22

Barcelona, środa, 18 sierpnia 2010 r.

Dwaj starcy, z całym bagażem przeszłości na barkach, przeżuwali milczenie ciężkie od słów nieznajdujących sposobu, by przejść im przez usta. Wiedzieli, że ich czas dobiega końca. Tak naprawdę zegar już dawno się dla nich zatrzymał.

Dla Oliveria duża wskazówka stanęła na gliniastych, nieprzyjaznych plażach tamtego nędznego archipelagu na końcu świata; potem na naznaczonych poczuciem winy i milczeniem wygnaniach, na pełnych niechęci spojrzeniach, na wewnętrznych lękach i na przemowach, które nie były już w stanie go pocieszyć.

Dla Mauricia czas zatrzymał się za kratami więzienia, w którym został niesprawiedliwie zamknięty, na szukaniu zapachów bliskich – Pieguski, syna, wnuków – w kolejnych pustych mieszkaniach, w których nigdy nie mieszkali.

Nie pozostało już wiele do powiedzenia, obaj zdawali sobie z tego sprawę. A mimo to siedzieli w tym barze, dopijając ostatnią whisky, dopalając przedostatniego papierosa, międląc w ustach rozstrzygające słowa. Nie będzie już więcej spotkań. Mieli tego świadomość, przeczuwali to, pragnęli tego.

Kelner przyniósł im miseczkę migdałów; zaskoczyła go ta niemal liturgiczna cisza, niecodzienna w jego barze, niemal nieprzyzwoita. W takich miejscach powaga odstrasza klientów. Mimo to nic nie powiedział. Wrócił za ladę i nasłuchiwał w skupieniu, co też takiego powiedzą sobie ci dwaj starzy Argentyńczycy. Oliverio włożył do ust migdał, rozgryzł go i wypluł.

– Gorzki.

Mauricio spojrzał bez wstrętu na rozpaćkaną, częściowo pogryzioną, zaślinioną masę leżącą na serwetce. Tym, co powodowało gorycz, co zawsze miało zielonkawe zabarwienie, był oddech Oliveria. Przez ten otwór otoczony sztucznymi zębami wymykało się to, co gniło w jego wnętrzu.

Oliverio, jego dawny przyjaciel, zadzwonił, żeby powiedzieć mu to, czego i tak domyślał się po jego coraz bledszej skórze. Wcześnie wykryty, ale agresywny rak uczepił się jego trzustki. Mimo że Mauricio nie potrafił zdobyć się na współczucie ani na słowa pocieszenia, przyszedł na spotkanie, chociaż nie spodziewał się żadnej przemiany w ostatniej chwili. Oliverio nie należał do tego rodzaju ludzi. Mauricio zobaczył dogasającego mężczyznę, umierającego szybciej niż do tej pory, jakby świadomość bliskiej śmierci sprawiła, że skończył z udawaniem. Za kilka miesięcy rozpadnie się na kawałki i nie będzie nikogo – oprócz jego córki – kto by je pozbierał i złożył w ciemnym grobie. Nie cieszyło go to; nie czyniło zadość sprawiedliwości. To była po prostu śmierć.

– Dlaczego powiedziałeś mi, że umierasz?

Oliverio zaciągnął się papierosem, którego trzymał w ocalałych palcach, i wzruszył kościstymi ramionami.

– Myślałem, że się ucieszysz.

– Myślałeś, że mi uciekniesz.

Kiedy ktoś uparcie próbuje ratować nas przed jakąś naszą słabością, ta słabość jeszcze bardziej się uwidacznia. A wtedy słaby złości się na ratującego. Tak właśnie było z Oliveriem, kiedy Mauricio wrócił z Niemiec z Pieguską i synem. Spotykali się w tamtym barze w dzielnicy Recoleta – nie pamiętał już jego nazwy, może Proces, w każdym razie na pewno coś z Kafki. Oliverio zwykle szybko się upijał, a kiedy właściciel bezceremonialnie wyrzucał go na ulicę, Mauricio stawiał czoło temu wielkoludowi przypominającemu raczej rzeźnika niż barmana.

Oliverio leżał na chodniku, ale odrzucał dłoń przyjaciela, kiedy ten chciał pomóc mu wstać.

– Od kiedy to jesteś misjonarzem? – rzucał cierpko i celował w niego z wyimaginowanego pistoletu z taką samą wrogością, z jaką patrzył na barmana. Jeszcze nie został Komendantem, ale często kręcił się po koszarach. Chełpił się, że zna ludzi; i tak było.

W którym momencie jego oczy zamieniły się w kamienne lustra?

