał na telefon. Nie mógł się powstrzymać. Chwycił za słuchawkę i ponownie wybrał numer w Prowansji.

I znów nikt nie odebrał. Zdecydowanym ruchem nacisnął widełki i zadzwonił do Dany.

Minęła dłuższa chwila.

– Tak? – warknął w końcu jakiś zaspany, szorstki głos.

– Przepraszam – odezwał się Michael. – Chciałem rozmawiać z Daną... eee... – Mimo najlepszych chęci nie mógł sobie przypomnieć jej nazwiska. – Chciałbym mówić z Daną – powtórzył, mając wrażenie, że zachowuje się jak idiota.

– Jestem Karen – odpowiedział zachrypnięty głos. – Matka Dany. – Dało się słyszeć wyraźne ziewnięcie.

– Proszę wybaczyć, najwyraźniej panią obudziłem – jąkał się Michael. Już trzecia po południu! Czemu, na litość boską, ta kobieta śpi o tej porze?

– Już dobrze. Nie mógł pan tego wiedzieć. Nie mam teraz pracy, więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się obijać.

– Ach... tak mi przykro... to znaczy... że panią obudziłem... – Jąkam się jak jakiś uczniak, pomyślał gniewnie. Naprawdę nie ma najmniejszego powodu, by tracić panowanie nad sobą. Potem przypomniał sobie, że nawet się nie przedstawił. – Jestem Michael Weiss, ojciec Tiny.

Po drugiej stronie znów dało się słyszeć ziewnięcie.

– Pan prokurator – powiedziała Karen nieco uszczypliwie – cóż za zaszczyt!

To zupełnie inny świat, pomyślał. Nie ma pracy, śpi do oporu i pewnie uważa mnie za reakcyjnego kołtuna. Ja jestem prokuratorem, przez całe życie wypełniam tylko obowiązki i mam ją za jakąś lewicową kozę. Gdyby nasze córki się nie przyjaźniły, lepiej, żebyśmy nie wchodzili sobie w drogę.

– Czy mogę rozmawiać z Daną? – zapytał.

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, gdzie się podziewa – odparła Karen. Sprawiała wrażenie, jakby powoli dochodziła do siebie, choć jej głos nadal brzmiał tak, jakby miała za sobą noce pełne wódki i papierosów. – Czy mogę panu w czymś pomóc?

– Nie, to tylko... – Michael wydawał się sobie coraz śmieszniejszy. – Dana odwiedziła mnie wczoraj wieczorem – powiedział w końcu. – Rozmawialiśmy o Mariu Beerbaumie. Wie pani, to ten młody człowiek, który...

Karen cicho westchnęła.

– Wiem, kto to jest. No dobrze. Dana ciągle o nim gada. Czy panu także mówiła, że robi na niej „dziwne wrażenie”?

– Mówiła coś takiego, owszem.

– Tylko proszę nie dać się zwariować. Dana coś sobie ubzdurała. Przypuszczam, że kryje się za tym zazdrość – Tina nie należy już tylko do niej.

– Powiedziała mi, że to pani teoria. Jednak możliwe, że nie kieruje nią zazdrość, lecz zdrowy instynkt, który trzeba potraktować poważnie.

Karen odparła z pewną irytacją:

– Sądzę, panie prokuratorze, że, podobnie jak Dana, nie może się pan pogodzić z faktem, iż pańska córka zabawia się z jakimś facetem na południu Francji. Oboje żyliście w przeświadczeniu, że Tina nigdy nie dorośnie, a teraz jesteście zszokowani tym, że tak się jednak dzieje. I dlatego rzuciliście się na biednego Maria, który z pewnością jest normalnym zakochanym chłopakiem i nie ma pojęcia, jakie wzburzenie wywołuje.

– Może ma pani rację.

– Na pewno. Mówię panu, wkrótce znów przytuli pan Tinę, zupełnie nie rozumiejąc, czemu się tak denerwował. Czy Dana ma do pana oddzwonić?

– Dziękuję, nie trzeba. Chciałem porozmawiać z nią o Mariu, ale to i tak na nic.

– Niech pan choć na chwilę zapomni o córce, wyciągnie się na słoneczku i spędzi miły leniwy dzień – poradziła Karen.

Michael zastanawiał się, kiedy ostatnio spędził taki „leniwy dzień”, ale nie mógł sobie przypomnieć. Dla tej kobiety, pomyślał, to z pewnością wypróbowane lekarstwo.

