Wybrzeże Śmierci, poniedziałek, 16 sierpnia 2010 r.
Mężczyzna czekający przy stoliku w O Cafeto wyglądał na przygnębionego – z pewnością czuł się nieswojo w miejscu takim jak to. Był mniej więcej w wieku Mauricia, miał białe, starannie uczesane włosy, krótkie baczki, bladą cerę i kwadratową, surową twarz, na której wyróżniały się gęste brwi i bardzo niebieskie oczy. Wystroił się jak człowiek z miasta, który postanowił wybrać się na wieś i kupił na tę okazję nowe, inadekwatne ubranie: sztruksowe spodnie, zielony sweter w serek, jedwabną koszulę i górskie buty o nieskazitelnie czystej podeszwie. Gładził ekran dotykowy, nie patrząc na komórkę, mikroskopijną i na pewno bardzo drogą.
– Pan Malher?
Mężczyzna tylko zamrugał w odpowiedzi. Otaksował Mauricia inteligentnym spojrzeniem i skinął głową, nie okazując mu sympatii ani niechęci. Uniósł się na krześle i przywitał szybkim, formalnym uściskiem dłoni, po czym ponownie usiadł, gestem zachęcając Argentyńczyka, by zrobił to samo.
– To prawda? Eva jest tutaj?
– Tu przedstawia się jako Paola. – Mauricio pokazał mu wycinki, na których były jej zdjęcia, dość stare, sprzed czterech czy pięciu lat. Wieczorowe suknie, kosztowne brylantowe broszki, jedwabne koronki, białe muszki. Kwartet grający na scenie w oświetlonym namiocie, kelnerzy z tacami tartinek. Ludzie z wyższej sfery.
Pan Malher przyglądał się wycinkom z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Jakby analizował umowę handlową, zanim postanowi, czy przypieczętować ją swoim podpisem. Nie wyglądał na ojca, który poczuł ulgę, ale raczej na zabieganego biznesmena, który musi jak najszybciej rozwiązać nieprzewidziany problem.
– Gdzie teraz jest? Kiedy tylko przywiozę ją do domu, zlecę, by przelano panu nagrodę.
– Nie dlatego do pana zadzwoniłem. Nie chcę pańskich pieniędzy. – Może gdyby Paola zechciała go posłuchać i zostawiła Daniela, Mauricio nie zadzwoniłby do Malhera, żeby ją wydać. Ale nie mógł ryzykować, że to szaleństwo zabrnie za daleko.
– W takim razie czego pan chce?
– Chcę, żeby jak najprędzej zabrał pan swoją córkę z Punta Caliente.
Esteban Malher uniósł brodę i głęboko westchnął. Potem spojrzał na Mauricia i przez chwilę bacznie mu się przyglądał. Odniósł wrażenie, że jest w tym nieznajomym coś smutnego, a jednocześnie aroganckiego. Dwa dni wcześniej jego osobisty sekretarz wszedł do gabinetu z telefonem w dłoni.
– Myślę, proszę pana, że mamy coś na temat miejsca pobytu Evy – oznajmił, z trudem kryjąc podekscytowanie.
Esteban Malher początkowo zareagował sceptycznie. W ciągu trzech miesięcy, jakie upłynęły od zniknięcia Evy, odebrali dziesiątki telefonów, które nie doprowadziły do niczego poza stratą czasu, energii i pieniędzy. Mimo to sekretarz podsunął mu słuchawkę z nadzieją, że tym razem się uda. Przez telefon Mauricio był równie oszczędny w słowach jak teraz. Nie powiedział nic, co pozwoliłoby odgadnąć, jaki ma w tym wszystkim interes ani po co do niego zadzwonił, skoro już na pierwszy rzut oka było widać, że wcale nie miał na to ochoty.
– Sprawdziłem pana. To było pobieżne śledztwo, ale bardziej niż wystarczające, zważywszy na czas, jakim dysponowałem.
– Dużo zachodu.
