Barcelona, koniec lipca 2010 r.
W miarę jak samolot schodził do lądowania, Barcelona coraz wyraźniej rysowała się w owalu okna. Ranek wprost tchnął optymizmem.
– Piękny widok, prawda? – powiedział rozentuzjazmowany pasażer siedzący obok Mauricia, po czym wycelował komórkę w morski horyzont miasta.
Mauricio przytaknął, chociaż od jakiegoś czasu miał przed oczyma jedynie zwarty krajobraz Niemiec z 1955 roku, dziesięć lat po wojnie; wspomnienie podróży pociągiem przez Bawarię, którą odbył z Oliveriem i Pieguską, monotonny ciąg słupów elektrycznych, surowy, zimny pejzaż migający szybko za oknem wagonu wiozącego go ku reszcie jego życia. Wrażenie, że czas zatrzymał się na chwilę, zanim dosięgnął przyszłości, kiedy słuchał wesołych śmiechów Oliveria i Pieguski w tamtym powojennym niemieckim pociągu pełnym emigrantów z Hiszpanii, Argentyny, Polski, Turcji i Włoch, którzy przyjechali budować tam swoją przyszłość. Czy jego ojciec miał rację? Czy popełnił błąd, brnąc w ślad za Oliveriem i Pieguską w to szaleństwo? Nie było potrzeby odpowiadać na to pytanie.
– Czas tęsknoty, Piegusko. Czyżby starzenie się było życiem przeszłością? – szepnął, kiedy samolot zataczał nad morzem szeroki łuk, schodząc w stronę lotniska.
Pasażer z fotela obok spojrzał na niego zdziwiony.
– Mówił pan do mnie?
Mauricio z uśmiechem pokręcił głową, gładząc leżący na kolanach kapelusz.
– Tylko rozmawiam na głos z moimi duchami. Mam wrażenie, że z biegiem lat głuchną.
Pasażer przytaknął, ale sądząc po jego minie, pewnie pomyślał, że ten staruszek, który przez cały lot z La Coruñi wpatrywał się w zdjęcie w portfelu, ma nie po kolei w głowie. Taksówka zawiozła Mauricia do hotelu. Spojrzał na zegarek. Było jeszcze za wcześnie, żeby wyruszyć na spotkanie. Denerwował się. Postanowił wziąć prysznic, przebrać się i powłóczyć po mieście.
Kiedy wyszedł na ulicę, zadzwonił do Daniela. Wnuk nie odbierał. Wybrał numer Dolores. Odpowiedziała, kiedy już zamierzał się rozłączyć. Daniel był u niej. Przyszedł po Paolę i razem pojechali na wycieczkę jej samochodem. Mieli wrócić przed zmierzchem.
– Nie martw się. Z twoim wnukiem jest wszystko w porządku.
Nie, wcale nie było wszystko w porządku, i Mauricio to wiedział. Trzymając w ręku komórkę, spoglądał na magazyn, który kupił w kiosku. Przypadkiem zwrócił uwagę na okładkę; czasami mijamy jakieś miejsce i coś, jakiś drobiazg sprawia, że się zatrzymujemy i zawracamy. Jego wzrok przykuło zdjęcie kobiety pod jednym z nagłówków na dole strony. Przerzucał jedwabiste kartki, aż wreszcie trafił na artykuł opatrzony niepokojącym tytułem: Gdzie jest Eva Malher?
W pierwszej chwili chciał od razu wrócić na lotnisko i wsiąść w pierwszy samolot lecący do La Coruñi. Przemyślał to jednak i spróbował się uspokoić: od ponad dwudziestu lat czekał na spotkanie, które sprowadziło go do Barcelony.
Wolał ukryć przed Dolores swój niepokój.
– Wrócę jutro samolotem o siódmej… Mogłabyś poprosić Paolę, żeby przyjechała po mnie na lotnisko?
Dolores zaprotestowała.
– Ja mogę po ciebie przyjechać, jak zawsze.
– Wolę, żeby to ona mnie odebrała.
– Coś się stało, Mauricio?
– Nic. Po prostu jej to powiedz.
Rozłączył się. Dotarł do stacji metra, które miało go zawieźć na drugi koniec miasta.