Mauricio tego nie pamiętał. Może wtedy, kiedy zaczął patrzeć ludziom prosto w twarz i nosić te idiotyczne okulary przeciwsłoneczne – nawet w nocy – które z czasem stały się wyświechtanym, smutnym epitetem na określenie ludzi takich jak on. Ileż groteski, ileż złowrogiej parodii było w tym, co uosabiały te ciemne okulary! Oczywiście winę za tamtą błazenadę ponosili nie tylko ci pajace. Pisarze, kino, wyobraźnia ludzi, którzy nie przeżyli tego, co Mauricio, potraktowały ich stereotypowo, zamieniły w rozpoznawalnych błaznów: ciemne płaszcze, kapelusze, okulary przeciwsłoneczne, wąsik i, rzecz jasna, złoty sygnet na małym palcu (któremu Żydowi ukradł swój pierścień Oliverio?). Karykaturowały ich nawet filmy, ich dialogi zawsze były oszczędne, tajemnicze, przerywane złowieszczym milczeniem. Obdarzano ich diabelską inteligencją, nikczemnością bez skrupułów; przedstawiano jako niesamowite potwory, złe duchy, żołnierzy wielkiego upadłego anioła. Mauricio by się uśmiał, gdyby to wszystko nie było takie żałosne, takie odrażające.

Oliverio, jak większość jego kompanów, nie był jakoś szczególnie zdeprawowany ani specjalnie bystry. Ironia – owo błyskotliwe poczucie humoru – zbijała go z tropu; nie wiedział, jak zareagować, kiedy Pieguska wsadzała mu jedną ze swoich szpilek. Kpiła z jego bezpodstawnej wyniosłości, z jego pistoleciku przy pasku, z jego wyglądu mafiosa, z którego potem zasłynie, kiedy zacznie wypychać ludzi przez okna, wyrzucać ich żywcem do morza, przypalać prądem jądra młodych chłopców. Ale kilka lat wcześniej, w czasach, kiedy Mauricio bronił go przed docinkami barmana, Oliverio – wszyscy Oliveriowie – był tylko fanfaronem, którego nie dawało się traktować poważnie. Komendant – który nie doszedł wyżej niż do rangi porucznika – nigdy nie interesował się polityką, przeczytał może ze trzy książki w życiu, nie miał cierpliwości do prowadzenia długich dyskusji. To, co mówił, było czczą gadaniną. Nudne komunały: gazeta „La Nación” w kieszeni, partia, Perón, Żydzi, odwieczne spiskowanie.

– Już nie pamiętasz i wtedy też nie chciałeś pamiętać, chociaż byłeś dopiero świeżo upieczonym katem, ile razy musiałem cię wyciągać z burdeli, gdzie nieźle obrywałeś, zapomniałeś o służących wyśmiewających się z twojego „małego koleżki”, o tym, jak zakompleksiony ukrywałeś okaleczoną dłoń w czarnej rękawiczce. Nie potrafiłeś pokazać na mapie praktycznie nic poza Buenos Aires. Nawet kiedy chciałeś okazać komuś uprzejmość, byłeś niemiły, brakowało ci cierpliwości i mądrości przydatnych podczas zalotów.

– To nieprawda. Dobrze radziłem sobie z kobietami.

– Nie pamiętasz już, jak byłeś zakompleksionym nastolatkiem i błagałeś: „Mauricio, napisz mi liścik do dziewczyny, którą poznałem w Belgrano. Coś o jej oczach, żeby było ładnie, tak jak ty potrafisz”? Ja pisałem, a potem ty wszystko pieprzyłeś. Dlatego chodziłeś na dziwki; one nie spodziewają się słodzenia, ale też i ciosów, które im zadawałeś, kiedy twój pijany fiut nie stawał na wysokości twojego pożądania.

– Nie szło mi recytowanie Puszkina, który był wtedy w modzie. Tak czy inaczej nie wyrwałem tamtej dziewczyny z Belgrano. Byłeś kiepskim poetą, Mauricio.

Biedny Oliverio, zbudowany z niczego. A mimo to okazał się najgorszym z nich wszystkich. Historię ludzi takich jak on opisywano już tyle razy, że nie warto znowu jej przytaczać.

– Historia cię wymaże, Oliverio. Jak wszystkie marionetki, które chodzą po tym świecie. Pomyśl jednak, ile krzywdy wyrządziłeś. Podczas gdy inni, tysiące innych, nie żyją, ty dalej odgrywasz swoją rolę. Bawi cię to?

Oliverio zaniósł się śmiechem. Ale co zostało z jego dawnej arogancji, teraz, kiedy nie miał już do dyspozycji kastetu ani sznurów, którymi związywał tamtych biednych nieszczęśników, żeby przypalić im jądra? Co się stało z nożem, którym ciął im twarze, i z wilgotnym ręcznikiem owiniętym wokół kostki mydła? Gdzie się podziali strażnicy, którzy przytrzymywali dla niego ofiary, którzy podziwiali go za kunszt, z jakim zadawał ból?