– Dziwi to pana? Nie powinno. Na pańską prośbę pokonałem tysiąc kilometrów, nie mogłem ryzykować, nie mając solidnych podstaw. Gdyby pan wiedział, ile wysiłku, pieniędzy i czasu niepotrzebnie zmarnowałem. – Malher oczekiwał, że jego słowa wywołają u Mauricia jakąś reakcję, ten jednak nadal siedział nieporuszony. – Pański życiorys jest, że tak powiem… interesujący. Wiem, że siedział pan w więzieniu w Argentynie, raczej nie z powodów politycznych, bo pańska sprawa nie doczekała się kasacji wraz z nastaniem demokracji. To każe mi podejrzewać, że morderstwa, które pan popełnił, miały jednoznacznie osobisty charakter.
Po twarzy Mauricia przemknął uśmiech. Wydało mu się dość ironiczne, że zdaniem niektórych morderstwo może nie mieć jednoznacznie osobistego charakteru.
– Zabiłem dwie osoby, ale nie jestem mordercą.
Jego głos dobiegł jakby z pustej jaskini i mógłby należeć do kogokolwiek. Ale należał do niego. Podobnie jak tamten głosik, który wyznał oprawcom to, co chcieli usłyszeć. Wtedy pluł krwią i miał złamaną przegrodę nosową. Aresztowano go i zamknięto w piwnicy, z której wyszedł kilka tygodni później ze zmasakrowaną twarzą, żeby odsiedzieć wyrok. Mógłby powtórzyć słowo w słowo to, co powiedział, kiedy tamci go bili, a on siedział przykuty kajdankami do rury kaloryfera. W końcu tekst został już wcześniej napisany, wystarczyło, że przeczytał go na głos, kiedy udało im się go złamać: w sklepiku w dzielnicy Belgrano nie tylko sprzedawał kapelusze, ale też przekazywał informacje terrorystom; współpracował z lewicową partyzantką montoneros13, udzielał im schronienia w swoim warsztacie; rozdawał studentom broszurki godzące w juntę. I prawdopodobnie odpowiadał za śmierć Jezusa i Mahometa, i za wszystko inne, o co chcieliby go oskarżyć. Podpisał się pod każdym zarzutem, nawet pod tym, że broń, z której strzelił do umundurowanych policjantów – stara myśliwska dubeltówka – należała do innego nieszczęśnika, którego nawet nie znał, a który kwiczał jak świnia w sąsiedniej celi. Aż którejś nocy przestał krzyczeć i Mauricio zobaczył jego bose stopy szurające po podłodze; ciągnął się za nim strumień krwi i płaczliwe wzywanie matki.
– Zabicie z zimną krwią nie czyni z pana mordercy?
Mauricio pokręcił głową.
– Tych, którzy szukają czegoś innego, nie obchodzi prawda.
– Wiemy, że twój ojciec był marksistą, że ty sam należysz do montoneros. – Dwaj policjanci posłali Mauriciowi pełne obrzydzenia spojrzenie, które widział już dziesiątki razy, kiedy po zmierzchu ich koledzy wchodzili do sklepu i panoszyli się w nim z barbarzyńską zuchwałością, przymierzali kapelusze, rozrzucali czasopisma, brali wszystko, co chcieli. – Że twoja żona to dziwka, która zatruwa umysły studentom w Akademii Sztuk Pięknych… Możemy w każdej chwili cię aresztować, możemy zrobić z tobą wszystko, na co tylko przyjdzie nam ochota. Spalić twój sklep, z kapeluszami i z tobą w środku.
– A co z naszą umową? – Robili to, co robił każdy w tamtych czasach: kombinowali, kradli to, czego nie mogli albo nie chcieli uzyskać inną drogą. Wymuszenia, nieustanne zastraszanie. Jak długo można to wytrzymać? Czasami całe życie. Czasami ani minuty dłużej.
Gdyby tamtego wieczoru Pieguska nie weszła do sklepu, żeby zabrać go na kolację, bo chciała coś uczcić – nigdy nie miała okazji powiedzieć mu, co to było – nie wpadłaby na tamtych policjantów ani nie sprowokowałaby ich spojrzeniem, które przed nikim się nie korzyło. Młodszy z nich – Mauricio zapamiętał jego wypomadowany wąsik i wydepilowane brwi – musiał akurat złapać jej torbę, z której wypadły na podłogę złowieszcze czerwone ulotki ze stemplem studenckiego związku zawodowego. Starszy policjant, łysy, ze zwisającą z wargi kropelką potu, który spłynął mu z nosa, nazwał ją „wywrotową dziwką” i powiedział, że jest aresztowana. Pieguska zaczęła się szarpać, obrzuciła ich wyzwiskami i podrapała im twarze.