W dossier Przyjaciół Pamięci odnotowano, że Oliverio zwykle spędza poranki w barze przy Vía Julia. Mauricio z trudem rozpoznał go przez szybę. To był ten cień siedzący przy drewnianym stoliku, worek kości z zaspanymi oczami wciśnięty w kąt przy drzwiach. Jego prawa ręka spoczywała na kolanie, lewą gładził krawędź szklaneczki wypełnionej whisky. Na stole leżał kapelusz – słomkowa panama ze wstążką. Na moment stanął mu przed oczami obraz tego samego mężczyzny sprzed lat, kiedy byli dziećmi i niemal braćmi.
Mauricio wyobrażał sobie ten moment na tysiące różnych sposobów: słowa, które wypowie, spojrzenie prosto w twarz, ułożenie ciała, opuszczone ręce ze zgiętymi palcami; żadnego kulenia się. Musi stać na rozstawionych nogach i mocno wbijać w podłogę pięty, żeby zachować równowagę, kiedy zatrzęsie się ziemia. Pierwsze zwycięstwo odniesie, jeszcze zanim zacznie się bitwa: będzie nim oszołomienie Oliveria, kiedy ten go zobaczy, kiedy usłyszy, jak ktoś po tylu latach nazywa go Komendantem. Brał nawet pod uwagę możliwość, że Oliverio zacznie się jąkać i że – dlaczego nie? – z jego ust wydobędzie się jęk, urwany krzyk. Tego należało się spodziewać po spotkaniu twarzą w twarz z duchem.
Ale wszystko potoczyło się inaczej.
Mauricio wszedł do baru i stanął przed Oliveriem.
– Witaj, Komendancie.
Oliverio uniósł głowę i wycelował w niego swój nos przypominający dziób wrony. Jego źrenice rozszerzyły się na moment niczym pod wpływem echa odległej eksplozji na krańcu świata, ale natychmiast odzyskał opanowanie. Obciągnął rękawy koszuli i lekko przekrzywił szyję, żeby wpasować ją w niewygodny kołnierzyk.
Nie spuszczając wzroku z Mauricia, parsknął tym swoim hienim śmieszkiem, który tak irytował Pieguskę.
– Nikt mnie już tak nie nazywa… Domyślam się, że za tym starcem ukrywasz się ty, Mauricio?
– We własnej osobie.
– Najbardziej przypomina cię twój głos; kiedy do mnie zadzwoniłeś, od razu wiedziałem, że to ty.
Mauricio odsunął krzesło i usiadł naprzeciwko Oliveria. Zgodnie z dawnym nawykiem zadbał o to, żeby widzieć drzwi. Nieświadomie przyzwyczajamy się do pewnych odruchów. Oliverio poszukał wzrokiem kelnera. Trzy minuty później przed Mauriciem stanęła szklaneczka glenliveta, takiego jak ten, który dopijał jego stary przyjaciel. W tym czasie żaden z nich się nie odezwał. Przyglądali się sobie, dwa kamienie, z których każdy jest odbiciem drugiego. Kiedy kelner przyniósł whisky, Oliverio wypuścił otuloną uśmiechem strzałę. Miał piękną sztuczną szczękę, którą eksponował przy każdej okazji.
– Przychodzę tu od lat. Siadam na tym krześle, patrzę na drzwi i odliczam minuty, czasem godziny, zastanawiając się, kto przez nie przejdzie. Nigdy nie myślałem, że to będziesz ty. Ale oto jesteś. Znalazłeś mnie.
– Są rzeczy, od których nigdy nie ucieka się wystarczająco daleko.
– Nie wyobrażałem sobie ciebie w roli zbira. Byłeś z tych, co to trzymają się z dala od bójek. A teraz spójrz na siebie. To nieco tragikomiczne, nie sądzisz?
Gdyby Mauricio nie znał Oliveria, zaskoczyłby go staromodny sposób, w jaki się wysławiał; wyczuwało się w nim coś podstępnego, przeciągał ostatnie sylaby słów, jakby zostawiał ślady na piasku. Prawdopodobnie był podchmielony, choć nie rzucało się to w oczy. Oliverio nigdy się nie upijał, ale też nigdy nie był całkiem trzeźwy. To między innymi z powodu tego permanentnego wstawienia brakowało mu części czterech palców u prawej dłoni, począwszy od pierwszego paliczka.
Mauricio upił łyk glenliveta, spoglądając na tę okaleczoną dłoń.
– Jakieś dwa miesiące temu w Punta Caliente zjawiła się turystka. Przyjechała dwuosobowym mercedesem kabriolet sto dziewięćdziesiąt SL, rocznik sześćdziesiąt trzy. Był w idealnym stanie. Przywołał dobre wspomnienia z lat, które spędziliśmy razem w Niemczech.