– Całowałeś moje stopy, Mauricio. Lizałeś mi buty, żeby wzbudzić we mnie odrobinę współczucia.

– Ty wciąż to pamiętasz i ja wciąż to pamiętam. Do tego sprowadza się twoje zwycięstwo? Do poniżenia przyjaciela?

Nie był nawet psychopatą ani fanatykiem sprawy, której bronił. Było mu wszystko jedno. Bo jak inaczej przeżyłby upadek? Nie tknęli go, zależało im na grubych rybach, a on zasłonił się ustawą o „należnym posłuszeństwie”14: wyszedł z tego bez szwanku. Mimo to był najgorszym z nędzników, którzy zgotowali Argentynie tamte straszliwe lata. Oni chcieli mieć wszystko. Oliveriowi zależało tylko na tym, żeby pozbawić wszystkiego innych.

– W więzieniu mieliśmy skromną bibliotekę z książkami przekazanymi przez różne organizacje i osoby prywatne. Nie było zbyt dużego wyboru, około pięćdziesięciu powieści, kilka tomików wierszy i szkolne podręczniki. Ale znalazłem tam mały skarb, książkę w miękkiej, brudnej, wymiętoszonej okładce. Antologię poezji Pibego Taquita. Nie wiem, jakim cudem wiersze Juana Gelmana – surowo zakazanego wywrotowca – trafiły do więzienia. Prawdopodobnie cenzor nie zauważył, że były w paczce. A nawet gdyby zauważył, najprawdopodobniej i tak by ich nie przeczytał.

Oliverio pokiwał głową.

– Strażnicy więzienni nie mają poezji we krwi.

To była tylko maska, niepotrzebna na tym etapie. Oliverio nie przyznał – i nie zamierzał przyznać – że w ciągu ostatniego miesiąca wdał się w burzliwą dyskusję z poetą Juanem Gelmanem. Mauricio nie miał pojęcia, że Komendant popadł w taką obsesję na punkcie książki, którą mu podarował. Przy każdym wierszu robił adnotacje: czasami zgadzał się z poetą, czasami ostro go atakował. Notował swoje uwagi starannym, ściśniętym pismem i opatrywał je licznymi znakami zapytania i wykrzyknikami. Równolegle do wierszy prowadził swój własny dyskurs; każdy by się domyślił, że autor jest istotą udręczoną, każdemu zrobiłoby się żal tego pogrążonego w beznadziei umysłu, który mimo wszystko dalej szukał sensu w totalnym chaosie. Ta książeczka była dialogiem głuchych: poeta miał nadzieję, że uda mu się wybaczyć, a oprawca – broniący się przed transformacją, jakiej wbrew jego woli dokonywały w nim wiersze – wzbraniał się przed poproszeniem o wybaczenie.

Oliverio czuł jednocześnie podziw i odrazę do tego samotnego moralisty, śmieszyło go jego naiwne wołanie o sprawiedliwość i oburzenie, które okazywał nawet wtedy, kiedy nie miał racji. Poeta nie chciał pogodzić się z tym, że świat jest okrutny, że niewinni cierpią, że życie jest z natury niesprawiedliwe. „Dlaczego nie palniesz sobie w łeb, skoro rzeczywistość jest dla ciebie nie do zniesienia?”, pytał go czasem poirytowany. W tym zrobionym na marginesie zapisku dało się wyczuć wyraźną złość i odrazę. Kilka akapitów niżej sam udzielał sobie odpowiedzi: „Życie nie ma sensu, ale pozostaje sztuka jego przeżycia. I to jest właśnie twój akt buntu przeciwko irracjonalności: żyć mimo wszystko”.

Czasami dziwiło go to, co sam pisał. Kiedy później odczytywał własne uwagi, pytał poetę, jaki sens ma bezprzedmiotowe istnienie, cóż to za bunt; naprawdę musiał to wiedzieć. „Do czego służy ta cała machina słowna? Żeby zamieniać rany w wiersze?” Poeta odpowiadał mu ze stronic książeczki niskim, głębokim głosem, ze szczyptą błyskotliwej ironii, która tak bardzo drażniła Oliveria: „Pamięć to szkatułka, w której grzebię bez nadziei”.

– Nie da się zaradzić pamięci – stwierdza Oliverio na głos, kontynuując ów dialog głuchych.

Mauricio wtrąca się do tej prowadzonej szeptem konwersacji, świadomy, z kim rozmawia jego dawny przyjaciel.