Mauricio stał przerażony na środku sklepu, nie widział, co robić, kiedy policjanci zaczęli macać piersi Pieguski pod pretekstem, że chcą ją przeszukać. Krzyknął, żeby przestali, ale oni nie mieli takiego zamiaru.
– Co się robi z wichrzycielkami? – dokazywali, zanosząc się śmiechem. – Gwałci się je i reedukuje.
To było najgorsze. Włochate ręce ślizgające się po piersiach Pieguski i śmiech zapowiadający ciąg dalszy. Mauricio zobaczył jej zaciętą minę, kiedy odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, stojąc w progu drzwi w sukience skalanej grubiaństwem policjantów. „Nic nie zrobisz?”, krzyczały jej oczy. Mauricio poczuł się mniej niż zerem na widok otwartej kasy i walających się po podłodze kapeluszy. Tyle lat poświęceń, czekania, poniżeń… Ciepło strzelby, odgłos naboi rozsadzających piersi tych mężczyzn, świadomość, że to już koniec, uspokoiły jego sumienie. Spiker radiowy śpiewnym tonem obwieścił gol, jakby świat osiągnął właśnie doskonałość. Mauricio nie poczuł najmniejszych wyrzutów sumienia, jedynie dziwny spokój, który znieczulił go na to, co miało nastąpić później. To było zabójstwo w afekcie. Zbrodnia popełniona z powodu zranionej dumy, przez macho, który zbyt późno uniósł się honorem. Nie miała nic wspólnego z polityką ani z ojczyzną.
– Byłem prawdziwym argentyńskim patriotą. Wierzyłem, że porządek to pokój i że pokój wymaga milczenia.
Malher siedział z rękami skrzyżowanymi na stole i z uwagą słuchał opowieści Mauricia. Uważnie analizował każdy jego gest.
– Dlaczego tak bardzo zależy panu na tym, żebym zabrał stąd Evę? Ona raczej nie będzie panu wdzięczna za to, że mnie pan tutaj sprowadził.
Mauricio rozparł się na krześle z kwaśną miną.
– Po prostu to nie jest miejsce dla niej.
Malher rozejrzał się na boki i pogardliwie skinął głową, jakby przyznawał mu rację. Pomyślał, że to ostatnie miejsce, w którym szukałby córki. Wdała się pod tym względem w matkę, wybierały identyczne trasy ucieczki.
– Ciekawe, że akurat pan to mówi.
– Co w tym ciekawego?
– Przyleciał pan z Buenos Aires, żeby zająć się swoim jedynym wnukiem. Powiedziałbym, że od tego czasu niespecjalnie wtopił się pan w krajobraz.
– To nie pańska sprawa.
Rozmowa nieuchronnie przybierała bezsensowny, wrogi ton. Ale Malherowi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, pomagało mu wyzbyć się skrępowania.
– Owszem, moja, jeżeli w jakikolwiek sposób dotyczy mojej córki. Rozumiem, że jest pan jedynym bliskim krewnym wnuka?
– Mój syn, synowa i starszy wnuk zginęli w pożarze. To był wypadek. Daniel cudem ocalał, ale dotąd nie doszedł do siebie.
Esteban Malher skinął głową, wpatrując się w okrągły ślad zaschniętej kawy na blacie.
– Czytałem raport strażaków i protokół policji: nazywanie tego pożaru wypadkiem to eufemizm. Oczywiście pan doskonale wie, co tak naprawdę się stało.
– To ponoć poufne.
– Zdziwiłaby pana siła przekonywania, jaką mają pieniądze. Nic nie jest poufne, poza tym, co uparcie chronimy przed światłem. Jeżeli nie chcesz, żeby o czymś wiedziano, zakop to na dnie swojego serca.
Mauricio pomyślał, że serce tego mężczyzny musi być pełne trupów. Cichy, mroczny cmentarz.
– Zaczynam żałować, że do pana zadzwoniłem.
– No cóż, za późno już na tego rodzaju żale. Przyznam szczerze, że pańska postawa wydaje mi się godna pochwały.