– Proszę wybaczyć, że przeszkodziłem – odezwał się do słuchawki. – I... – nagle coś mu zaświtało w głowie – proszę wyperswadować Danie pomysł wyprawy autostopem w ślad za Tiną. Mówiła mi o tym wczoraj wieczorem.

– O Boże, Tina i Mario z pewnością by sobie tego nie życzyli!

– Myślałem też o Danie. Ten jej plan jest zbyt niebezpieczny. Każdego roku...

Karen nie pozwoliła mu dokończyć.

– Dana jest już na tyle dorosła, by wiedzieć, co robi. Ale dziękuję panu za wskazówkę. – Ton jej głosu wyraźnie świadczył o tym, iż uważa Michaela za człowieka zacofanego, a w dodatku mieszającego się w nie swoje sprawy. Zaczynał działać jej na nerwy. To właśnie tacy ludzie napuszczają na innych urząd do spraw młodzieży, z powodu zaniedbywania obowiązku nadzoru czy czegoś podobnego. Jak to dobrze, że Dana ma już osiemnaście lat! Żaden z tych natrętnych prokuratorów nie będzie już wyczyniał takich komedii.

Gdy zakończyli rozmowę – nieco ozięble – Michael nie mógł się powstrzymać i ponownie wybrał numer we Francji, który znał już na pamięć.

I tym razem nikt nie odebrał.

Od kilku godzin dreptał w kółko, krążył po pokoju od jednej ściany do drugiej, podchodził do okna i wyglądał na zewnątrz, wracał do drzwi, chcąc je otworzyć i uciec od dławiących go myśli. Wciąż jednak cofał rękę, gdyż wiedział, że nie ma od nich ucieczki – od tego natłoku obrazów, jakie kołatały mu się w głowie.

Maximilian zobaczył Janet w objęciach Andrew Daviesa.

Od kiedy jego brat wyraził przypuszczenie, jakoby Janet odwiedziła Daviesa, Maximilian wiedział, że to prawda. Wiedział dlatego, że wyczuwał łączącą ich nierozerwalną więź, odbierał ją wszystkimi zmysłami, zanim jeszcze się o tym dowiedział. Jako dziecko nie miał pojęcia o takich uczuciach jak pożądanie, namiętność, uległość, a mimo to uświadamiał sobie obsesyjną pożądliwość swej matki wobec Andrew Daviesa. Obrazy te przez całe lata drzemały w nim, pogrzebane w głębi jego duszy, jakby rzeczywiście mogły wreszcie popaść w zapomnienie. A teraz znów stanęły mu przed oczami tak żywe, jakby od tamtego czasu nie upłynął nawet jeden dzień.

Ujrzał przed sobą ten pokój, tonący w półmroku. Okna były zamknięte – dyskretne ustępstwo wobec wstydliwości ewentualnych mimowolnych słuchaczy. Ponieważ przez cały dzień były otwarte, wnętrze wciąż wypełniało świeże, chłodne, wilgotne od deszczu powietrze. W swoich wspomnieniach czuł ciągle zapach deszczu, choć przecież nie zawsze padało, gdy Janet spotykała się z Andrew. Przeszłość wszakże rządziła się własnymi prawami, wedle których zapuszczała w pamięci korzenie, te zaś nie zawsze zachowywały logiczną spójność.

Tak więc padało, a wokół unosiła się woń wilgotnego mchu, listowia i mokrej kory. Nie opuszczono żaluzji, ale zasłony były zaciągnięte. Czasem płonęło kilka świec.