– Mylisz się. To przeszłości nie da się zaradzić. Pamięć jest sposobem na wymyślanie teraźniejszości.

Oliverio pokiwał głową, nie rozumiejąc muzyki tych słów. W teraźniejszości na pewno jest cierpienie. Ale nie mieli racji poeta, Mauricio i wszyscy ci, którzy dzielili ludzi na winnych i niewinnych. Tak naprawdę taki podział nie istniał. Splatali się ze sobą, zapewniając stałą równowagę. Nie dało się wybrać między dobrem a złem; nie miało to sensu. Rola istnienia – za murami, drzwiami i kratami – polegała nie na tworzeniu kategorii, ale na jednoczeniu. Zadaniem życia było pokonanie wszystkich, w równej mierze. Liczyło się przetrwanie, wszystko było dozwolone, żeby osiągnąć ten cel. Tej gorzkiej prawdy powinniśmy uczyć się zaraz po przyjściu na świat. Oliverio utwierdzał się w tym przekonaniu, rozgryzając to, co przeczytał w książeczce.

– Nazywaj to, jak chcesz. Umarli odeszli i już nie wrócą. Jak tamto kino w Villa Crespo, pamiętasz? Zamknęli je i chociaż nadal przychodziliśmy tam w każdą niedzielę z naszymi centami w kieszeni, nigdy go już nie otworzyli.

Czuł jednak, że w jego własnych słowach jest jakiś fałsz. Coś, czego nie chciał przyznać. Wiersze Gelmana o utracie rodziny, która zniknęła wraz z trzydziestoma tysiącami innych desaparecidos, miały większą moc niż zapomnienie i były znacznie potężniejsze niż potrzeba uporządkowania chaosu. Prawdziwa siła słowa polegała na tym, że mogło przywrócić do życia zaginionych i że ci odrodzeni umarli patrzyli na niego i czekali, aż coś powie. Jedno słowo, które Oliverio topił w whisky.

– Nie nienawidziłem cię, Mauricio – powiedział cicho.

Mauricio pociągnął łyk whisky, delektował się jej szorstkim smakiem.

– To nie nienawiść jest najgorsza. Ani nawet tortury. Nie umiem ci wybaczyć czegoś innego. – Mauricio pogrążył się w myślach i z oczami wypełnionymi przeszłością rozpoczął swoją opowieść, jakby słowa miały sprawić, że wspomnienia staną się teraźniejszością.

– Dostrzegasz zimną litość w spojrzeniu strażnika, kiedy o świcie wrzuca cię do „dziury”, po tym, jak przez kilka godzin okładał cię biczem. I jesteś wdzięczny za to spojrzenie. Na początku krzyczysz, żądasz, walczysz, ale potem dociera do ciebie, że aby kat okazał ci tę upragnioną litość, musisz stać się milczącym więźniem i wyrzec się własnej przeszłości. Oczywiście kat nalega, żebyś opowiadał mu o twoim życiu przed zatrzymaniem, pyta o twojego syna, o twoją żonę, o twoją pracę. Mówi o piłce nożnej, o polityce, o kobietach i o filmach, schlebia ci, grozi. Wyciąga do ciebie rękę, a ty nigdy nie wiesz, czy po to, żeby cię uderzyć, czy pogłaskać. Tak wpadasz w pułapkę. Stopniowo zaczynasz oddzielać tortury od oprawcy i jak pies czekasz na pieszczotę od pana, od starego przyjaciela. Jesteś wdzięczny, kiedy ją dostajesz. W pewnym momencie zaczynasz myśleć, że kiedy zamiast pocieszenia wracają tortury, to nie jest wina oprawcy, tylko twoja. Czujesz się podle, współczujesz temu, który cię torturuje. Jest ci przykro, kiedy kat ze smutkiem wskazuje podłogę, na której leżysz, i mówi: „Zobacz, do czego mnie zmuszasz”. I ty mu wierzysz. Bo chcesz mu wierzyć. Bo masz potrzebę mu wierzyć. Prosisz go o wybaczenie, całujesz buty, którymi skopał cię po głowie, czyścisz rękawem koszuli ślady zębów, które zostawiłeś na ich czubkach. Błagasz go ze łzami w oczach. Twoje serce pęka z radości, kiedy przy tobie kuca i głaszcze cię po zmasakrowanym policzku. Twój oprawca mówi: „Rozumiesz, dlaczego robię to wszystko?”. A ty przytakujesz, zalewa cię wdzięczność, kiedy podaje ci kartkę i ołówek i prosi, żebyś napisał do żony, żebyś uspokoił ją stekiem kłamstw: „U mnie wszystko w porządku, Piegusko, dają mi jeść, Oliverio dba, żeby się nade mną nie znęcali. Niedługo stąd wyjdę i znowu będziemy razem”. Wręczasz swojemu oprawcy złożone na cztery, starannie zapisane karteczki – niech ci nie zadrży ręka, niech pismo nie zdradzi twojej rozpaczy. Ukradkiem, bo korespondencja jest zabroniona. On obiecuje, że je dostarczy, a po kilku dniach przynosi ci odpowiedź: pognieciony skrawek papieru, kartkę wyrwaną z tomiku zakazanych wierszy Juana Gelmana zapisaną krótkimi zdaniami, którą wkłada ci chyłkiem do celi, jakby był twoim wspólnikiem. Twój oprawca mówi: „Nadal jesteśmy przyjaciółmi, Mauricio, chociaż teraz stoimy po dwóch stronach kraty”. Pamiętasz, Oliverio?