– To moja rodzina… To, co z niej zostało.
Malher cmoknął, jakby rola, którą próbował odgrywać Mauricio, śmiertelnie go nudziła.
– Oczywiście to tylko przypuszczenia, ale myślę, że przyleciał pan tu z Argentyny nie tylko z powodu chłopaka.
– Nie jestem panu winien żadnych wyjaśnień. Proszę pójść do pensjonatu Dolores i przekonać córkę; wyjedźcie stąd raz na zawsze. Wracajcie do waszego świata.
Malher zmrużył powieki. Jego przypominające jaskinię usta otworzyły się dopiero po chwili. Powoli wstał i obrzucił Mauricia obojętnym spojrzeniem.
– Może być pan pewien, że tak właśnie zrobimy. Wyślę panu czek. Nie lubię niespłaconych długów.
Esteban Malher oddalał się od O Cafeto, rozglądając się po ulicach. Typowe miasteczko, w którym na pewno zakochałaby się matka Evy. Małe, bezgranicznie pospolite, ze swoimi niskimi domkami, wąskimi uliczkami schodzącymi do portu i widocznym w oddali zarysem wybrzeża. Niewiele zaparkowanych samochodów, smutni ludzie pogrążeni w myślach, które w jego rozumieniu musiały być płytkie. Jeść, ubrać się, zająć teraźniejszością bez jutra.
Miasteczko przywołało nieprzyjemne wspomnienia z dzieciństwa. Podczas bombardowania Drezna pod koniec wojny razem z braćmi schodzili do schronu i przez kilka godzin słuchali, jak drży ziemia nad ich głowami. Stłoczeni dorośli, żołnierze, starcy, kobiety i dzieci szlochali i trzęśli się ze strachu przy każdej eksplozji. Natomiast on z zadziwiającym opanowaniem wpatrywał się w wylot tunelu nieruchomymi oczami. Tak długo wbijał wzrok w policjantów, którzy mieli strzec porządku, aż zawstydzeni zaprowadzali spokój. Taką samą determinacją wykazał się w dniu podpisania rozejmu, kiedy aliancki oficer nazwał go małym nazistą i kazał mu defilować z podniesioną ręką, jakby był esesmanem, przy wtórze śmiechów żołnierzy siedzących na czołgu, który przed chwilą zburzył jego dom. Ubrany w łachmany, przeparadował boso pośród dymiących zgliszczy, gruzów, z których wystawały ciała jego sąsiadów, jego kolegów, jego bliskich, nie roniąc ani jednej łzy, aż śmiechy żołnierzy roztopiły się w przepełnionej poczuciem winy ciszy. Nie zapomniał twarzy tamtego oficera ani nazwiska, którym zwracali się do niego jego towarzysze. Wiele lat później tamten chłopiec – wówczas już młody, odnoszący sukcesy biznesmen – poleciał do Michigan, żeby osobiście asystować przy eksmisji farmerów, których gospodarstwo kupił. Ta ziemia nie była mu do niczego potrzebna; po prostu chciał zobaczyć, jak na oczach farmera i jego rodziny płoną dom, spichlerz i młyn. Dopiero kiedy wszystko zamieniło się w popiół, odwrócił się w stronę szpakowatego mężczyzny i tak długo patrzył mu w oczy, aż przypomniał mu o tamtym dniu w Dreźnie.
Rozumiał tego starca w kapeluszu, którego zostawił przy barowym stoliku. Widział jego blizny i potrafił się domyślić, jak powstały. Żadne wybaczenie nie sprawia takiej satysfakcji jak zemsta. Ale żeby jej dokonać, trzeba mieć odwagę, by pamiętać. Alda, jego żona, nigdy tego nie rozumiała. Nie spodobałoby jej się, że kryje inspektora, który wykończył mordercę jej wnuczki. Gdyby nie zrobił tego Ibarra, zabiłby go na spacerniaku któryś z więźniów. Malher nie dopuściłby do tego, żeby ktoś, kto ukradł mu coś tak cennego, dalej chodził po tym świecie.