Andrew Davies był wysoki, wyższy od Phillipa i z całą pewnością cięższy, choć wyglądał na bardzo szczupłego. Jak filigranowa Janet wytrzymywała jego ciężar, kiedy na niej leżał? Tym bardziej że się przy tym poruszał. Najpierw przywarł do niej i zanurzył twarz w jej długich włosach rozsypanych na poduszce. Jego biodra unosiły się i opadały, a Janet cicho jęczała. Ten mężczyzna zadawał jej ból; dlaczego się nie broniła? Mały chłopiec zaczął dygotać; i dziś jeszcze, po tylu latach, drżał na to wspomnienie. Szeptała słowa, których znaczenia wówczas nie pojmował; dziś rozumiał je i na myśl o nich oblewał się rumieńcem. Słowa, którymi wzywała Andrew Daviesa, by poruszał się szybciej, mocniej, bardziej bezwzględnie. A przecież tak właśnie robił. Davies wsparł się oburącz na poduszce i nacierał z taką gwałtownością, że ciała obojga uderzały głośno o siebie. Janet wpiła palce w jego ramiona, wzywała na zmianę albo Andrew, albo dobrego Boga, jęczała jak jakieś umierające zwierzę. O tym właśnie myślał mały chłopiec: że Andrew za chwilę zabije Janet, on zaś musi przyjść jej z pomocą. Jednakże jego nogi były jak sparaliżowane przez strach i przerażenie, dłonie miał mokre od potu, a serce waliło tak, jakby zaraz miało rozsadzić klatkę piersiową. Janet krzyknęła głośno; Andrew zamarł na chwilę, wyprostowawszy nad nią swe ciało – niczym drapieżny ptak, który upolował jakieś zwierzątko. Potem opadł na nią; leżeli razem, spleceni ze sobą. Chłopcu tak okropnie dudniło w uszach, że nie słyszał ich gwałtownych oddechów i był przekonany, że oboje nie żyją. Za każdym razem w chwili, w której Janet wydawała swój ostatni straszny okrzyk, robił w spodnie. I do tego wszystkiego dochodził jeszcze palący wstyd z powodu tego nieszczęścia, tego cofnięcia się w wiek niemowlęcy, z którego dawno przecież wyrósł. Z początku ukrywał zmoczone ubrania, lecz od pewnego momentu Janet zaczęła ich szukać. Albo sama je wynajdywała, albo dokuczała mu tak długo, aż wyjawił miejsce ich ukrycia. Tłumaczyła mu, że nie złości się dlatego, że się mu to przydarzyło, lecz dlatego, że próbował to przed nią zataić.

– Nie ufasz mi? Odpowiedz! Co się dzieje?

W tamtym czasie był jednak oniemiały. Nie potrafił wyrazić słowami własnych przeżyć, nie umiał wyartykułować ani swego wstydu, ani strachu. Nie mógł rozmawiać o tym wielkim mężczyźnie, któremu Janet wciąż pozwalała zadawać sobie gwałt, ani o przerażeniu, które odczuwał, myśląc, że oboje w straszliwych bólach umierają na jego oczach.

– Nie potrafił pan – spytał go kiedyś profesor Echinger – porozmawiać o tym nawet z własnym ojcem?

Zastanawiał się przez długą chwilę. Nigdy nie przyszło mu do głowy, by porozmawiać o tym z Phillipem.

– Nie, nie mogłem. W nieomal fizycznym sensie nie mogłem rozmawiać, kiedy o to chodziło.

– Pańska matka nie podjęła w zasadzie żadnych środków ostrożności. Musiała się przecież obawiać, że pan i pański brat możecie to wyjawić, choćby przypadkiem, niechcący?

To kolejny wstrząsający aspekt.

– Sprawiała wrażenie, że się tego nie obawia. Później pomyślałem nawet...

– ...że pański ojciec wie o wszystkim?

– Tak – odparł tępo Maximilian. – On wiedział. I pogodził się z tym.

Czy Phillip dokładnie wiedział, co robili oboje, gdy go nie było? Przed wybałuszonymi ze strachu oczami małego chłopca odgrywał się każdy wariant miłości cielesnej. Kiedy kucając przy niedomkniętych drzwiach przyglądał się ekstatycznym wybrykom w łóżku swoich rodziców, wyczuwał na szyi ciepły oddech swego brata, słyszał jego strachliwe sapanie, czuł zupełne odrętwienie drobnego ciała. Dlaczego, zapytywał po latach samego siebie, dlaczego Janet nigdy nie domykała drzwi? Przyszło mu na myśl tylko jedno możliwe wyjaśnienie: ze względu na dzieci. Chciała słyszeć, kiedy będą ją wołać. I postarała się o to, że nie zawołali jej już nigdy więcej.