Ale dawny przyjaciel, który siedzi naprzeciwko niego, nie jest w stanie odpowiedzieć. Mauricio wraca do pogniecionych karteczek.

– W tych zdaniach twoja żona opowiada ci, że życie w Buenos Aires płynie dalej, że twój starszy syn wyjechał do Hiszpanii ze swoją galisyjską żoną i małym synkiem, bo tutaj nie ma pracy ani przyszłości dla syna montonero, który zabił dwóch policjantów. „Ale ja nie jestem montonero! – protestujesz. – Nie znam się na polityce, zabicie tych policjantów to był impuls”. Jednak kiedy mówisz takie rzeczy, kat gniewa się i obraża, bo zawiodłeś jego zaufanie. I przepływ karteczek ustaje, znika cienka nić nadziei, która łączyła cię ze światem zewnętrznym. Znów zaczyna się pokutna rutyna, ciosy, oskarżenia, nocne prześladowanie, bicz złowrogo przejeżdżający po kracie. I znów prosisz o wybaczenie, tym razem przyznajesz, że jesteś tym, kim nie jesteś, bo zaczynasz wierzyć, że mogłeś nim być. Byle tylko kat ci wybaczył i przywrócił nić łączącą cię z tym, co na zewnątrz: poskładane kartki z wierszami Gelmana i słowami Pieguski zapisanymi na marginesach. Nawet najwięksi twardziele wpadają w tę pułapkę, choć nigdy się do tego nie przyznają. Aż któregoś dnia kat, twój przyjaciel z dzieciństwa, ostatni raz odwiedza cię w celi. Siada przy tobie na pryczy i dłonią o uciętych palcach podaje ci papierosa. Jest taki przybity, kiedy mówi, że wysyłają go na Malwiny, że omal nie płaczesz z żalu. Kiedy prosisz, żeby przekazał ci wiadomości od Pieguski, wstaje. Rzuca ci ostatnie spojrzenie, może współczujące, a może cyniczne. „Zapomnij o niej. Nigdy więcej jej nie zobaczysz”. Mija wiele lat. Wiele martwych godzin, wiele zmarnowanych dni. Wreszcie odzyskujesz wolność. Tak przynajmniej głosi postanowienie sądu, które ci wręczają. Kartka pełna pieczątek, podpisów i artykułów kodeksu potwierdzających, że spłaciłeś swój dług wobec społeczeństwa. Ale ty już nie wiesz, kim jesteś ani na czym polegał ten dług, który zaciągnąłeś, ani jakiemu społeczeństwu powinieneś dziękować za to, że pozwala ci wrócić na swoje łono. Masz tylko płócienny worek, a w nim twoje zeszyty, które cudem udało ci się zachować. Minęło prawie dwadzieścia lat, zderzasz się z kompletną samotnością w świecie, który na ciebie nie czekał, który zostawił cię w tyle. Siadasz na placu Constitución i patrzysz na przejeżdżające autobusy, zadajesz sobie pytanie, co stało się z mercedesami LO tysiąc sto czternaście linii Costera Criolla, gdzie zatrzymuje się teraz zielono-żółty sto czterdzieści osiem, dlaczego kierowcy nie noszą już krawatów i błękitnych koszul. Przed pałacem i rezydencją prezydenta nie ma już wojskowych, zastąpili ich uprzejmi policjanci przypominający manekiny. Wypijasz kawę w studwudziestometrowym betonowym wieżowcu Kavanagh, równie starym jak ty. W teatrze Colón grają kilka sztuk, ale nie znasz aktorów, północna część miasta zamieniła się w city, pełne biznesmenów i biznesmenek jedzących w biegu z plastikowych tacek. W centrum handlowym Galerías Pacífico nie ma już ulicznych artystów. Kartkujesz w kiosku jakiś magazyn i głupiejesz. Kiedy ostatni raz miałeś go w ręku, pisano o siostrach Britos15 zaginionych w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym roku. Odnalazły się później w adopcyjnej rodzinie i zostały oddane krewnym przez tego samego sędziego, który przekazał je do adopcji. Teraz widzisz na okładkach roznegliżowane kobiety, prezenterki telewizyjne w krzykliwych strojach. Już nikt nie przechodzi na drugą stronę ulicy, mijając komendę główną policji federalnej, gdzie w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym widziałeś zakutego w kajdanki Esquivela16. Nie wspomina się o montoneros, nikt nie wie, kim byli Estela Alberti i Ricardo Soria17. Maradona miał zostawić Argentina Juniors i przenieść się do River Plate albo Boca Juniors, a teraz ma problemy z narkotykami. Jedynymi rzeczami, które cię nie zaskakują, są dewaluacja peso i gigantyczna inflacja. To się nigdy nie zmienia. Siadasz na ławce, zdziwiony tym, że istnieje życie poza murami więzienia i że świat obracał się bez ciebie. Jednak pewne rzeczy tylko na pozór się zmieniły. Stary dyskurs populistyczny brzmi jak nowy w nowych ustach, ale wciąż jest ten sam. Czujesz się zmuszony przyjąć do wiadomości wszystko naraz, rażącą sprzeczność pomiędzy wyparciem się przeszłości – jak uczyli cię w więzieniu – i niezrozumieniem teraźniejszości. Przez moment przepełnia cię coś w rodzaju poczucia wyższości wobec tych „podludzi”, którzy nic o tobie nie wiedzą. Przyglądasz im się z szaleńczą pychą, stwierdzając, że nie mogą uniknąć bycia tym, kim są. I wtedy zaczyna się najgorsze. Tęsknota za codziennym plugastwem celi, za głosem kata i dłonią pomagającą ci wstać po tym, jak rzuciła cię na ziemię. Aż pewnego dnia, kilka miesięcy – a może nawet lat – później, idziesz w tłumie robotów i zatrzymujesz się niezdecydowany. Rozglądasz się dookoła i nagle dociera do ciebie prawda na temat tego, co zrobili ci tam, w La Placie. Wyrwali ci duszę, zamienili cię w pokojowego pieska. Zrobili z ciebie karykaturę człowieka. I płaczesz, płaczesz z bólu i z wściekłości, z żalu do samego siebie, z nienawiści do kata, który kiedyś był twoim przyjacielem. Tyle straconych lat, całe życie, które upłynęło na niczym. Ludzie widzą, że stoisz na środku chodnika i płaczesz, i ze strachem omijają twoje łzy, jakbyś był zaraźliwym szaleńcem albo pijanym błaznem, któremu grupka nastolatków dla zabawy rzuca kilka monet. Doznajesz oświecenia: twoja świadomość różni się od świadomości twoich pobratymców.