Czasami myślał, że Eva odziedziczyła chorobę po matce. Nie chodziło o nowotwór, który można usunąć operacyjnie. Nie uratowały jej leki – najlepsze, jakie można było zdobyć w tamtych czasach. Specjaliści z połowy krajów świata latami odwiedzali jego żonę, poddawali ją innowacyjnym terapiom, torturowali jak królika doświadczalnego. Bezskutecznie. Alda urodziła się zbyt wcześnie, żeby nauka mogła cokolwiek dla niej zrobić. Lekarze powiedzieli, że jej mózg jest jak pudło rezonansowe pełne najrozmaitszych dźwięków, które rozbrzmiewają jednocześnie niczym oszalała orkiestra, o każdej porze, w każdej chwili. Jedynym sposobem na uciszenie tej klatki pełnej świerszczy było przyłożenie ucha do ściany w ciemnej sypialni. Ściana odpowiadała jej innym dźwiękiem, szeptem. Zazwyczaj tak zasypiała, siedząc po turecku na łóżku, z policzkiem przyklejonym do ściany. Pod koniec, zanim wyszła z domu i zniknęła na zawsze, nie mogła znieść nawet odgłosu kroków w korytarzu. Służący musieli chodzić po domu boso, mieli kategoryczny zakaz mówienia głośniej niż szeptem. Czasem w zagłuszeniu hałasów w jej głowie pomagała muzyka. Zwłaszcza Debussy; uspokajało ją Światło księżyca.
Esteban Malher zatrzymał się przy żebraku. Mężczyzna powiedział, że nie stać go na lekarstwa, że ma umierającą żonę… Zwykła litania nieszczęść. Malher przypomniał sobie róg ulicy w Dreźnie na początku lata 1946 roku.
Na chodniku klęczał mężczyzna, wyglądał jak woskowa figura rozpuszczająca się w słońcu. Mógłby przesunąć się o kilka metrów dalej, w cień rzucany przez któryś z balkonów albo jeden z platanów, ale on się nie ruszał, jakby musiał odpokutować swoją hańbę. Na piersi miał zawieszoną tekturkę. Swoją jedyną ręką wypisał na niej staranną niemiecką kaligrafią trzy słowa: „Nie mam niczego”. Pusty rękaw był przyczepiony agrafką do naramiennika wojskowej bluzy. Tym człowiekiem, który potrząsał miseczką z dwiema monetami, był jego ojciec.
– Da mi pan coś.
Malher spojrzał na żebraka z Punta Caliente. Przypomniał sobie dymiącą lurę, którą pił jego ojciec. Wyjął sto euro, złożył je i wsadził żebrakowi do kieszeni cuchnącej kurtki. Prawdopodobnie wyda pieniądze na alkohol, ale było mu wszystko jedno: chciał tylko wymazać wspomnienie ojca.
Bez trudu odnalazł dom Dolores. Zanim wysiadł z samochodu, zamknął oczy. Słuchał dalekiego szumu oceanu i dobiegających z bliższej odległości krzyków mew. Lepkie poranne godziny mijały powoli, niestrudzenie.
Mur otaczający ogród był solidny, mimo to można było odnieść wrażenie, że przepuszcza wiatr. Po bielonej wapnem powierzchni płynął czas. Paola paliła skręta z marihuany, obserwując strzępy chmur. Nie patrząc w wizjer, automatycznie pstryknęła kilka zdjęć pagórka, na którym tyle razy umawiała się z Danielem. Teraz też na nią czekał, ale nie zamierzała pójść na to spotkanie. Nie po rozmowie z Dolores.
Usłyszała kroki i z rezygnacją odwróciła się w stronę, z której dobiegały, zanim jeszcze usłyszała głęboki głos ojca. Z tyłu stała Dolores, oparta o framugę drzwi. Przyglądała się całej scenie z powściągliwym zainteresowaniem.
– Cześć, tato. Szybki jesteś.
Malher szedł w jej stronę chwiejnym krokiem, niezwykłym u mężczyzny, który wkraczał wszędzie z arogancją niezwyciężonego konkwistadora.
– Bardzo się o ciebie martwiłem. – Ujął rękę Evy z niezgrabną, niemal nieśmiałą czułością. Eva spojrzała na dłoń, na której po tylu latach wciąż tkwiła ślubna obrączka. Zdziwiło ją dziecinne ciepło, które nagle podeszło jej do gardła, potrzeba, by się rozpłakać i ukryć w ramionach, w których nigdy nie znalazła schronienia. Przywołała się do porządku.