Pewnego razu poczuł ulgę. Było to wówczas, gdy po raz pierwszy zobaczył ich w odwrotnej pozycji. Nareszcie, nareszcie Janet mści się za wszelkie upokorzenia, jakich zaznała. Najchętniej zagrzewałby ją triumfalnymi okrzykami, niczym widz walki bokserskiej, który głośno dopinguje przegrywającego, gdy ten nieoczekiwanie staje na nogi i spycha przeciwnika do narożnika. W którymś momencie pojął, że i te zmagania kończyły się wśród krzyków, jęków i westchnień. W końcu zaczął się tej pozycji najbardziej obawiać, bowiem na domiar złego pozbawiała jego matkę wszelkiej godności. Dotąd była jedynie ofiarą, teraz zaś sama przejmowała inicjatywę i stawała się przez to odrażająca, ohydna. Wyglądała szpetnie; jej wykrzywiona twarz szkliła się od potu, piersi kołysały się rytmicznie. To nie była mama, jaką znał. Mama nosiła ładne ubrania, jej blond włosy zawsze były starannie uczesane i lśniły w słońcu. Przyjemnie pachniała i uśmiechała się w najsłodszy sposób. Wieczorami siadała razem z dziećmi na łóżku, brała je w ramiona i dawała im poczucie, że należy wyłącznie do nich i że ustrzeże je przed wszelkim złem tego świata – samą swą obecnością, swoją niewinnością wobec wszystkiego, co nie jest nieskalanie czyste na tym świecie. Iluzję tę zniszczyła do szczętu, a niedługo po romansie z Andrew Daviesem synowie zaczęli zwracać się do niej „Janet”; mimo jej łez i wyrzutów nigdy już tego nie zaprzestali.

Chodząc zygzakiem po pokoju, znów dotarł do okna. Wyjrzał na zewnątrz. Była dziesiąta wieczór, lecz wciąż jeszcze nie zapadła zupełna ciemność. Nie lubił tych jasnych letnich nocy na północy, tuż przy granicy ze Skandynawią. Niepokoiły go swym światłem, głosami, bezsennością. Lubił milczące, ciemne noce zimowe, kiedy na niebie iskrzyła się zimna gwiazda, kiedy mrok i śnieg okrywały ochronnym płaszczem wszelkie rany i lęki. Jaka wyglądała noc na południu Francji? Z pewnością była ciemniejsza niż tutaj, aksamitnie czarna.

Czuł tak bliską więź ze swym bratem. Zawsze tak było, przez całe wspólne dzieciństwo, ale także w latach rozłąki. Może tak naprawdę nic nie mogło ich rozdzielić, od owego dawno minionego czasu, gdy zaczęli życie przytuleni do siebie w ciele Janet. Czasami nocą Maximilian wyczuwał bicie serca Maria i poznawał po równomiernym rytmie i szybkości pulsu, czy jego brat śpi spokojnie, czy też dręczą go złe sny albo bezsennie przewraca się z boku na bok. Nigdy tego nie sprawdzał, choć czasem widywali się nazajutrz lub telefonowali do siebie i Maximilian nie był zaskoczony tym, że jego odczucia potwierdzały się.

– Zeszłej nocy nie zmrużyłem oka, może to przez pełnię, nie przespałem ani sekundy...

– Wiem.

Teraz także Mario nie spał. Może wieczór był jeszcze zbyt wczesny, ale Maximilian wyczuwał, że brat całą noc nie zazna spokoju. Mario, tak jak on, widywał Janet w ramionach Andrew, i to nie dawało mu spokoju.

Być może istniało coś jeszcze, co nie pozwalało mu go odzyskać.

Maximilian był pewien, że Mario nie jest sam. Od początku czuł, że brat coś przed nim ukrywa, opowiadając o swej podróży do Prowansji. Dostrzegał to w jego oczach, słyszał to w jego głosie. Były to jedynie niuanse, lecz bracia, niczym nadzwyczaj czułe sejsmografy, zauważali nawet najdrobniejsze zmiany. Maximilian nie miał żadnego dowodu, lecz był pewien, że Mario wyjechał z dziewczyną.

Potrafił ją sobie wyobrazić: zgrabna, delikatna. Subtelne rysy twarzy. Długie blond włosy. Trochę jak młoda Janet, emanująca wrażliwością i niewinnością. A jednak w głębi czaił się ledwie rozpoznawalny, nieposkromiony głód życia, optymistyczna gotowość do skosztowania także i zakazanych owoców. One wszystkie były takie, wiedział to. Ale czy wiedział o tym również jego brat? A jeśli nie, kiedy to zauważy?