Niespodziewane wysunięcie na pierwszy plan okresu, o którym nie myślał od lat, zbiło z tropu Oliveria. Bez przekonania spojrzał na swoją dłoń, jakby obcięte palce były nadal na swoim miejscu.
– Znalazłeś któryś między cylindrami prasy? Bo moim jedynym wspomnieniem z tamtych czasów jest prasa, z winy której zostałem kaleką, kwaśny odór stóp i potu panujący w klitce, gdzie mieszkaliśmy, i huk taśmy montażowej, który doprowadzał mnie do szału.
Mauricio kolejny raz musnął odległe wspomnienie trójki młodych ludzi podróżujących przez Niemcy w ciasnym wagonie. Nie dało się ukryć porażki widocznej w drobnych wybroczynach na policzkach Oliveria, w skubaniu siwej, niedogolonej brody. Długie rzęsy, gęste niczym drut kolczasty, nie pozwalały dostrzec jego spojrzenia. To spojrzenie zawsze było atutem Komendanta, choć niewiele w nim już zostało z cyzelowanego, dawkowanego jak trucizna okrucieństwa, które zamieniało je w kowadło miażdżące wszelką nadzieję.
– Byłeś pijany. Dlatego prasa obcięła ci palce i dlatego cała nasza trójka straciła tamtą pracę. Jeśli chodzi o odór panujący w klitce, którą dzieliliśmy, z nas wszystkich to ty najbardziej śmierdziałeś. Nieważne, jak często się kąpałeś, już w wieku dwudziestu lat jechało od ciebie trupem.
Komendant ujarzmił swoje spojrzenie. Chociaż był stary, jeszcze się nie poddał, co to, to nie.
– Ty i Pieguska powinniście byli zostać w tej przeklętej fabryce. Wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybyście wychowali waszego syna w Europie, zamiast wracać do Argentyny.
– To była nasza ojczyzna, a ty byłeś naszym przyjacielem. Ufaliśmy ci. Nie pamiętasz listów, w których zachęcałeś nas do powrotu? Tobie dobrze się wiodło. Już wtedy ocierałeś się o władzę, miałeś kontakty w administracji. Pisałeś do mnie co miesiąc, zapewniałeś, że załatwisz nam pozwolenia, żebym mógł otworzyć zakład kapeluszniczy, a Pieguska dostała posadę konserwatorki w muzeum sztuk pięknych. Nakreśliłeś nam idealną fatamorganę.
– Przyjaźń bywa obłudna. Nie zgadzam się z romantykami; moim zdaniem przyjaciele są po to, żeby się nawzajem zdradzać.
Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki pozłacaną papierośnicę i otworzył ją kciukiem dłoni pozbawionej reszty palców, jakby chciał pokazać, że nie stracił cyrkowych umiejętności. Poczęstował Mauricia papierosem, ale ten odmówił. Zapalił zapałkę – nadal nie używał zapalniczki – i przez chwilę spoglądał na płomień, zanim przyłożył go do papierosa. Wciągnął nosem powietrze.
– Czego ode mnie chcesz?
– Dobrze wiesz.
W odpowiedzi Komendant wbił w Mauricia swoje bezlitosne oczy, które kiedyś budziły taką grozę. Oczy o mechanicznym, taksującym spojrzeniu. Odchylił się na krześle i lekko stuknął papierośnicą w blat.
– Ależ z ciebie melancholik, Mauricio. Nigdy nie potrafiłeś widzieć rzeczy takimi, jakie były. Wciąż jesteś tym chłopakiem, który w Niemczech zaczytywał się w poezji Aguirre, Trejo, Bayleya. Ty i twoja żona gustowaliście w bezsensownych aktach buntu, jak ozdabianie ścian fabryki wierszami Espiro. Strażnicy kazali ci je ścierać, chociaż nie rozumieli słów. Ale ty pozwalałeś jej znowu to robić.
Mauricio ze smutkiem przywołał tamte wspomnienia.
– Byliśmy młodymi romantykami, wierzącymi, że możemy być inni, niż jesteśmy. Ty też taki byłeś.
– Nie. Ja nie byłem naiwny. Romantycy dają się zżerać wątpliwościom, nie walcząc o to, w co wierzą.
Niewiele mogło już przestraszyć Mauricia, a na pewno nie jego dawny przyjaciel. Nie tak jak pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy Oliverio zjawiał się w jego sklepie w Buenos Aires w towarzystwie eleganckich facetów w dwurzędówkach, którzy wyglądali raczej na dandysów niż na urzędników. Zawsze hojnie płacili za jego kapelusze, plikami pogniecionych banknotów ściśniętych gumką, najprawdopodobniej ukradzionych w pośpiechu prawowitym właścicielom. Ci faceci mogli wystraszyć każdego: ich oczy były jak protezy mające zasłonić jamy w twarzy.