– Żadna istota ludzka nie może żyć bez celu, a ja postanowiłem sobie, że odzyskam Pieguskę. Rozumiesz, dlaczego nie mogę wybaczyć?

– Czemu, do diabła, po prostu na mnie nie doniesiesz?

– Bo nic by to nie dało. Nie obchodzimy ich. A oni nie obchodzą nas. To sprawa między tobą a mną, tym, co z nas zostało. Jesteś duchem z przeszłości, kimś, kogo z trudem rozpoznaję.

Tak jak z trudem rozpoznał go tamtego październikowego czy listopadowego ranka w 2003 albo 2004 roku na ulicy Avellaneda albo gdzieś w okolicy. Jakie jest prawdopodobieństwo, że spotkasz kogoś po dwudziestu paru latach w tak ogromnym mieście, jak Buenos Aires? A jednak był tam, stał przed wystawą sklepu z ubraniami i z przesadną uwagą wpatrywał się w manekina w garniturze, jakby skądś go znał, jakby prowadził z nim towarzyską pogawędkę. Pod pachą trzymał złożoną gazetę, z dłoni zwisały mu rękawiczki. Wyglądał dystyngowanie: szary włoski garnitur, srebrzyste włosy, okrągłe okularki w cienkiej oprawce. Dlatego początkowo go nie poznał, choć coś znajomego kazało mu odwrócić głowę. Ruszył dalej, ale po kilku krokach przystanął. To był on. Poszedł za nim. Widział, jak szuka rogu ulicy, na którym ostała się jeszcze niczym relikt przeszłości grupka młodych pucybutów. Nie poczuł nostalgii na widok stołka, który podsunął mu jeden z chłopaków, ani kiedy przypomniał sobie, że tak samo zaczynał Oliverio, od plucia na brudną szmatę i polerowania butów innych.