Otworzył drzwi na korytarz, łudząc się, że zdoła tym powstrzymać pęd własnej fantazji. Może był szalony. Może już od dawna nie powinien ufać swoim odczuciom. Brał lekarstwa, psychofarmaceutyki – na „uspokojenie”, jak to określono. Nie znosił tych tabletek. Tłumiły jego umysł niby ciężki welon, otumaniały go, i choć pozwalały mu odczuwać tak jak przedtem, to wszystko rozgrywało się jakby za jakąś zasłoną, która przeszkadzała mu wsłuchiwać się we własne uczucia. Jakby oddzielono go od niego samego. Czasem miał wrażenie, że oszaleje z tego powodu. Potem podawano mu zastrzyki i poczuł się jeszcze gorzej. Ale po odstawieniu leków już po krótkim czasie pojawiało się u niego niekontrolowane drżenie. Zastanawiał się, ilu ludzi trafiało do klinik psychiatrycznych zdrowszymi, niż z nich wychodziło – dzięki tabletkom. Całe noce spędzał na rozpaczliwych próbach przedarcia się przez ową mgłę do źródeł własnego niepokoju. Tego, co wówczas odczuwał, nie życzyłby najgorszemu wrogowi.

Na korytarzu panował mrok, ponieważ nie było tam okien, i paliło się tylko niebieskawe światło awaryjne. Wszyscy pewnie już spali. O dziewiątej podawano tabletki nasenne każdemu, kto ich potrzebował lub się domagał. Zazwyczaj niedługo potem w całym budynku panowała cisza. Echinger z pewnością jeszcze pracował, może również jakiś lekarz dyżurny. Kto w najbliższych dniach nie miał dyżuru i nie mieszkał na terenie kliniki, wyjechał do domu.

Maximilian spojrzał na zegarek. Pół do jedenastej. Jego niepokój potęgował się. Nie zdołałby się wydostać z tej odludnej okolicy, nie o tej porze. Jakieś trzy kilometry stąd był przystanek autobusowy, ale teraz nie przejeżdżał tamtędy żaden autobus, najwcześniejszy odchodził o siódmej rano. Można nim było dojechać do Niebüll, trzęsąc się po wiejskich wertepach, a stamtąd dotrzeć pociągiem do Hamburga.

Wrócił do swego pokoju i zamknął za sobą drzwi. Drżącymi dłońmi wyciągnął z szafy jedną z szuflad i zaczął grzebać pod stosem bielizny. Odkąd mógł się swobodnie poruszać, otrzymywał do rąk pieniądze, były one jednak oszczędnie rozdzielane, nadto musiał zdawać relację, na co je wydaje. Mimo to w ciągu minionego roku udało mu się zaoszczędzić dwieście marek. Często otrzymywał pieniądze na wizytę w kawiarni, jednakże albo był zapraszany przez brata, albo w ogóle rezygnował z tej przyjemności. Jak na stosunki panujące w klinice dysponował zatem pokaźnym majątkiem. I posiadał coś jeszcze; coś, co stanowiło znacznie większy skarb niż zgromadzona suma: paszport. Co prawda nieaktualny, lecz na zdjęciu widniała jego twarz. Dokument był wystawiony na nazwisko Mario Beerbaum. Brat przyniósł mu go do kliniki.

Właściwie nie wiedział, kiedy w ciągu tych ostatnich godzin dojrzał w nim plan wyjazdu do Duverelle. W gruncie rzeczy nie miało to nic wspólnego z jakimkolwiek planem, z jakimikolwiek przemyśleniami. Czuł wewnętrzny przymus, podążał za głosem, który go wzywał. Bezimienny niepokój, który targał nim przez cały dzień i napastował dawnymi obrazami, ustąpił pola jasnej świadomości, co powinien uczynić. Bez względu na konsekwencje, a te będą dalekosiężne, zdawał sobie z tego sprawę. Na początek sierpnia wyznaczono datę jego zwolnienia, lecz od tego dnia dzieliło go jeszcze niemal osiem tygodni. Jeśli postanowi teraz uciec, ryzykuje utratę wszystkiego. Echinger będzie musiał natychmiast zgłosić jego zniknięcie, w przeciwnym razie grożą mu kary, w najgorszym zaś mógł nawet utracić zezwolenie. Będzie tę chwilę odsuwał w czasie możliwie jak najdłużej, lecz w którymś momencie nie pozostanie mu nic innego, jak tylko złożyć doniesienie. Od tej chwili będzie ścigany nakazem aresztowania; o swym sierpniowym zwolnieniu może zapomnieć. Mimo to musiał to zrobić – i zrobi.

Usiadł przy oknie i czekał, aż nastanie świt.