Oliverio odwrócił się bokiem. Wciąż emanowały z niego jakaś władczość i tajemniczość, kiedy tak siedział z plecami przyklejonymi do oparcia, rozstawionymi nogami i rękami oderwanymi od ciała, trzymając krawędź stołu, jakby wiedział, że za chwilę lokal zadrży wskutek trzęsienia ziemi.
– Myślisz, że jestem już taki stary i skończony, że możesz wzruszyć mnie swoją paplaniną? Nie bądź głupi.
– Chcę tylko, żebyś oddał mi to, co do mnie należy.
Oliverio omiótł salę spojrzeniem. Poruszył ustami, nieapetycznie przesuwając językiem po dziąsłach.
– To, co do ciebie należy? Zawsze byłeś aroganckim skurwielem. Powiedz mi, Mauricio, co dokładnie do ciebie należy? Przeszłość, miłość, nienawiść, zemsta…? No co?
Najbardziej zbijał Mauricia z tropu dobroduszny wyraz twarzy Oliveria. Jakby rzeczywiście był tylko nieszkodliwym staruszkiem, którego udawał. Skromnym mężczyzną, który nigdy nikogo nie skrzywdził.
– Nie zwiedziesz mnie więcej swoimi słownymi gierkami. Nie jesteśmy już w La Placie, nie jestem zdany na twoją łaskę. Poza tym jesteś mi to winien.
– Jestem ci to winien? – Oliverio musiał udowodnić Mauriciowi, że wciąż ma go w garści. Zapewne źle znosił tę anonimowość, niemożność rozgłoszenia, kim był w dawnych czasach, do których obaj należeli. Bez Mauricia Oliverio był nikim. Nikim, kim chciałby być. Pewnego dnia po prostu zniknie. Jeżeli zabraknie Mauricia, co zostanie z jego dawnej władzy? Nic. Musiał odwlec to, co nieuniknione. Da Mauriciowi to, po co przyszedł, dopiero wtedy, kiedy ten go pokona.
Ale Mauricio nie miał siły ani ochoty, żeby prowadzić tę grę. Wyciągnął z torby książeczkę w żółtej okładce i napisał coś na pierwszej stronie. Oliverio przyglądał mu się z pewną wyższością.
– Nie każdy potrafi tym pisać – powiedział, wskazując wieczne pióro.
– To prawda, pióro wymaga taktu i czułości, trzeba odczekać, aż atrament zacznie swobodnie płynąć, i nie przyciskać zbyt mocno stalówki. Na coś przydało się te dwadzieścia lat pisania listów, na które nikt nie odpowiadał. Nauczyłem się panować nad piórem, jakby było przedłużeniem moich palców.
Podał mu książkę.
– Co to?
Mauricio w końcu mógł odegrać scenę, którą sobie przygotował. Pogładził palcem wgłębienie kapelusza i wstał.
– Książka. Prezent. Słowa, które wreszcie będziesz musiał zrozumieć.
Oliverio wybuchnął śmiechem, w którym dało się wyczuć zmęczenie. Przeczytał dedykację, zmarszczył czoło i cisnął książkę na podłogę.
– Wiersze Juana Gelmana? Ty skurwielu! Odgrywaj komuś innemu to swoje przedstawienie!
Mauricio nawet nie mrugnął. Schylił się powoli, podniósł książkę i położył ją na stoliku.
– Wiesz, co zamierzam teraz zrobić? Kupię białe narcyzy w kwiaciarni o nazwie Erytryna. Piękne kwiaty.
Oliverio poczerwieniał.
– Nie mieszaj do tego mojej córki.
– Nie będę, jeżeli mnie do tego nie zmusisz.
– Co zrobisz, kiedy dam ci to, czego chcesz? Co będzie potem? – zapytał Oliverio; patrzył na Mauricia tak, jakby był hydrą, a on nie wiedział, którą głowę ściąć mu na początku.
Pierwszy raz Mauricio zobaczył w swoim starym przyjacielu pełną rezygnacji pewność właściwą osobom, które wiedzą, co się nieuchronnie wydarzy, jeszcze zanim to nastąpi.
– Obaj wiemy, że dla ludzi takich jak ty i ja nie ma żadnego potem, Oliverio.