– Zadzwonił do ciebie Mauricio? To on ci zdradził, gdzie jestem?
Malher potakująco skinął głową.
– Wszystko mi opowiedział.
– Wszystko?
– To, co chciałem wiedzieć.
Eva była pewna, że to mu nie wystarczyło. Jej ojciec był człowiekiem pragmatycznym, interesowały go fakty i rezultaty. Jego rozumowanie opierało się na bezpiecznych pewnikach. Nie odczuwał fascynacji, jaką budzą u innych emocje. Eva podejrzewała, że patrzy na nią jak zoolog, który z zakłopotaniem studiuje ruchy dżdżownicy, nie rozumiejąc ich natury.
– A cóż takiego chciałeś wiedzieć?
Poznać dokładną kronikę wydarzeń z ostatnich trzech lat, aż do tej chwili, znaleźć winnego, którego można by ukarać.
– Wiem o twojej przygodzie z tym chłopakiem – powiedział z mimowolnym wyrzutem w głosie.
„Nareszcie, w końcu wychodzi z niego człowiek, którego znam”, pomyślała Eva niemal z ulgą. Kiedy już wiedział, że jest bezpieczna, strach przed wstydem i ośmieszeniem okazywał się silniejszy od czegokolwiek innego. Teraz martwiło go, co powiedzą media, co pomyśli Otto, kiedy wyjdą na jaw szczegóły, o czym będą szeptać znajomi. Dojrzała kobieta, która w tragicznych okolicznościach straciła córkę, wdaje się w romans z niepełnoletnim, niepoczytalnym chłopakiem. Nie dostrzegą nic poza tym, tak jak nie dostrzegał tego jej ojciec. Kolejny epizod w burzliwym życiu niepoprawnej Evy Malher, tej zepsutej zabawki, którą wszyscy czują się upoważnieni obmacywać. Córka godna swojej szalonej matki.
– Moja „przygoda z tym chłopakiem”, jak ją nazywasz, to coś znacznie więcej niż przygoda. Istnieją potężne siły, przed którymi nie sposób uciec, chociaż wiesz, że nie są dla ciebie odpowiednie. Czyż nie tak tłumaczyłeś, dlaczego ożeniłeś się z mamą? Ty, człowiek, który nigdy się nie myli, który zdecydowanie wytycza swój los, a także losy tych, którzy go otaczają… Najpierw zostawia cię żona, a wiele lat później to samo robi twoja spadkobierczyni. Może ktoś zacznie się wreszcie zastanawiać, co takiego dzieje się w sielankowym świecie pana Malhera, człowieka zawdzięczającego wszystko własnej pracy, który jadł zgniłe ziemniaki i był bity przez podłego ojca. Dlaczego wszyscy uciekają z tego raju?
Malher nieznacznie odwrócił głowę. Dolores paliła, uważnie przysłuchując się rozmowie. Wolałby być z córką sam na sam, daleko od tego żałosnego miejsca.
– Jesteś niesprawiedliwa. Ja także cierpiałem po stracie wnuczki. Ale nie uciekłem.
– Twoja wnuczka była moją córką. Ja ją urodziłam, ja ją wykarmiłam piersią, miała moje oczy, moje włosy, moje ciało. Nie próbuj się ze mną porównywać. Ciebie, tato, interesuje tylko nienawiść. Żeby żadna zniewaga nie uszła bezkarnie. Dlatego twoi prawnicy bronili Ibarry, kiedy zabił Człowieczka. Przekonałeś sam siebie, że wszystko zostało wyprostowane. I postanowiłeś żyć dalej. Ale dla mnie nic z tego się nie liczy. Jakie to ma znaczenie, czy morderca mojej córki żyje, czy nie? Mam wrażenie, że Germinal również cię nie obchodzi.
Malher złapał się ręką za szyję, zdenerwowany.
– Nie musimy rozmawiać o tym tu i teraz – powiedział, ściszając głos. – Masz męża, którym powinnaś się zająć – nalegał uparcie.
– Męża? A gdzie on teraz jest? Może szuka ukojenia u jakiejś dziwki ze sztucznymi cyckami? Czy zarabia pieniądze dla niezaspokojonego Malhera?