– Zawsze wydawało mi się, że to poniżające zajęcie, schylać się, żeby czyścić cudze brudy.

– Dlaczego poniżające? – zaprotestował Oliverio. – Czyż Chrystus nie umył nóg swoim uczniom?

– Takie napady świętości zdarzały ci się w dzieciństwie.

Oliverio nadal nosił nieskazitelnie czyste buty. Mauricio zadawał sobie pytanie, jak udaje mu się schylić nad własnym brzuchem; wydawało się, że nie jest w stanie nawet sam zawiązać sobie sznurówek.

– To ona, Laura Wodne Oko, prasuje ci ubranie, zabiera cię na zakupy, czyści ci buty, mierzy ci ciśnienie, wykupuje ci recepty w aptece… Tak postępuje córka kochająca swojego starego ojca.

Oliverio nie odpowiedział. Zamyślił się, spoglądając przez okno.

– Skoro tak bardzo mnie nienawidziłeś, dlaczego mnie wtedy nie zaczepiłeś?

– Czy ja wiem? Byłem oszołomiony tym, że cię spotkałem, że początkowo cię nie rozpoznałem, wciąż miałem w pamięci więzienne zasady, od których człowiek nigdy do końca się nie uwolni: ukłon, jaki więzień powinien złożyć strażnikowi, spuszczone oczy, rozluźnione ramiona, kark wyeksponowany na znak poddania. Miałem pięć minut, żeby pokonać wszystkie te przeszkody, a kiedy wreszcie się zdecydowałem, było już za późno. Zobaczyłem młodą dziewczynę, wyglądała na studentkę, która wróciła do domu na wakacje. Podeszła do ciebie i pocałowała cię w policzek. Gdybyś widział swoją twarz. Przypominałeś prawdziwego człowieka. To odkrycie było dla mnie potworne, straszliwe. To, że ktoś taki jak ta dziewczyna kala swoją czułość kontaktem z twoimi policzkami. Zadałem sobie pytanie, jak to możliwe, że nie poczuła smaku prochów, smaku zmarłych i torturowanych… Patrzyłem, jak oddalasz się w porannym tłumie, elegancki, dystyngowany, poważany, z tą dziewczyną uczepioną twojego ramienia. A ja? Kim byłem ja? Cieniem zacierającym się pod markizą hotelu, do którego wszedłeś. Gównem wysranym przez upływający czas.

Oliverio odwrócił wzrok w stronę drzwi baru. Przypomniał sobie noce pod mroźnym nocnym niebem Malwin. Czy to nie tam zaczął się trząść ze strachu, słysząc krzyki bezsensownej agonii angielskiego żołnierza, którego Horacio udusił na jego rozkaz? Całe życie spędzone po jednej stronie utrudnia przejście na drugą. Zbyt wiele lat ścigania duchów: FAR18, montoneros, komuniści… duchy… Ale dzieci Gelmana nazywały się Nora Eva i Marcelo Ariel, miały imiona, twarze i uczucia wyrażone słowami ojca. Także jego wnuczka wyrwana śmierci i zapomnieniu była prawdziwa, namacalna; nazywała się Macarena. Zdjęcia z jej spotkania z dziadkiem obiegły cały świat. W obliczu tego dowodu życia niewiele mogła zdziałać prawda tych, którzy zmasakrowali całe pokolenie; prawda zbudowana z pomocą innych słów, bardziej niepewnych, ogólniejszych, górnolotnych, zagłuszanych hukiem moździerzy, słów, które nie miały znaczenia pośród błota okopów wykopanych pośpiesznie w twardej ziemi.

Wszystko wracało jak w tym wierszu Gelmana zatytułowanym Gotan, co – może Mauricio to wie – przeczytane sylabami od tyłu daje słowo „tango”. Oderwanie się teraz od tej wyprawionej skóry było równoznaczne z jej zdarciem pośród bólu i niemych krzyków albo z wyszarpaniem z siebie tego, kim był, i stanięciem nago u wrót śmierci, nie wiedząc, kim jest: skończonym starcem, jałową pychą, kłamliwym usprawiedliwieniem. Będzie się kajał z powodu wyrządzonego zła, zadanych tortur, donosów i porwań? Jakaś jego część – potwór – nie miała takiego zamiaru. Druga – człowiek – błagała o zrozumienie: oszukano nas. Co, choć było prawdą, nigdy do końca nią nie będzie. Przebaczenie obiecywało zbyt mglisty spokój, który nigdy nie będzie absolutny, dopóki nie wyzbędzie się wszystkich wątpliwości i całej dumy. A na to nie mógł nic poradzić, poza posłaniem Boga do diabła.