– Nie wie, że tu przyjechałem. Chciałem mieć pewność, że ze mną wrócisz. W drodze powrotnej będziemy mieli czas, żeby zastanowić się, co powiesz.
Eva ściągnęła mięśnie twarzy.
– Zastanowić się, co powiem… Nigdy nie pozostawiasz nic przypadkowi, prawda? Po to masz swoich brzuchomówców. Żeby chronić swoje sfatygowane poczucie honoru. Dlatego nigdy nie przyznałeś, że mama była chora, że potrzebowała pomocy.
Eva miała rację. Nie zniósłby skandalu i plotek. Żona Malhera wariatką? Nie; wolał, żeby gasła zamknięta w cichym domu, ukrywał ją przed innymi, tłumaczył jej nieobecność wymyślonymi podróżami i niedyspozycjami. Aż wreszcie któregoś dnia zostawiła tamten pożegnalny liścik, kiedy Eva czekała na nią w wannie. Pojawiła się kilka miesięcy później, dryfując w jednym z weneckich kanałów. Z podciętymi żyłami i szklanymi oczami. Jej matka wróciła do źródła, żeby zakończyć swoje życie. Tam, przy grobie Dantego, poznała Estebana. Stał między cyprysami, młody, przystojny, niewyraźny. Przyciągnęły ją jego niebieskie oczy, którym nie potrafiła się oprzeć. Była wtedy jeszcze bardzo młodą dziewczyną. Świadoma, że jest obserwowana, zdjęła bluzkę i półnaga położyła się na ciepłej ziemi cmentarza. Jej ciało stopniowo kamieniało, jakby zmarli ciągnęli ją w dół. Chłopak podszedł i bez słowa położył się obok niej. Przykrył ją własną koszulą i spoglądał na prześwitujący profil jej rzęs. Wtedy szaleństwo nie budziło w nim strachu; fascynowało go.
– Zawsze bałeś się czuć. Cokolwiek. Czy właśnie nie dlatego porzuciła cię mama? Czy tamto spotkanie przy grobie Dantego nie było preludium waszego życia?
Esteban Malher wstrzymał oddech.
– Nie masz prawa tak mówić; nie wiesz nic o mnie i o twojej matce. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo ją kochałem.
Być może. Ale ona zapamiętała jego milczenie, jego wyjazdy służbowe pod byle pretekstem, żeby tylko uciec z domu. Jego całkowitą ślepotę, jego hermetyczność, jego arogancką i bezsensowną dumę. Godziny spędzone samotnie w ciemnym domu, ciepłą kąpiel, matkę wchodzącą do łazienki z ręcznikiem. Eva czuła wtedy, że są same na świecie.
– Wiem tylko tyle, że nigdy na nią nie zasługiwałeś.
Znienacka niczym piorun, ręka Malhera oderwała się od ciała i wymierzyła Evie mocny policzek. Cofnęła się, oszołomiona. Dotknęła twarzy, jakby to, co się stało, było nie do pomyślenia. Esteban Malher spoglądał na własną dłoń obłąkańczym wzrokiem. Wystraszony własnym zachowaniem. Kiedy podniósł głowę, jego spojrzenie było smutne, zagubione.
Nad niedokończonym ogrodzeniem zapadał zmierzch. Punta Caliente pogrążała się w mroku, niebo znaczyły pierwsze gwiazdy, jeszcze pozbawione blasku. Dwie istoty, ojciec i córka, spoglądali na siebie w milczeniu.
– Zatrzymałem się w hotelu w La Coruñi. Będę czekał do soboty. Jeżeli ze mną nie wrócisz, nie będę więcej zawracał ci głowy. Ale możesz zapomnieć o nazwisku, które nosisz.
Eva Malher popatrzyła za oddalającym się ojcem. Pożegnał się z Dolores, która odpowiedziała mu lekkim skinieniem głowy. Powłóczył nogami, ramiona ciągnęły go do przodu. Pomyślała, że jej ojciec znowu jest dzieckiem wojny, jednym z tych chłopców, którzy wyrastają na niedokończonych mężczyzn, okrutnych i melancholijnych, niezdolnych do zawarcia pokoju z samymi sobą. Zachciało jej się płakać. I przestała być Paolą.