– Chciałem wybrać się z Laurą w podróż, na wyspy greckie. Uwielbia dna widoczne pod przejrzystą wodą i słońce odbijające się od bielonych wapnem domków. Zamierzałem opowiedzieć jej tam wszystko, co wiem o samym sobie. Może z głupią nadzieją, że z dala od miejsca, z którego wyjechałem, wykiełkują czyste, proste, zwięzłe słowa. Bez wspomnień i bez twarzy. Jedyną rzeczą, na której mi zależy, jest to, żeby moja córka mi wybaczyła. Żeby przynosiła narcyzy na mój grób i myślała tylko o tym, że ją kochałem.

Oliverio wyjął kopertę z wewnętrznej kieszeni marynarki i przesunął ją po blacie w stronę Mauricia.

– Tyle wiem ja. O tym, co wiesz ty, co było twoją winą, nie mogę ci nic powiedzieć.

Komendant wyprostował plecy i położył na stoliku banknot. Liczył na to, że Mauricio coś powie, ale ten nie odrywał wzroku od kremowej koperty. Nie miał odwagi jej otworzyć.

Całe życie na to czekał. Na to, co już wiedział.

– Wiesz, gdzie mieszkam. Nie boję się tego, co możesz mi zrobić. Nawet nie będę się zastanawiał, czy bardziej niż ty zasługuję na kulkę w łeb. Ale moją córkę, Laurę… Ją zostaw w spokoju. Nie ponosi winy za to, że jesteśmy, jacy jesteśmy.

Mauricio powoli pokiwał głową.

– Masz moje słowo.

Wychodząc, Oliverio posłał mu uśmiech.

– Słowa wyrządziły już zbyt wiele krzywd.

Mauricio postanowił wreszcie otworzyć kopertę. W środku było zdjęcie Pieguski i jej karta sporządzona przez Grupę Zadaniową.

Elena Alberta del Río. Zawód nieznany, wykładowczyni na zastępstwo w Akademii Sztuk Pięknych, rzeźbiarka. Związana z organizacjami propagandowymi w Niemczech sympatyzującymi ze skrajną lewicą. Podejrzewa się, że współpracuje przy tworzeniu i rozbudowie infrastruktury podziemnej studenckiej komórki zajmującej się działalnością wywrotową, zwłaszcza propagandową. Prowadzi kampanię przeciwko zorganizowaniu mundialu w ojczyźnie i krytykuje politykę junty wojskowej. Żona Mauricia Lujána, przetrzymywanego w obozie numer 3 za zabicie dwóch przedstawicieli władzy. Zatrzymany potwierdził na piśmie, że Elena Alberta prowadzi wspomnianą działalność, i zeznał, że to ona zwerbowała go do walki zbrojnej. Przyznaje, że zastrzelił policjantów z przyczyn politycznych, podżegany do tego przez żonę. Matka Luisa Lujána, lat dwadzieścia, ożenionego z obywatelką Hiszpanii, obecnie w ciąży. Wiadomo, że syn poprosił o azyl w hiszpańskiej ambasadzie. Sugeruje się wydalenie z Argentyny.

Dwa akapity niżej widniało jedno słowo napisane na maszynie wielkimi literami:

ZAGINIONA

Zniknęła w 1977 roku. Zaledwie cztery dni po tym, jak Mauricio Luján podpisał obciążające ją zeznania.

W drodze do metra Oliverio przypomniał sobie tamten poranek, kiedy ostatni raz zobaczył żarłoczne oczy Pieguski patrzące na niego z wychudzonej twarzy. Kolejny raz wszedł do tamtej ciasnej klitki, w której panował nieznośny smród. Musiał wysłuchać jej podziemnych błagań, kiedy powiedział, że ją zabiją. Wciąż pamięta swoje zdziwienie, kiedy zdał sobie sprawę, że to wynędzniałe, półnagie ciało pokryte brudem i siniakami należy do dziewczyny, którą poznał, gdy miała dwadzieścia lat. Życie jest jak podmuch. Dwadzieścia lat nic nie znaczy. Nie był w stanie zapomnieć tamtej hacjendy na odludziu, szpiczastych gasnących gwiazd i krzyków Pieguski błagającej go o pomoc. Jakże inne są krzyki niosące życie od tych niosących śmierć; jakże inny jest ból, choć podobnie rozrywa ciało. Pilnujący jej żołnierze wykopali dół, a on podprowadził ją do jego krawędzi.

– Zostajesz tutaj, na zawsze.

Pieguska spojrzała w stronę linii horyzontu, skąd niespiesznie nadciągał poranek.

Dwa strzały, oddane jeden po drugim, wystraszyły kruki.